facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2010-09-22
 

Everest - igraszki ze śmiercią

Relacja wyprawy klubu Homohibernatus na Mount Everest z okazji 30-lecia pierwszego zimowego wejścia naszych rodaków K.Wielickiego i L. Cichego
Spoglądam w oczy pana Ho, wspinacza z Tajwanu, który razem z nami podjął się trudu ataku szczytowego na Mount Everest. Są pełne rezygnacji i zwątpienia, cały blask życia uleciał gdzieś bezpowrotnie. Sonam, jego Szerpa a mój przyjaciel, próbuje coś jeszcze do niego przemówić, ale nic do niego nie dociera. Nie dziwne, jesteśmy na wysokości 8750 m n.p.m. Całonocna wycieńczająca wspinaczka poprzedzona wielodniowym wysiłkiem otępiła jego umysł i ciało. Tkwi tu niczym słup soli, niczym poprzednicy, których mijaliśmy po drodze, którzy w ostatnim śnie zamarzli tu na wieki. Czy jesteśmy go wstanie wyszarpać z tego marazmu i odrętwienia? Czy jest w stanie podjąć walkę o swoje życie i targnie jeszcze raz ciało do ostatniego decydującego wysiłku?

Kathmandu – 50 dni wcześniej

Po bezsennej nocy i setce kontroli, którymi celnicy poddawali nasz sprzęt radiowo- elektroniczny podczas odprawy w Delhi, lądujemy nareszcie w Kathmandu - stolicy Nepalu i Himalajów, skąd rusza większość wypraw w góry najwyższe.

Ani Staszek Budny, ani Magda Prask, ani nawet ja nie jesteśmy jednak wcale zmęczeni. Emocje, które ciągle nam towarzyszą podczas wyprawy, pozwalają zapomnieć o trudach podróży. Na lotnisku wita nas Kriskhna, pracownik agencji Monterosa, która zapewni nam obsługę podczas całej naszej ekspedycji. Zamieszkujemy w hotelu Manang na Thamelu – turystycznej dzielnicy położonej w zabytkowym centrum miasta. Jak zwykle brakuje prądu, jest to tu normą i z żalem spoglądając na nieczynną windę, pokornie wnosimy nasze ciężkie bagaże na piętra hotelu. Po krótkim spacerze i sowitej kolacji w postaci dal bathu i pierożków momo lądujemy wyczerpani w objęciach Morfeusza.

Następnego dnia po pysznym śniadaniu, z pracownikiem agencji Bishnu ruszamy rozklekotanym busem na dworzec lotniczy odebrać cargo z naszym alpinistycznym sprzętem. Po przykrych doświadczeniach z zeszłego roku dotyczących zmarnowanego czasu i ilości łapówek które trzeba było dać celnikom na air porcie, jakież jest nasze zdziwienie gdy po 3 godzinach jesteśmy już z powrotem z naszymi ekwipunkiem w hotelu i nawet 150-dolarowa łapówka nie jest nam w stanie popsuć humorów. Zaraz potem jedziemy do magazynu Monterosy sprawdzić sprzęt, z którego będziemy korzystali powyżej bazy wysuniętej. Namioty, maski i regulatory są bardzo dobrej jakości, natomiast po butlach z tlenem widać, że były ładowane tu na miejscu, a nie w Rosji, gdzie kontrola jakości firmy Poisk jest bardzo wysoka.

W dniach kolejnych zwiedzamy Pashipatinat – zespół pagód, gdzie nad rzeką Bagmati pali się zgodnie z wiekową tradycją zwłoki zmarłych. Powala nas ono swoim mistycyzmem i zarazem żywotnością. Ogromna masa ludzi oglądająca cały ceremoniał kręci się wokoło świętych miejsc. Święte krowy, święci mężowie mieszkający w swoich świętych pustelniach, wszystko wokoło jest święte... I tylko małpy kradnące ludziom wszelkie artykuły niosące w rękach nie robią sobie nic z tych świętości. Zaraz potem przemieszczamy się do Swayambuthu – największej stupy w Kathmandu umiejscowionej na wzgórzu, na które żeby dojść trzeba pokonać 800 stopni, co w naszym wypadku wychodzi nam tylko na dobre. Pielgrzymi zjeżdżają tutaj z całego kraju, mijają ustawione gęsto tutaj rzędy młynków modlitewnych, które rozbrzmiewają z jękiem i furkotem nieustannych suplikacji. Każdy obrót cylindra ożywia spisane na papierze i ukryte wewnątrz inwokacje, wysyłając modły do nieba.

Następny Bakhtapur – obecnie dzielnica Kathmandu, a dawniej oddzielne miasto. Cały obszar zamknięty dla samochodów sprawia wrażenie jakby czas zatrzymał się w miejscu przed wiekami. Spotykamy znajomego przyjaciela Suresha, który jest przewodnikiem po tym zaczarowanym i pełnym zabytków miejscu. Zaprasza nas do siebie do domu na obiad, żona wita nas tradycyjnym: Namaste, które nie tylko oznacza dzień dobry, lecz ma też większy sens, który można oddać słowami „kłaniam się przed boskością, która jest w tobie.”

Żyją skromnie, ale jest bardzo sympatycznie, po wspólnym posiłku obdarowujemy się nawzajem prezentami, co najbardziej cieszy ich umorusane dzieci, ich radość i spontaniczność jest zaraźliwa.

Zaczynamy pomału przyzwyczajać się do rytmów i zwyczajów panujących w Kantipur – Mieście Blasku, jak nazywają rdzenni mieszkańcy stolicę Nepalu. Uliczki i place są nam coraz bardziej znane, wtapiamy się w tłum miejscowych przyjmując po części ich zwyczaje i obowiązujące pory dnia.

Zwiedzamy też Lalipur - skarbnicę architektury Newarów, ludów którzy niegdyś zamieszkiwali tę dolinę. Całe miasto powala ilością zabytków, świątyń, kapliczek, jest tu ich podobno skatalogowanych 27 tysięcy. Jak na 700-tysięczną metropolię to bardzo dużo.

