facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2008-12-02
 

Fitz Roy 1984 – rozmowa z Wiesławem Burzyńskim

Rok 1984 przyniósł świetny wyczyn polskiego zespołu w składzie: Wiesław Burzyński, Mirosław Falco Dąsal, Michał Kochańczyk, Jacek Kozaczkiewicz i Piotr Lutyński.

Rok 1984 przyniósł świetny wyczyn polskiego zespołu w składzie: Wiesław Burzyński, Mirosław Falco Dąsal, Michał Kochańczyk, Jacek Kozaczkiewicz i Piotr Lutyński (kierownik wyprawy), który między 6 a 24 grudnia wytyczył nową drogę na szczyt Fitz Roya. Było to pierwsze polskie wejście na wierzchołek.

Droga pokonuje olbrzymi system zacięć w pn.-zach. ścianie (NNW), wyprowadzając na przełączkę oddzielającą filar z solową Drogą Casarotta od głównego masywu. Deniwelacja ściany pn.-zach. wynosi aż 1700 metrów, długość zaś Drogi Polskiej do przełączki – 1200 metrów (od wierzchołka dzieli ją jeszcze około 250 metrów wspinania). Wspinaczka liczy sobie 33 wyciągi (do przełączki) o trudnościach V+ A1, m. A2. W dolnej części depresja, którą prowadzi droga, ma charakter zalodzonego komina z kilkoma równoległymi do niego rysami. Alpiniści mieli tu do czynienia ze wspinaniem lodowym, ale też często odwoływali się do techniki hakowej, wykorzystując ją w zalodzonych rysach. Około 400 metrów nad podstawą ściany znajdowała się półka biwakowa, która była jedynym takim miejscem między podstawą ściany a przełączką. Górna, 800-metrowa część wiodła otwartą ścianą, głównie prostymi rysami na prawo od mokrego i kruchego dna depresji.

Taktyka zespołu, z uwagi na specyfikę patagońskich załamań pogody, przewidywała zakładanie lin poręczowych na całym odcinku od podstawy ściany do przełączki. Dolny odcinek poręczowano 6 i od 12 do14 grudnia, górny od 16 do 22 grudnia. Nasz zespół zastosował świetny manewr, polegający na wejściu dolną częścią ściany w złych warunkach (opady śniegu, silny wiatr) i pozostawieniu lin. Kiedy pogoda poprawiła się, poręczówki pozwoliły na w miarę bezpieczną działalność w suchej, górnej części. Inne zespoły (między innymi Reinhold Messner) mogły wtedy tylko obserwować z dala Fitz Roya, który bronił dostępu lawinami kamienno-lodowymi i kaskadami wody w formacjach wklęsłych, wywołanymi przez słońce, które wytapiało śnieg i lód. W tym czasie panowały w Patagonii absolutnie wyjątkowe warunki pogodowe. Dwutygodniowy okres dobrej pogody, bez silnych wiatrów z zachodu i przy niemal bezchmurnym niebie, prawie się tu nie zdarza.

Wierzchołek osiągnięto w Wigilię, w pełnym składzie. Wieczór wigilijny ekipa spędziła na ostrej, powietrznej przełączce, śpiewając kolędy ile sił w płucach. Na tym odludziu, w terenie wyjątkowo nieprzystępnym, miało to wydźwięk dosyć surrealistyczny, ale w tym akcie zawierała się prawda i triumf woli. Sukces, jaki stał się udziałem polskiego zespołu, był jednym z najważniejszych wydarzeń alpinistycznych bardzo bogatego w dokonania sezonu 1984.



Od tamtej pory powstało na Fitz Royu sporo dróg. Każda z nich stanowi duże wyzwanie i z pewnością nie będzie często powtarzana. Biorąc pod uwagę wzmożony w tym roku ruch Polaków w tym rejonie, aż prosi się o próbę naszego powtórzenia (być może klasycznego) tej pięknej, polskiej linii sprzed dwudziestu lat.



Poniżej prezentujemy rozmowę z Wiesławem Burzyńskim, jednym z autorów wejścia na Fitz Roya w 1984 r.
 
Piotr Michalski: Pierwsi Polacy na Fitz Royu. Co inspirowało Was przy narodzinach pomysłu zorganizowania wyprawy na tą wspaniałą patagońską iglicę, nie posiadającą przecież polskiego wejścia?
Wiesław Burzyński: Cała idea wyjazdu to samodzielny pomysł Piotra Lutyńskiego [kierownika i organizatora wyprawy] i jego należałoby wypytać, ja na ten wyjazd zostałem zaproszony, nieco ku mojemu zdziwieniu, jako że byłem już trochę starszy od pozostałych uczestników. Jednak przystałem na taką propozycję z przyjemnością, z racji oczywistej urody celu i sympatycznego, zgranego towarzystwa, które później sprawdziło się na wyprawie. Był z nami motor całej akcji w sportowym sensie, czyli „Falco”, filar wyprawy, wspinacz o wielkich umiejętnościach, doświadczeniu i ambicji. Miał on w sobie coś takiego, co powodowało, że i my myśleliśmy tylko o drodze, o szczycie, ciągnął to wszystko uparcie. Był Michał Kochańczyk, globtroter, po ojcowsku troszczący się o nas w górach; był Jacek Kozaczkiewicz, spokojny, zrównoważony i bezkonfliktowy człowiek, świetnie rozwspinany oraz Piotrek Lutyński, kierownik wyprawy, który wziął na swoje barki wszelkie kwestie organizacyjne, zdobył potrzebne informacje i załatwił znakomite kontakty.
 
Skąd czerpaliście wiedzę o szczegółach podróży po Argentynie, informacje o sposobach dotarcia w góry, wreszcie o stanie eksploracji?
Zdobyliśmy je przede wszystkim dzięki kontaktom Lutyńskiego, który ma rodzinę w Buenos Aires i dzięki niej dotarł zapewne do wiedzy o możliwościach dotarcia w góry i zdjęć lotniczych naszej ściany. Dzięki nim wiedział, że dziewiczy jest olbrzymi system zacięć na prawo od Filara Casarotty z 1979 roku, wyprowadzający na tę samą przełączkę, na którą od drugiej [pn.- wsch.] strony wychodzi Droga Jugosłowiańska [J. Jeglic, F. Knez, S. Karo, 1983 r.]. Oprócz samej wiedzy górskiej dzięki tym kontaktom zdobyliśmy sobie bardzo dobrą pozycję jako goście w Argentynie, byliśmy witani serdecznie, ciepło i podejmowani z pełnymi honorami przez Polonię. Było to dla tych ludzi spore wydarzenie, dzięki czemu gościliśmy na rozlicznych imprezach i spotkaniach.
 
Czy Polonia pomogła Wam też w dotarciu w same góry? Jak wyglądała ta droga pod Fitz Roya?
Oczywiście, że korzystaliśmy z jej pomocy. Argentyna to wielki kraj, z Buenos Aires do Rio Gallegos, dokąd udaliśmy się samolotem, jest około 2000 kilometrów. Stamtąd autobusem pojechaliśmy do Calafate, miasteczka w rodzaju naszego Zakopanego. Polonusi i zaprzyjaźnieni z nimi Argentyńczycy załatwiali nam noclegi w Rio Gallegos, pomagali w organizacji przejazdów. W tym czasie praktycznie nie było przejezdnej drogi pod Fitz Roya. Pierwszy odcinek, do Hacjendy pod Fitz Royem, dało się jeszcze pokonać autem, które wynajęliśmy, ale dalej można było tylko maszerować lub wynająć konie. W tejże Hacjendzie znajdował się jeden dom, w którym gospodarze prowadzili coś w rodzaju hotelu i buda garażowa, w której się zatrzymaliśmy. Stamtąd szliśmy już do bazy na piechotę, najcięższym bagażem objuczając wypożyczonego konia. Pierwszego grudnia 1984 roku założyliśmy piękną bazę w szałasie (bez dachu) po zamieszkującym tu kiedyś pustelniku. Jego duch czuwał chyba nad nami przez cały okres trwania wyprawy.
 