Idziemy też ze Staszkiem do fryzjera, u którego wizyta jest podstawowym punktem podczas pobytu w Kathmandu. Jest on w jednej postaci też golarzem i masażystą. Seans trwa ok. 1,5 godziny. To swoisty rodzaj terapii. Na początku pokrył nam nieznaną mazią twarz, która została wymiędlona na różową masę. Po umyciu głowy i wymasowaniu jej szczotką ryżową lub czymś podobnym zostaliśmy ostrzyżeni, ogoleni brzytwą, wycięli nam nożyczkami wszystkie włosy w nosie i rozpoczął się masaż właściwy. Plecy wychłostane zostały palcami. Równie dobrze mogli nam spuścić lanie stalowym prętem. Przeżyłem kilka zawałów, gdy przeszedł do karku. Już miałem się odprężyć, gdy facet wyrwał mi wszystkie palce ze stawów. Przez dłuższą chwilę okrutnik tłukł mnie po głowie, jakby chciał ją wytatuować gołymi rekami. Następnie marszcząc brwi wbił mi swoją pięść w obie nerki. Gdy wyłamywał stawy w rękach, obracaliśmy się z całymi fotelami. Chcieliśmy uciec, ale koniec końców jakoś to przeżyliśmy.

W oczekiwaniu na otwarcie granicy odwiedza nas też Jeeran Shrestha, który pracuje dla legendarnej już tu miss Holly – niegdyś reporterki Routera, a która od lat 50. ubiegłego wieku spisuje wszystkie informacje dotyczące wypraw w Himalaje. Nieoficjalne źródła donoszą, że przez jakiś czas pracowała dla CIA, ale ile w tym prawdy, to nie wiadomo. Poznajemy też resztę uczestników ekspedycji z innych krajów, Luiggi Rampini z Włoch i Qobin (Muhamad Muqharabbin Mokhtarrudin) z Malezji, jego szerpę Pema Sherpa oraz naszego szerpę Dawa Sherpa.

Ganesh, właściciel agencji, ogłasza dobrą wiadomość, jutro otwierają granicę z Chinami i wyruszamy pojutrze z rana do Zhangmu. Następują ostatnie przepakowania do beczek i worów transportowych.

Wieczorem na spotkaniu z szefem agencji poznajemy naszego kucharza Lila, nie rozmawia za bardzo po angielsku, ale za to podobno robi świetne spaghetti, co potwierdza Luiggi, który był z nim w zeszłym roku na wyprawie. Człowiek agencji, który pracuje w ambasadzie chińskiej w późnych godzinach wieczornych potwierdza uzyskanie wiz.

O 5.00 skoro świt, aby uniknąć korków, jedziemy busem do granicy z Tybetem, a później do Zhangmu po chińskiej stronie, które znajduje się na wysokości 2300 m n.p.m. co nas bardzo cieszy, bo nasze organizmy będą się pomału aklimatyzowały. Granica dostarcza pierwszych wrażeń, panuje atmosfera ciągłej inwigilacji i nerwowości. Mnóstwo tu tajniaków, wojska i celników, przechodzimy przez wiele kontroli, przeglądają nasze aparaty, kamery, książki i czasopisma w poszukiwaniu zakazanych treści związanych z Dalajlamą. Nasz sprzęt i żywność w beczkach przenoszony jest przez miejscową nepalską ludność przez graniczny most na plecach, a dopiero za granicą ładowany na samochody. Lecz później po wjechaniu do miasteczka jakże miła zmiana, ludzie są tu uśmiechnięci i serdeczni, sporo osób zna podstawy języka angielskiego, reagują na nasz widok dość radośnie i otwarcie. I choć sama miejscowość wyglądem nie „powala”, to i tak jest tu dużo czyściej niż po nepalskiej stronie.

Widać że Chiny w ostatnich latach zrobił olbrzymi postęp nie tylko technologiczny, ale i mentalny. Stare Zhangmu przeistoczyło się przez ostatnie lata diametralnie, teraz wszystko jest w ruchu, przyszło nowe pokolenie, które zmierza zdecydowanymi krokami w obranym kierunku. Przy każdym uchu lśni maleńki, srebrzysty telefon komórkowy. Ich rodzice mieli pusty, zalękniony wyraz twarzy, powłóczyli nogami. Dzisiejsza młodzież jest bardziej elastyczna, mniej pokorna, bardziej otwarta. Pary się całują, trzymają za ręce, co za czasów Mao było nie do pomyślenia. Uznali Zachód za coś na co dostali koncesję. Mimo że tchnięci kulturą zachodu mogą zawsze przerobić ją na chińską modłę. Szkoda tylko że to wszystko dotyczy Chińczyków, rdzenni mieszkańcy – Tybetańczycy nadal niestety żyją w głębokim cieniu swojego okupanta.

Przemieszczamy się z Zhangmu do Nyalam na 3700 m n.p.m. tzw. Autostradą Przyjaźni łączącą granicę nepalską z Lhasą – stolicą Tybetu. Sama „Kraina Śniegu” z jej 2-milionową społecznością rozciąga się na obszarze 1,2 miliona km kwadratowych. Średnia wysokość terenu to 4000 m n.p.m., dlatego po przyjeździe ze względu na rozrzedzone powietrze wymagana jest aklimatyzacja i dodatkowa ochrona przed słońcem. Wschodnią część kraju przecinają wąwozy największych rzek azjatyckich – Jangcy, Mekongu, Saluin, a otwarte przestrzenie północy są domem koczowników i pasterzy. Drokba (koczownicy) wypasają stada owiec, kóz i dzo (skrzyżowanie byka i samicy jaka). Zwierzęta te przystosowały się do życia na dużej wysokości i wykształciły płuca o większej objętości, a w ich krwi występuje więcej cząsteczek hemoglobiny niż u zwierząt nizinnych.

Mimo trwającej 50 lat chińskiej okupacji Tybetańczycy nadal pielęgnują swoją tradycję. Jednym z ich przejawów jest popularność klasztorów.