Jak opisałbyś cały mozół podejścia pod ścianę z pełnym wyposażeniem oraz przebieg akcji wspinaczkowej: taktykę, trudności i charakter drogi, skałę, biwaki, itd.?
Z bazy chodziło się pod ścianę przez przełęcz Quadro, położoną na północ od Aguja Guillaumet. Z niej schodziliśmy na lodowiec Fitz Roy Norte, który trzeba było trawersować przy skałach, by następnie stromym wiszącym lodowczykiem ruszyć w górę, w kierunku naszej drogi. Po drodze wykopaliśmy i zaopatrzyliśmy w prowiant dwie groty lodowe, jak z pewnością wiesz, najlepsze miejsca biwakowe w patagońskich warunkach. Jedna z nich znajdowała się tuż pod przełęczą, trzy godziny z bazy, druga z nich oddalona była o półtorej godziny, z niej zaś pod ścianę pozostawała już tylko niecała godzina podejścia. Z czasem, by uniknąć męczących kursów do bazy, przenieśliśmy większość ekwipunku do jamy położonej bliżej ściany.
Nasza droga miała prowadzić olbrzymim zacięciem o wysokości 1200 metrów. W dolnej części przechodzi ono w komin z kilkoma równoległymi do niego rysami. Górna, ośmiusetmetrowa część wyprowadzała w otwartą, dachówkowato uwarstwioną ścianę z lewej i ogromne spiętrzenia spękanych i wyglądających niepewnie bloków skalnych. Tę część pokonywaliśmy w złych warunkach, przy wiejącym wietrze i często w opadach śniegu. Była to znakomita decyzja, gdyż po poprawie pogody, mając poręczówki, mogliśmy pracować w górnej części drogi.
Co do taktyki, to byliśmy od początku przygotowani na poręczowanie sporych ilości ściany z uwagi na niebezpieczeństwo załamania pogody. Rozwieszaliśmy liny w dolnych partiach urwiska 6, 12-14 grudnia. Najpierw były to zalodzone rysy i kominy, które trzeba było pokonywać w rakach, częstokroć wspomagając się techniką hakową. Poprowadził to „Falco” wraz z Lutyńskim, później ja zmieniłem Lutyńskiego. Po 400 metrach depresja wyprowadziła nas na półkę skalno-lodową, rodzaj kazalniczki, gdzie biwakowaliśmy na przygotowanej półce w śpiworach i płachtach. Po nocy z pięknym widokiem na Lądolód Patagoński zjechaliśmy i przetransportowaliśmy sprzęt z bazy do najbliższej jamy.
Ponad półką droga wiodła prawą stroną zacięcia, otwartą, monolityczną ścianą, jako że w głębi komin był mokry i kruchy. Miejscami wypełniały go ogromne łachy stromego, brudnego i pooranego kamieniami lodu. Następnie trawersami i za pomocą kilku wahadeł w lewo dostaliśmy się do najwyższej z takich łach. Południowo-zachodnia wystawa pozwalała cieszyć się słońcem, ale miała też swoje wady. Pamiętam, że właśnie słońce sprawiło, że wycofaliśmy się raz z „Falkiem” około godziny czternastej. Wspiąłem się rysą, która wyżej zanikała w płytach. Po obniżeniu wykonałem pierwsze wahadło, doleciałem wprawdzie do szczeliny, ale po prostu wypłukało mnie z niej. Następnego dnia, wczesnym rankiem przeszli to bez trudu i po zupełnie suchej skale Kozaczkiewicz z Lutyńskim, uciekając poza ściek z poprzedniego dnia. Była to jedyna niedogodność związana z taką wystawą ściany, jakiej doświadczyliśmy. Trzeba jeszcze dodać, że pogodę mieliśmy zupełnie wyjątkową jak na Patagonię: 12 dni względnie dobrych warunków! Akurat tyle, ile wystarczyło nam na pokonanie drogi. Pozwalało nam to na w miarę wygodne (przynajmniej po południu) wspinanie w skale, temperatury dzienne oscylowały wokół 15-20°C, nocami chwytał lekki mróz.
Ale wracając do drogi, jej górna część rzeczywiście robiła wrażenie. Pokonanie górnego zacięcia zajęło nam 6 dni (16-22 grudnia). Tu szliśmy prostymi rysami, równoległymi do siebie, przenosząc się czasem z jednej do drugiej, w kierunku przełączki. Miejscami poruszaliśmy się równolegle, tzw. metodą gąsienicy, z uwagi na brak dogodnych miejsc na stanowiska. Skała na tym odcinku była najlepsza, prawdziwie „patagońska”, tylko chwilami napotykaliśmy na zmurszałe fragmenty, w rodzaju „muszli” czy też „grzybów” skalnych. Stopniowo rozwieszaliśmy poręczówki, wieczorami zjeżdżając na półkę biwakową, do której z każdym dniem pracy robiło się coraz dalej. W końcu osiągnęliśmy wąską przełączkę, która oddzielała wielki Filar Casarotta od głównego masywu.
Zabiwakowaliśmy we dwójkę z „Falkiem” na wąskim wcięciu przełęczy. Rankiem 24 grudnia, w Wigilię, dotarł do nas Kozaczkiewicz z Lutyńskim, oprócz nich, zupełnie nieoczekiwanie pojawiła się koło nas dwójka Amerykanów, Alan Kearney i Bobby Knight, którzy w czterodniowej wspinaczce dokonali pierwszego powtórzenia Filara Casarotta. Podzieliliśmy się z nimi naszymi kończącymi się zapasami (stanowiła je puszka szprotek i paczka herbatników). Prowadzący „Koza” i Lutyński od razu poszli w górę, bez sprzętu biwakowego. Później dotarł Kochańczyk i w trójkę podążaliśmy za nimi. Nad nami było jeszcze 250 metrów wspinania, w tym około 100 metrów trudności. Następnie pola obrzydliwego, nie trzymającego śniegu w typie „cukru” wyprowadziły naszą piątkę na wierzchołek.
O godzinie piętnastej w Wigilię Bożego Narodzenia przez mgły dobiegł nas okrzyk„Kozy”: „Chłopaki, jestem na szczycie!”. Nie chcieliśmy mu wierzyć. To było piękne... Otaczające nas dotąd chmury obniżyły się i zobaczyliśmy pod sobą Cerro Torre i Aguja Poincenot. Fotografowaliśmy, zapisaliśmy na karteczce nasze nazwiska i wsunęliśmy je w woreczku pod kopczyk szczytowy. Półtorej godziny później niebo ponownie zaciągnęło się, zaczął sypać śnieg, a my rozpoczęliśmy zjazdy. Po drodze minęliśmy idących w stronę wierzchołka Amerykanów. Na miejsce biwaku dotarliśmy o dwudziestej pierwszej. Wigilijną noc spędziliśmy rycząc kolędy. Trochę doskwierał nam głód i zimno. Ale nie na tyle, by przyćmić radość ze wspaniałego dokonania.
 
Wigilia, ostatni biwak w ścianie, wierzchołek w pełnym składzie, pogoda wytrzymała, poręczówka do podstawy ściany... Były powody do świętowania
Oczywiście. Poręczówka – to był poczciwy, pojedynczy bezalin. Przy tych spadających kamieniach stanowiło to dość ryzykowną grę, bo niewiele było trzeba, by ją przeciąć. Ale wszystko skończyło się dobrze. Biwak był niezapomniany, od skalnych bloków odbijało się echo naszych śpiewów, absolutna pustka i poczucie jakiejś dziwnej nierealności tego, co się dzieje, nadawały tej nocy niesamowitego, niepojętego wymiaru. Na drugi dzień, całe Boże Narodzenie zeszło nam na gigantycznej pracy. Po pierwsze, musieliśmy wykonać setki metrów zjazdów. Ale nie tylko – trzeba było jeszcze zdemontować i zwieźć tysiąc dwieście metrów lin poręczowych! Nasze środki finansowe były bardzo skromne i nie mogliśmy sobie pozwolić na pozostawienie takiego kapitału. Przypomniało mi się jeszcze, że dzień wcześniej, około sto metrów nad przełączką, Kochańczykowi wypadł czekan i bezdźwięcznie poszybował w czeluść. Pogodziliśmy się rzecz jasna z jego stratą, a wycofując się znaleźliśmy go na tej samej łasze śnieżnej, przez którą przechodziliśmy!
Pod ścianę dotarliśmy absolutnie wykończeni, tak że po pokonaniu olbrzymiej pięciometrowej szczeliny brzeżnej, wyrąbaliśmy sobie prowizoryczny stopień w dolnej wardze szczeliny brzeżnej i tam natychmiast przygotowaliśmy miejsce do spania.
 