Droga, którą przemierzamy, a której nie powstydziłby się żaden kraj alpejski, wiedzie kręto wzdłuż rzeki. Zaczynamy „łapać” wysokość, kiedyś wędrowcy cierpieli po nagłym wejściu w góry. Oszołomieni chorobą wysokościową nazywali górskie korytarze przełęczami „dużego” albo „małego bólu głowy (zdaniem chińczyków dolegliwości występowały po zjedzeniu dzikiej cebuli). Pogoda bardzo słoneczna, ale temperatura oscyluje wokoło 0 stopni. Po południu diametralna zmiana, pada śnieg z deszczem, do czego dołącza wiatr i robi się mało przyjemnie. Samo Nyalam z zabudowaniami przypominającymi komunistyczne czasy to strategicznie położone miasteczko między okolicznymi górami. Znajduje się tutaj wybudowany z wielkim przepychem posterunek policji i armii. Sama władza porusza się tu najnowszymi modelami Land Cruiserów, co porównując do biednych Tybetańczyków stanowi olbrzymi kontrast. Zadziwia niechęć miejscowych dzieci do robienia im zdjęć i kręcenia filmów. Podejrzewamy, że od małego prane mają umysły na temat zgubnego kapitalistycznego zachodu.

W ramach poprawienia aklimatyzacji wychodzimy na pobliski szczyt na 4050 m n.p.m., obowiązkowe miejsce do zaliczenia wszystkich wypraw, które zmierzają do bazy pod Everestem i Cho Oyu. Idzie z nami Dawa Sherpa i Kena, który kręci film dla Qobina. Jeśli mu się uda wejść na szczyt od północy będzie pierwszym Malezyjczykiem, który zdobędzie Czomulungmę (miejscowa nazwa Everestu) z dwóch stron (wejście od południa 2004 r). Nasz drugi towarzysz podróży Luiggi z Włoch podejmuje już czwartą próbę, ma 67 lat i godna podziwu jest jego upartość. Schodząc mijamy grupę wspinaczy Dana Mazura – Amerykanina z polskimi korzeniami, który już od wielu lat organizuje ekspedycje na Everest.

Ruszamy do Tingri na 4300 m n.p.m. piękną asfaltową drogą. W zeszłym roku była jeszcze szutrową i nie należała do najprzyjemniejszych, ale Chiny obecnie pompują w swój kraj miliardy juanów i widać tego efekty. Mijamy przełęcz Tonla Pass na 5050 m n.p.m. W oddali malowniczo bieli się Sisha Pangma, jeden z czternastu największych ośmiotysięczników na Ziemi. Niby w zasięgu ręki, niby tak blisko, a tak daleko... Mijamy widmowe ślady po zburzonych twierdzach, resztki murów obronnych, wież sygnalizacyjnych ciągnących się niewidoczną linią wzdłuż trasy, którą podążamy.

Tingri to całkowicie zamieszkała przez Tybetańczyków miejscowość pośrodku olbrzymiego wyschniętego pra-jeziora. Wygląda na biedne i bezbarwne. Domy są tu robione z prostokątów z suszonego błota, kruszącego się na wietrze jak biszkopt. Ruszamy jak zwykle na obchód miasteczka, nieustannie towarzyszą nam dziesiątki dzieci z czerwonymi jak dojrzałe jabłka policzkami, wyciągające z wymownym gestem ręce krzyczące: Hello Money.

Zaprzyjaźniamy się z ekspedycją Dana Mazura, spotykamy nawet naszą rodaczkę Elę z Calgary, której brakuje już do Korony Ziemi tej ostatniej góry gór, towarzyszy jej mąż Gordon ze Szkocji. Reszta to Australijczycy, Serbowie, Anglicy, Amerykanie, Niemcy, Hiszpanie, Rosjanie, no i oczywiście Chińczycy. Everest jak gigantyczny magnes przyciąga ludzi z całego świata.

W celu poprawienia aklimatyzacji wspinamy się na pobliski wierzchołek 4700 m n.p.m. Widok z góry zapiera dech w piersi, bo na południe od nas rozpościera się cel naszej podróży, północna ściana Everestu i Cho Oyu z jego kopiastą czapą. Schodzimy do miasteczka, w którym życie płynie leniwie i bez emocji. Tybetańczycy pozbawieni swoich duchowych przywódców starają się przeżyć z dnia na dzień. Na jednym z ołtarzy wisi jedno z wcieleń Panczenlamy, drugiego w hierarchii przywódcy po Dalajlamie. Został on rozpoznany w sześcioletnim chłopcu o nazwisku Gedhun Choeki Nyima. Jednak został porwany wraz z rodziną przez Chińczyków, gdy był małym chłopcem i słuch po nim zaginął. Rząd wyznaczył cynicznie na jego miejsce swojego kandydata. Tak samo sprytnie Chińczycy postąpili z Żyjącym Buddą z Labrang, zatrudnili go w Ministerstwie Religii w Lanzhou, co sprawiło, że skutecznie go unieszkodliwili.

Base Camp – 35 dni wcześniej

Wczesne śniadanie i dalej w drogę wprost do Base Camu na 5150 m n.p.m.

Krajobraz jest iście marsjański, tylko skały, kamienie i niesiony przez wiatr piach. Mijamy po lewej klasztor Rongbuk i w końcu dojeżdżamy do bramy bazy, gdzie stacjonuje chiński oddział wojskowych. Poznajemy naszego drugiego kucharza Duderasa i jego pomocników tybetańskiego pochodzenia Pasanga i Damdiego.

Przy rozpakowywaniu bagaży popadamy w lekki konflikt z żołnierzem, który zareagował bardzo nerwowo, gdy próbowaliśmy wywiesić polską flagę na maszcie z bambusa. Po obiedzie udajemy się na krótki spacer po plateau, przygnębiające wrażenie robi symboliczny cmentarz osób, które zginęły na Evereście, a który to lśni w słońcu w oddali, wydaje się taki niewinny, a jednak nie wolno lekceważyć tej góry, jak i zresztą żadnej innej...

Układamy ze Staszkiem kopiec z kamieni z płytą ku pamięci naszego rodaka Tadeusza Kudelskiego, który wiele lat temu zdobył Mount Everest od tej strony lecz niestety stracił życie podczas powrotu z niego.