Musieliście być naprawdę krańcowo wyczerpani. W końcu od jamy lodowej dzieliło Was około 20 minut zejścia!
Tak, zmęczenie było koszmarne. Nie zważaliśmy już na nic – byliśmy gotowi zrobić wszystko, aby jak najszybciej odpocząć. Zrzuciliśmy z ramion plecaki. Kochańczyk, który troszczył się o nas przez cały wyjazd, zagotował herbatę i kiedy byliśmy już w śpiworach, raczył nią tych, którzy od razu nie zasnęli. Wszyscy zauważyliśmy, że gwiazdy świecą jakby ostrzej i jaśniej, z niesamowitym iskrzeniem. Ranek przyniósł słońce i kolejne oznaki zbliżającego się załamania pogody – długie, rozciągnięte szeroko „cygara” chmur. Patrzyliśmy na nie obojętnie, a może nawet z rodzajem satysfakcji. Już nam nie zagrażały.
 
Planowałem zapytać cię o jakieś anegdotyczne zdarzenia na wyprawie, ale sam przywołałeś już kilka takich sytuacji. Czy pamiętasz ich więcej?
Owszem, na przykład atak kondorów na „Kozę”. Kiedy biwakowaliśmy we dwójkę z „Falkiem” na przełączce, a Lutyński i Kochańczyk udali się do bazy po sprzęt i jedzenie, na naszej półce w środkowej części ściany pozostał samotny Kozaczkiewicz i, jak nam później opowiadał, zaczęły nawiedzać go natrętne kondory. Te olbrzymie bądź co bądź ptaki były na tyle „bezczelne” i ciekawskie, że zaczęły zbliżać się do niego na kilka metrów! Był przerażony. Na szczęście znalazł w pobliżu kamienie i dopiero z ich pomocą był w stanie skutecznie odpędzać natarczywe ptaszyska, ale tylko na jakiś czas. Później sytuacja powtarzała się. Trudno było o regenerację sił, czy nawet przygotowywanie posiłku w takich warunkach. Dziś, na szczęście, mogę to opowiadać jako anegdotę...
 