Od rana słonecznie, lekko wieje. Na szczycie jednak widać silny wiatr, który podrywa tumany śniegu tworząc efektowny pióropusz ku wschodowi. Wg naszych prognoz, które dostajemy z Polski: - 30 stopni i 135 km/godzinę.

Przybywa coraz więcej namiotów z innych ekspedycji. Dowiedzieliśmy się, że w zeszłym roku tak późno otworzyli granicę dla wspinaczy od strony Tybetu, bo dwa lata temu podczas wnoszenia zniczu olimpijskiego zginęło kilkunastu chińskich alpinistów i musieli posprzątać ciała, które leżały na drodze ku szczytowi. My czujemy się ogólnie dobrze nie licząc lekkich katarów i kaszelków.

Aklimatyzacja przebiega szablonowo. Zadziwia w BC ogromna ilość gołębi i wróbli, na tej wysokości to raczej niespotykane, choć na brak pożywienia to tu narzekać nie mogą. W nocy ujadają psy, co skutecznie uniemożliwia spokojny sen, budzą się w człowieku najgorsze żądze...

Z samego rana warzenie naszego ekwipunku, który będzie zapakowany na jaki. Te długowłose zwierzęta warzące ok. tony są tu niezastąpione. Dają mięso, ser, skórę, wełnę, z których miejscowi wyrabiają obuwie, ubrania, koce, namioty, ba, nawet łajno używane jest jako opał, bo bardzo długo utrzymuje żar. O transportowych właściwościach nie wspomnę. Całego naszego wyposażenia jest ponad półtorej tony. Właściciele tego całego biznesu to cwani chińczycy w złotych zegarkach, jeżdżący Toyotami Land Cruiserami a czarną robotę odwalają miejscowi Tybetańczycy tzw. jakmeni, choć podobno większość aut terenowych należy do Chińskiego Towarzystwa Górskiego. Jednak decydujący głos mimo wszystko ma tu stary Tybetańczyk – Ningma, widać po jego twarzy pełnej bruzd, że nie z jednego pieca chleb jadał.

Jeszcze ostatnie pokrzykiwania, podciągnięcia popręgów i wreszcie wyruszamy do Middle Campu na 5800 m n.p.m. (obozu pośredniego między bazą BC a obozem wysuniętym ABC).

Do obozu pośredniego dochodzimy w dość dobrym czasie, ale nasze jaki są daleko w tyle, więc korzystamy z gościnności chińskiej ekspedycji i w ich namiocie kuchennym przesiadujemy zimny i wietrzny wieczór. Częstują nas tybetańską herbatą z dodatkiem jaczego masła, suszonym mięsem a nawet chińską wódką, którą pijemy z naparstków. Chcemy podziękować za gościnę i wyjść, ale nie pozwalają nam i dopiero jak zjadamy z nimi wspólną kolację, którą na naszych oczach bardzo starannie przygotowuje ich kucharz, pozwalają się pożegnać. Ludzie gór to jednak solidna firma nieważne jakiej narodowości.

Dalszy trekking wzdłuż niekończącego się lodowca Rongbuk do ABC – bazy wysuniętej, po lewej stronie mijamy efektowne seraki wielkości domów czteropiętrowych. Droga coraz to ginie wśród skał i tylko ekskrementy jaków, których tu pełno pomagają nam ją odszukać. Poprzednie ekspedycje nazwały ją Yak Shit Higway. W końcu pojawiają się na wzgórzu pierwsze namioty chińskiej ekspedycji. Nasza baza wysunięta staje na wysokości 6400 m n.p.m. Przygotowujemy na tym skalistym terenie platformy pod namioty osobiste i stawiamy je w silnym wietrze. Powstaje też kuchnia, resztę postanawiamy zrobić jutro, jednak 22 km lodowca na tej wysokości dało się nam solidnie we znaki.

O poranku dalsza część urządzania obozu, powstaje mesa, toaleta i rozkładamy resztę namiotów osobistych. Wypakowujemy nasz ekwipunek z beczek i worów transportowych. Każdy ruch na tej wysokości to mega wysiłek, podczas 8-godzinnego snu tutaj człowiek zużywa tyle energii co podczas jednogodzinnego biegu na poziomie morza. Ciśnienie spadło do 450 hPa. Temperatura w namiotach w nocy –9 stopni, nie najgorzej. Przy innych ośmiotysięcznikach, a nawet przy Evereście od południa bazy powstają 1,5 – 2 km niżej, a my jesteśmy już praktycznie na wysokości Campu II południowej strony, nikt nie powiedział że będzie łatwo...

Rozstawia swoje namioty coraz więcej wypraw, na razie to tylko obsługa i Szerpowie, klienci cierpliwie czekają na dole w Base Campie.

Wpadamy na odwiedziny do naszych znajomych Chińczyków, większość z nich tak naprawdę to Tybetańczycy zatrudnieni przez Chiny, jest ich spora grupa, po północnej stronie Everestu to oni rozdają karty i trzeba się z nimi liczyć, to zupełnie inni ludzie, których znamy z polskich bazarów, targowisk i barów. Twardzi, ale życzliwi, zahartowani na niedogodności, ale gościnni i weseli.
W oddali widać część ich grupy zakładających liny poręczowe na drodze do obozu I. Cała ich ekspedycja to ponad 60 uczestników. W ich obozowisku w najlepsze grają sobie w karty na pieniądze, palą papierosy, popijają piwo, piknik na całego. Ale wiemy, że to tylko pozory, są naprawdę dobrzy, bardzo dobrzy, niektórzy byli już na szczycie po 8 razy.

Dzień z życia himalaisty na wysokości 6400 m n.p.m.

Rano po nieprzespanej nocy w lodówce, którą dumnie nazywam namiotem, próbuję podnieść głowę, którą ból rozsadza mi na pół. Staram się umyć zęby pastą, która pod wpływem mrozu zmieniła się w konsystencję podobną do pumeksu. 50 metrów do mesy, w której podadzą mi śniadanie, które i tak zwrócę w tempie przyśpieszonym którymś z otworów, przemierzam w tempie ślimaka winniczka. Po posiłku bieg z przeszkodami w postaci głazów do toalety w tempie nadspodziewanie szybkim z prostych przyczyn, aby nie narobić w gacie. Wracam do namiotu zlany potem i walę się jak długi, choć nie na długo, bo moje schronienie w międzyczasie za sprawą słońca stało się piekarnikiem rozgrzanym do 50 stopni. Aplikuję parę tabletek na gardło i w międzyczasie wysmarkuję z nosa zawiesinę przeróżnej konsystencji. Przed wyjściem w górę nakładam na siebie tony kremu z filtrem, który i tak jest niewystarczający, co objawia się potem metrami odpadającej skóry i bąblami, jakie występują na nowo odkrytych terenach roponośnych.

Obiad jem około godziny, bo po każdej łyżce łapię chciwie powietrze, które i tak jest pozbawione tlenu, co objawia się zmęczeniem porównywalnym do rozładowania wywrotki ze żwirem łopatką do piasku. Gdy słońce zachodzi i do akcji wchodzi mróz, nakładam na siebie tony ciuchów, które całkowicie pozbawiają mnie mobilności, co sprawia, że proste czynności przedłużają się w nieskończoność i wywołują u mnie ataki zadyszki porównywalne do objawów, jakie są obserwowane u koni w Wielkiej Pardubickiej. Padam po kolacji ze zmęczenia w śpiworze z myślą, że wykonałem kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. Wiatr targa namiotem, śnieg sypie aż miło i gdy już jestem jako tako rozgrzany w puchowym śpiworze, daje o sobie znać pęcherz moczowy...

Nordcool – 28 dni do ataku szczytowego

Wynosimy namioty, gaz i jedzenie do Campu I na 7040 m n.p.m. Droga najpierw wiedzie przez wszystkie obozy wzdłuż skalnego osuwiska aż do tzw. Crampon Point, gdzie zakładamy raki, potem przez olbrzymie lodowe pole aż do zbocza lodowo-śnieżnej góry zaporęczowanej przez chińską ekipę, która jak co roku musi pierwsza zdobyć szczyt po tej stronie.

Stok o 50-70 stopniowym nachyleniu daje przedsmak dużych emocji, które przed nami. Łapczywie łykamy każdy haust powietrza tak ubogiego w potrzebny nam tlen, każdy krok to nie tylko walka ciała z górą, ale walka umysłu z ciałem. Zmuszenie go do jeszcze jednego wysiłku. W tym bezlitosnym dla człowieka miejscu nie mamy prawa chorować, nie możemy sobie pozwolić choćby na cień słabości. Nie ma wyboru: musimy znosić ból i cierpienie i za wszelką cenę iść do przodu. Głęboka lekcja kształtująca charakter osobnika z „cywilizowanego” świata.

Pokonujemy pod koniec drabinę, która rozpostarta jest nad szczeliną na finiszu drogi do obozu pierwszego. Na niewielkiej śnieżnej platformie już są zarezerwowane miejsca pod namioty dla większości ekspedycji, bo podobno gdy sezon osiągnie tu kulminację, nie ma gdzie stopy włożyć. Topimy śnieg na wodę tak niezbędną do prawidłowego tu funkcjonowania organizmu. Średnia ilość wypitych płynów w górach wysokich powinna się kształtować w okolicach 4 litrów w ciągu doby. W przeciwnym razie grozi nam odwodnienie i choroba wysokogórska, a w najgorszym wypadku śmierć. Przychodzą na myśl zdanie wypowiedziane przez Antoine de Saint –Exupery "Woda, nie jesteś niezbędna do życia, jesteś samym życiem" – święte słowa.

Schodzę do ABC po mroźnej i średnio przespanej nocy mijając po drodze całe rzesze nepalskich Szerpów oraz wspinaczy chińskiej ekspedycji wynoszących ekwipunek dla wypraw, które niebawem nadejdą. Na jednym z lodowych zboczy podczas mijanki następuje niekontrolowany ślizg, na szczęście jumar i poręczówka robią swoje blokując upadek i po uspokojeniu rytmu serca zjeżdżam dalej. Spotykamy znajomego Xi-Linga, krótka pogawędka, słońce w zenicie sprawia, że pot leci ciurkiem po plecach, choć pod stopami czysty lód, płuca zachłannie łapią każdy łyk powietrza. Serdeczne „na razie” i dalej w drogę. Reszta dnia w bazie to już czysty odpoczynek, choć na tej wysokości można mówić raczej o próbie przetrwania.

Czas na regenerację organizmów, schodzimy do Base Campu pokonując 22 km odcinek lodowca Rongbuk jednym ciągiem. Mijamy tego upalnego dnia jak się później okazało ok. 150 jaków wynoszących w górę sprzęt dla ekspedycji do bazy wysuniętej, oraz prawie setkę wspinaczy, którzy wyszli celem aklimatyzacji do Middle Campu na nocleg. Z samej firmy Seven Summits jest ich z całego świata ok. 20 osób.

Północna strona Everestu dorównała już swojej siostrze z południa zamieniając to miejsce w całkiem dochodowy biznes. Duża część osób powoli próbuje swoich sił od Tybetu, i taniej to, i organizacja podobna, oszacowaliśmy, że tylko w tym roku jest ok. 150 osób atakujących szczyt, nie licząc obsługi i Szerpów.

Idziemy w odwiedziny do sąsiedniej ekspedycji, w której szeregach są nasi rodacy Małgorzata z synem Danielem i Krzysiek. Wymieniamy nasze strategie, spostrzeżenia z dotychczasowego przebiegu wypraw, na chwilę zapominamy, że jesteśmy tak daleko od domów i to na takiej wysokości. Agencja, która im to zorganizowała, to już małe przedsiębiorstwo, cena i owszem za to wszystko całkiem spora, ale za to mają prawie wszystko, co można sobie wyobrazić wysoko w górach. Stół do ping ponga, salę do oglądania filmów, a nawet motocykl, jeśli ktoś chciałby sobie pojeździć po okolicy. Tylko tak sobie zadaję pytanie, po co to wszystko..? Czy nie od tego właśnie uciekliśmy w góry wysokie, żeby choć na chwilę zapomnieć o otaczającym nas cywilizowanym świecie.

Powracamy do ABC w celu dalszej aklimatyzacji i założenia Campu II.