Nie przepadam za określeniami w rodzaju „najwybitniejsze dokonanie górskie”, za dziennikarskim skrzywieniem, objawiającym się w ujmowaniu naszych przeżyć, przygód w cyfry, tabele i rankingi, dlatego zapytam inaczej. Czy mógłbyś, tak we własnym odczuciu, ocenić wyprawę na Fitz Roya (a nie jej wynik sensu stricto, tzn. wejście nową drogą o takich trudnościach, w takim czasie, itp.) jako swą najbardziej wymagającą górską przygodę, za najtrudniejszy sprawdzian hartu ducha?
Nie, z pewnością nie. Bez wątpienia najwięcej kosztowała mnie wyprawa na Tiricz Mir. To była typowa „ekspedycja transportowa”, która doprowadziła do tego, że poczułem obrzydzenie do wypraw wysokogórskich. Natomiast wyjazd do Patagonii był cudowną przygodą. Nasi gospodarze byli bardzo gościnni, w grupie panowała wspaniała atmosfera, nie było żadnych scysji, niezdrowych ambicji, niedomówień. Do tego dochodzi wyjątkowa pogoda i uroda góry. Działaliśmy w sposób niesłychanie zgrany i raczej na luzie. Na takiej zasadzie, że jest góra, która cię inspiruje i to po prostu trzeba zrobić. To było wspaniałe. Fitz Roy sam przyciągał i motywował, wręcz zapraszał. Alpejskie wspinanie w doskonałej skale i takim samym towarzystwie. W surowym, lecz fenomenalnym krajobrazie i przy znakomitych warunkach. Nie sposób było tego nie wykorzystać. Wspominam ten wyjazd jako jedną z najpiękniejszych przygód, jakie przeżyłem. Potem pojechaliśmy jeszcze na miesiąc pod Aconcaguę, podziałaliśmy dość sporo na większej wysokości, również na luzie, bez zgrzytów i z sukcesami. Krótko mówiąc, mam z tego wyjazdu jak najmilsze wspomnienia.
Wracając do anegdotycznych zdarzeń, to kiedy w drodze pod Aconcaguę dojechaliśmy pociągiem do Mendozy, do której podróż z Buenos zajmuje bodajże półtorej doby, na dworcu kolejowym, zaraz po tym, jak wysiedliśmy, usłyszeliśmy przez megafony: „Uwaga, grupa polska, Fitz Roy! Czekamy na was tam i tam...”. Po polsku! Polonusi załatwili nam nawet taki ważny drobiazg. I jeszcze jedno. Na Aconcagua chcieliśmy zrobić dla aklimatyzacji drogę normalną, a następnie wejść południową ścianą, która nie miała jeszcze polskiego powtórzenia. Okazało się jednak, że dwa tygodnie wcześniej uprzedziła nas Wanda Rutkiewicz, przechodząc Drogę Francuską z Wariantem Messnera. Po wejściu zwykłą drogą na szczyt poszliśmy we trzech, wraz z „Falco” Dąsalem i poznanym w bazie Carlosem Carsolio (który później często jeździł z polskimi wyprawami) pod południową ścianę. Po drodze spotkaliśmy, zupełnie przypadkowo, Wandę. Pamiętam, iż przestrzegała nas przed niebezpieczeństwami drogi: że jest lawiniasta itd. Pokonaliśmy ją jednak bez większych przeszkód w trzy dni, z czego prawie cały dzień przeczekaliśmy na polu lodowym pod ostatnią barierą lodową, by przechodzić ją z samego rana, w bezpieczniejszych warunkach i bez ryzyka nie ukończenia progu w ciągu dnia i biwakowania gdzieś w lodowych stromiznach. Taktyka okazała się słuszna. Nazajutrz mróz związał seraki oraz lodospad i szczęśliwie osiągnęliśmy wierzchołek.
 
Wiem, że ściana ta słynie z parszywej skały, złej asekuracji i lawin.
Tak, my również mieliśmy tę świadomość. Poza tym uczulała nas na to Wanda. Skała wygląda na zlepieniec – jakby zebrać górę otoczaków z Dunajca i posklejać jakimś lepiszczem. Ten gatunek skały jest raczej miękki i nie za bardzo można w nią wbijać haki. Na szczęście były tam tylko trzy takie bariery skalne i mikstowe, reszta trudności miała charakter lodowy. Podczas pierwszego biwaku na ostrodze lodowej, o mało co nie „zdmuchnęła” nas lawina. Wprawdzie ostroga skutecznie rozdzieliła masy lodu po obrywie seraka, ale siła tego podmuchu była tak wielka, że cudem nas stamtąd nie wyrwało. Wszystko skończyło się jednak szczęśliwie i trzeciego dnia wspinaczki stanęliśmy na szczycie.
 
Miesiąc pod Fitz Royem, tyle samo pod Aconcaguą, pięć tygodni Twojego rejsu do Ameryki Południowej... Ile w końcu trwała wasza wyprawa?
W całości około pół roku. „Falco” z Kozaczkiewiczem spieszyli się na kolejny wyjazd i wyjechali w połowie lutego. Kochańczyk, Lutyński i ja ruszyliśmy jeszcze w podróż po Argentynie i Peru. To były wspaniałe czasy. Dziś trudno byłoby to sobie wyobrazić „człowiekowi pracy”.
 