Słów parę o Szerpach wysokościowych. Temat w większości pomijany w opisach wypraw i relacjach, a tak naprawdę 80 % ekspedycji nie mogłoby się odbyć bez pomocy tych wspaniałych i jakże wytrzymałych ludzi. Zacznijmy od tego, że jest to zupełnie ktoś inny niż tragarz, z kim wiele osób ich myli. Szerpowie pochodzą z górskich regionów na pograniczu Nepalu i Tybetu, zamieszkują tereny wysoko powyżej 2000 m n.p.m. Mniej więcej 12 pokoleń wcześniej przybyli z prowincji Kham przez Lhasę do Nepalu i stali się obywatelami tego kraju zachowując tybetańskie obyczaje i religię. Słowo Sharpas oznacza ludzi, którzy przyszli ze wschodu. Obecnie mogą być to Nepalczycy jak i Tybetańczycy. Ci pierwsi dostają wynagrodzenie za konkretną wyprawę i zazwyczaj są w szeregach ekspedycji zachodnich. Ci drudzy są na rocznej pensji Chińskiego Towarzystwa Górskiego, lecz nie są już to tak duże pieniądze jak u Nepalczyków i zazwyczaj są na usługach Chińczyków. Działalność Szerpów zaczyna się zazwyczaj powyżej Base Campu lecz naturalnym jest ich pomoc w stosunku do członków wyprawy podczas jej całego trwania. Do nich należy najczarniejsza robota wynoszenia tlenu, jedzenia, gazu, namiotów, rozstawiania ich, zakładania lin poręczowych. Reszta uczestników przychodzi tylko potem na gotowe do takiego obozu z plecaczkiem, własnym śpiworkiem i termosem. Czasami stosunek ilościowy Szerpy do uczestnika jest jeden do jednego, a często zdarza się dwóch i trzech Szerpów na jednego uczestnika. Fakt faktem biorą sobie oni za to obecnie dość spore wynagrodzenie, cena jeśli chodzi za Everest jest dwukrotnie większa niż w stosunku do innych ośmiotysięczników, więc nie dziwi fakt, że pod górę gór rokrocznie zbiera się tu ich „elita”. Ich sprzęt i ubrania to obecnie najwyższe markowe firmy, władają angielskim językiem, znają swoją wartość, w swoim kraju mają wyższy stopień w hierarchii społecznej lecz dziwi fakt, że taką ciszą nadal objęty jest temat ich pomocy podczas trwania wypraw w relacjach i filmach.

Wychodzimy do „jedynki” wynosząc resztę ekwipunku. Po drodze niestety nieszczęście, na naszych oczach, może 200 metrów przed nami zawala się gigantyczny serak w ¾ drogi do obozu pierwszego, schodzi lodowa lawina, która pogrąża pierwsze śmiertelne ofiary w tym sezonie, są to Węgrzy. Następuje natychmiastowa akcja ratunkowa, niestety udaje się tylko uratować jedną osobę. Zostają zerwane wszystkie liny poręczowe na tej wysokości. Gigantyczne lodowe bloki tarasują dalszą drogę. Zawracają do ABC wszyscy w tym dniu wychodzący wspinacze.

Chiński zespół następnego dnia wytycza nową drogę do Campu I i prowadzi przez nią poręczówki.

I znowu dnia kolejnego ponownie wychodzimy do obozu I, gdzie spędzamy noc.

Część grupy wychodzi do obozu II na 7700 m n.p.m. Zostawiamy tam depozyt w postaci gazu, namiotów i jedzenia i w myśl zasady „działaj wysoko, odpoczywaj nisko” schodzimy z powrotem do jedynki na nocleg. Wieje bardzo silny wiatr, namiot w Campie I jest zasypany do połowy w śniegu, z jednej strony to dobrze, bo nie odfrunie, ale trochę trzeba go odśnieżyć, bo niedługo zniknie całkowicie i ciężko go będzie odnaleźć.

Po drodze w jednej z wędrówek między BC a ABC spotykam znajomego Szerpę Sonama z jego przyjacielem, który był w latach poprzednich z Krzyśkiem Wielickim i z Justyną Szepieniec na wyprawie na Cho Oyu i Dhaulagiri. Czas zdecydowanie szybciej biegnie, gdy się go umila rozmową. W Middle Campie melduję się u znajomego naszego pomocnika kucharza Pasanga.

Młody Lopsang jest też Tybetańczykiem i pełni funkcję kucharza chińskiej ekspedycji. Częstują mnie kolacją w postaci dalu czyli ryżu z soczewicą i jakąś lekko alkoholową miksturą o nazwie palimia, rodzaj naszej przepalanki na cukrze.

Wędrujemy dalej już w piątkę, bo dołącza się do nas jeszcze jeden Tajwańczyk, pan Ho wraz z Szerpą. W połowie drogi spotykamy Magdę, która schodzi do BC, informuje nas o tym, że cały zespół chiński zszedł na dół i będą wracać do bazy wysuniętej dopiero 9 maja. Poręczówki są doprowadzone tylko do obozu II, całe jedzenie, którym dysponujemy w ABC pozamarzało, nie widząc żadnego sensu marnowania energii na 6400 m n.p.m. zawracam do BC.

Któregoś popołudnia idę na rekonesans do sąsiedniej ekspedycji Asia Trekking, poznaję Mohida z Bangladeszu, który w zeszłym roku na jesieni był razem z Pawłem Imińskim na Cho Oyu, znowu nasuwa się teza, że świat jest mały...

W nocy nad Everestem widać solidną burzę, grzmi i błyska.

Dowiadujemy się, że wyrusza do ataku chińska ekipa. O decyzji nawet wspinacze dowiadują się na pół godziny przed wyjściem. Wszystko trzymają w tajemnicy. Decydujące rozkazy przychodzą z Lhasy. Z naszych prognoz też wynika, że mamy szansę na 3-4 dniowe okno pogodowe. Aleksander Abramow z Seven Summit jest przeciwny atakowi. Twierdzi że zabraknie nam jednego dnia na powrót.Idziemy! Jednogłośnie decydujemy się na wyjście następnego dnia, mamy dosyć stagnacji i widzimy szansę na sukces. Wieczorem jesteśmy zaproszeni na urodziny Brazylijki Kariny z ekipy od Alexa. Kucharz przygotowuje wspaniały tort, toasty wznosimy piwem Lhasa Beer, które na tej wysokości jednak ma dziwny smak, ale cała uroczystość ma sympatyczny przebieg.