Jakie wobec tego mieliście odczucia. Wy, bądź co bądź, niebieskie ptaki – po powrocie z długiej i udanej, wspaniałej podróży po Ameryce Południowej, wracacie do szarej rzeczywistości Polski po stanie wojennym, kartek na żywność, kolejek, itp. Co stanowiło dla was największy wstrząs i jak zostaliście przyjęci w kraju?
Dobre pytanie. Najbardziej przytłoczyła nas nie sfera ekonomiczna, brak jedzenia czy kolejki, ale różnica kulturowa. W końcu w czasie wyprawy też nie opływaliśmy w dostatki, musieliśmy oszczędzać. Argentyna była i jest krajem bardzo drogim i nie odczuliśmy tego, że w Polsce jest pod tym względem tak nędznie. Natomiast najbardziej rzucił się w oczy kontrast klimatyczny i kulturowy. Tam trwało lato, zaczynał się karnawał. Ludzie byli otwarci, okazujący swoje uczucia, potrafiący się śmiać, weselić, zupełnie inaczej niż Polacy. Życie toczyło się na ulicach, a nie w domach, spotykałeś się ze spontanicznymi reakcjami, życzliwością. Latynosi są impulsywni, umieją się płakać i radować. Buenos Aires, ośmiomilionowa metropolia, pełna była barw, wesołego zgiełku, ciepła i miłości. I nagle wracasz do Warszawy, zapyziałej, głuchej, z hałdami brudnego, topniejącego śniegu. Patrzysz na Pałac Kultury i czujesz obrzydzenie. Kontrast jest niesamowity. Cóż, życie...
 
Z jakim przyjęciem spotkaliście się w środowisku, czy spotkały Was jakieś wyróżnienia?
Byliśmy nominowani do Złotego Medalu za Osiągnięcia Sportowe, ale Fitz Roy okazał się za niską górą i zostaliśmy odznaczeni Srebrnymi Medalami. Nawiasem mówiąc, po przyjeździe, w czerwcu, miałem bardzo poważny wypadek, spadłem z kawałem skały na Pieninkach w Dolinie Kobylańskej, łamiąc sobie rękę, nogę i kręgosłup. Medale odbieraliśmy w listopadzie i jechaliśmy do Warszawy z „Zygą” Heinrichem, który odbierał wówczas medal złoty [za pierwsze zimowe wejście na Cho Oyu, wraz z M. Berbeką, J. Kukuczką i M. Pawlikowskim – przyp. P.M.]. Ponieważ on też uległ tam jakiemuś wypadkowi, wyglądało to komicznie: obydwaj, poruszając się o kulach, odbieraliśmy nagrody za osiągnięcia sportowe!
Co do nagród, to trzeba też powiedzieć, że nie spodziewaliśmy się niczego, nie taką mieliśmy motywację. Mieliśmy wiele propozycji od telewizji, byliśmy wręcz nagabywani, ale takie były czasy, że świadomie odmawialiśmy ze względów ideologicznych. To była nasza forma protestu przeciwko systemowi, z którym nie chcieliśmy współpracować. Wspinaliśmy się dla siebie i między innymi w ten sposób chcieliśmy to zasygnalizować.
 
Dziękuję za ciekawą rozmowę.
Również dziękuję za powrót do bardzo miłych wspomnień.
 
Rozmawiał Piotr Michalski

Góry, nr 4 (119) kwiecień 2004 r.

(kg) 
Bartek Pasiowiec
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-20
GÓRY
 

TPN walczy ze śmieciami na górskich szlakach

Komentarze
0
 
 
Piotr Michalski
 
2018-09-20
GÓRY
 

Słowacy pod Mont Blanc - powstały dwie nowe drogi!

Komentarze
0
 
Bartek Pasiowiec
 
2018-09-20
GÓRY
 

Manaslu: Monika Witkowska dotarła pod C3!

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com