Atak szczytowy 8300 m n.p.m.

Nareszcie akcja, po wielotygodniowym aklimatyzowaniu i wyczekiwaniu na odpowiednią pogodę nastąpiło zielone światło, wyruszamy na atak szczytowy. Wprawdzie dobre prognozy nie pokrywają nam się z jednym dniem powrotnym, ale mamy dosyć niepewności i ruszamy do obozu I na 7050 m n.p.m. Lekko wieje, słońce w zenicie świeci ostro. Razem z nami rusza zespół Tajwańczyków LI i Ho razem z Szerpami Sonamem i Kibim.

Dochodzimy dość szybko do „jedynki”, wieje tu spory wiatr, ale nie psuje nam to humorów. Topimy śnieg na zupę i herbatę i o zmroku idziemy szybko spać, jutro dość wyczerpujący odcinek do obozu II.

Skoro świt ruszamy na 7700 m n.p.m. do „dwójki”. Na przełęczy wieje ostry wiatr, co ze spadkiem temperatury nie ułatwia zadania. Dobrze że cały prawie odcinek to śniegowy stok o nachyleniu ok. 50 stopni. Raki z łatwością wgryzają się w lodowo-śnieżną skorupę. Raz za razem szarpie nami od wschodu gwałtowny podmuch wiatru, cała trasa jest zaporęczowana i wpinamy się za każdym razem do naszej uprzęży lecz za każdym razem rodzi się myśl, czy i teraz poręczówka wytrzyma czy pofruniemy na dół ku lodowcowi. Ostatni odcinek to same skały, gdzie stoją nieliczne namioty pozostałych wspinaczy. Przy silnych podmuchach wiatru rozstawiamy i swoje schronienie choć to niełatwa sprawa i zajmuje nam to co najmniej pół godziny. Wyczerpani przygotowujemy posiłek wiedząc, że dopiero jutro nastąpi najgorszy i najdłuższy etap łącznie ze zdobyciem szczytu. Próbujemy usnąć, ale na tej wysokości i w tych warunkach to ciężkie zadanie.

Camp III czeka na nas na 8300 m n.p.m. Droga wiedzie pośród skał pod sporym kątem nachylenia. Tu już zaczynamy używać tlenu z butli, który wspomaga proces oddychania w „Strefie Śmierci”. Powyżej 8 tysięcy jest tu go zaledwie 1/3 tego, co na poziomie morza. Człowiek przeniesiony z tego pułapu na tę wysokość po jakimś czasie straciłby świadomość, co doprowadziłoby go w niedługim czasie do zgonu. Pogoda nie ładuje optymizmem, całe niebo zasłaniają chmury, wieje przenikliwy wiatr, który prędkością wg prognoz sięga 60 km/h.

Rozstawiamy swój czerwony namiocik i w jego zacisznym wnętrzu uzupełniamy płyny, które są tu tak niezbędne do normalnego funkcjonowania. Co i raz zakładamy maski i przez 15 minut oddychamy na czystym tlenie ustawiając przepływ regulatora na 1 litr na minutę. Przychodzi Sonam i częstuje nas tajwańskimi ciasteczkami oraz suszonym mięsem z jaka. Czas upływa na rozmowach, bo o spaniu nie ma mowy.

O 21.00 czasu nepalskiego gotowi jesteśmy do najważniejszego zadania. Wychodzimy w ciemność, na niebie widać gwiazdy i księżyc, wydają się na wyciągnięcie ręki. Wieje ostro, co przy –30 stopniach daje solidnie w kość. W namiotach tajwańskich sąsiadów też widać ożywienie. Ruszam sam w kierunku grani, za mną idzie Magda w parze z Dawą. Droga wiedzie ostro ku górze, pierwszy charakterystyczny punkt to Mushroom, skała w kształcie grzyba, to teoria, bo jedyne co widać to mały odcinek drogi z poręczową liną oświetlany światłem czołówki. Dochodzę na grań. Dobrze że jest noc, bo ekspozycja musi być oszałamiająca, od strony nepalskiej 80-stopniowa śnieżna przepaść. Idę metr obok i czuję mimo szalejącego zimnego wiatru krople potu na plecach. Wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach. Zmierzam w kierunku szczytu i nagle w świetle latarki pod skałą widzę śpiącą postać. Za chwilę ogarnia mnie odrętwienie, bo zdaję sobie sprawę, że to ciało jakiegoś alpinisty, któremu szczęście nie dopisało, usnął nieświadom, że już nigdy się nie obudzi. Zatrzymuję się na chwilę, żeby pomodlić się za duszę nieszczęśnika. Zdaję sobie sprawę że był to czyjś syn, brat, może mąż i że już nigdy jego bliscy nie doczekają się na jego powrót. To zajście tylko zwiększa moją ostrożność, każdy krok na granitowej skale staram się stawiać rozmyślnie dwa razy sprawdzając pewność chwytów i stąpnięć oraz dobór odpowiedniej liny poręczowej. Jest tu całe mnóstwo starych, poprzecieranych poręczówek i łatwo o błąd.

Mijam kolejno tzw. step I i II. Są to pionowe uskoki, na drugim dla ułatwienia zainstalowane są aluminiowe drabiny, sporo się trzeba natrudzić, żeby to pokonać na tej wysokości. Oddech jest nierówny, świadomość że mały błąd może skończyć się tragicznie potęguje napięcie. Mijam kolejne ciała, nikt tu ich nie znosi na dół, leżą w spokoju ku przestrodze kolejnych śmiałków. Przy stepie III mijam ciało Franka, towarzysza wspinaczki naszej rodaczki Ani Barańskiej z zeszłego roku.

Uff, wszystko jest to takie poruszające, a zarazem każe zachować zimny dystans do obecnej sytuacji.

Na horyzoncie wschodzi słońce i budzi się nowy dzień, który napawa mnie optymizmem, do pokonania ostatni skalny trawers, ostatnie pole śnieżne i jest na wyciągnięcie dłoni, Mount Everest, Sagarmatha, Chomulungma, czy jak kto woli Dach Świata, wyżej się nie da. Ze wzruszenia łzy kręcą się w oczach, tyle poświęceń, wyrzeczeń, i udało się, sukces!

Do głowy przychodzą setki myśli, spoglądam wokoło, na nepalskiej stronie cisza, nikogo, słońce dopiero zaczyna swoją wędrówkę. Czas jakby stanął w miejscu zawieszony w otaczającej przestrzeni. Widok, o którym można tylko pomarzyć, a może to psychika potęguje otaczające piękno...?

Rozsądek każe mi robić pamiątkowe foty i zmykać stąd czym prędzej. Na tej wysokości latają przecież samoloty. Mijam na zejściu resztę grup. Na wysokości stepu III Sonam próbuje nakłonić pana Ho do dalszej, jakiejkolwiek akcji, ale ten jest już tak zrezygnowany i wyczerpany, że na nic się zdają jego wysiłki. Na górę czy na dół? - pyta. Wrzeszczy do niego starając się przekrzyczeć wiatr, ale nic do niego nie dociera. Z trudem udaje się go tego dnia sprowadzić do obozu III, gdzie mają przymusowy nocleg, co na tej wysokości jest loterią ze śmiercią.

Magda, Dawa i pan LI z Szerpą wkrótce po mnie zdobywają jako jedyni tego dnia wierzchołek. Schodzimy do campu III, zejście jest jeszcze bardziej niebezpieczne niż wejście, raki ślizgają się na granitowych płytach niczym łyżwy na lodowisku. Organizm ciągnie już na rezerwach. Z obozu III widzę pana Li, któremu na zejściu zabrakło tlenu w butli i niczym jak w zabawce nakręcanej na kluczyk po prostu stanął w bezruchu, dopiero jego Szerpa wymienia mu butlę i pomału wraca na obroty.

Niedługi odpoczynek w „trójce” i schodzimy do obozu II.

Wiatr się wzmaga i w nocy dochodzi do 100 km/h. O spaniu nie ma mowy, oprócz naszego znajomego Włocha jesteśmy sami w obozowisku.

W szalejącym wietrze następnego dnia pakujemy namiot i schodzimy do Campu I na Nordcool, w górę wychodzi tylko dwójka Niemców, sami zresztą, jak mówią, nie wiedzą po co. Szarpie naszym ciałami niczym latawcem na wietrze, ledwo utrzymujemy się na nogach, ale brniemy w dół z upartością osła wiedząc, że na dole czeka na nas spokój i cisza. Byle dalej od tego wietrznego piekła. W jedynce witają nas zaprzyjaźnieni Szerpowie gorącą herbatą i ciasteczkami. Smakują nieziemsko. Chwila odsapnięcia i dalej na dół do ABC, mijamy dużą ilość osób, którzy zwabieni niedługą poprawą pogody prą do góry w oczekiwaniu na możliwość ataku z obozu I.

Mijamy rodzinę Kalifornijczyków, którzy ze swoim 13-letnim synem chcą pobić rekord świata najmłodszej osoby na Evereście. Wg mnie to szaleństwo, ale każdy jest kowalem swojego życia tylko czemu i swojego dziecka...

Na dole przy Crampon Point wychodzi nam naprzeciwko z gorącą herbatą nieoceniony Damdi, nasz pomocnik kucharza, którego uprzedziliśmy o zejściu przez CB. Do obozowiska dochodzimy na resztkach sił, jeszcze kolacja i zasłużony odpoczynek, choć o dziwo pewno dzięki emocjom nie chce się spać.

Świadomość że przygoda się kończy napawa nas lekkim smutkiem.

Himalaizm swoimi regułami podobny jest do boksu lub partyzantki, doskok, uderzenie i odskok. Ktokolwiek zrobi za szybki krok lub się spóźni ze swoimi poczynaniami ryzykuje nokautem i porażką. Wyczekanie odpowiedniej pogody w ekstremalnych warunkach, szybkość poczynań i decyzja o ataku we właściwym momencie, to kluczowa sprawa podczas całej ekspedycji. Zdobycie Everestu od strony Tybetu jest trudnym zadaniem, już sam lodowiec Rongbuk ze swoją 22 km trasą zabiera podczas wielokrotnego przemierzania na wysokości ok. 6 tysięcy metrów wiele siły.

Statystyki mówią o 20 % sukcesów z tej strony, co w porównaniu z nepalską stroną i 50% wynikiem jest bardzo wyraziste. W parę dni po nas zostaje pobity rekord najmłodszego wspinacza który zdobył Dach Świata, zostaje nim 13- letni Jordan Romero z Kalifornii. Od strony nepalskiej pobija też swój rekord 49-letni Apa Szerpa, który wchodzi na szczyt 20 raz! Po południowej stronie działa „The Extreme Everest Expedition 2010”, 31-osobowa grupa Szerpów, którzy mają za zadanie oczyścić ze śmieci Everest powyżej 8 tysięcy metrów. W planach mają za zadanie znieść ok. 2 ton śmieci. 2011 rok ma być w Nepalu rokiem turystyki, Nepalczycy dla wszystkich zdobywców Sagarmathy jak nazywają Dach Świata przewidują bezpłatne wizy pobytowe w tym czasie. Każdy chce zaznaczyć swoją obecność na Górze Gór.

Większość osób skupia się w relacjach z ataków szczytowych na stepach I, II, III, jeżeli chodzi o trudności techniczne, lecz wg nas cała droga granią ku szczytowi to nieustanna walka wspinacza z nagą skałą i należy sceptycznie podchodzić do opisów, które bagatelizują wiele aspektów.

Komercja, którą wszyscy tak piętnują jest tylko solidną organizacją i zapewnieniem bezpieczeństwa śmiałkom, którzy zaryzykują wiele, ażeby zdobyć górę gór. Trzeba sobie zadać tylko najpierw pytanie: czy warto ryzykować to co najcenniejsze dla tego trofeum? Potem może być za późno...

Zbyszek Bąk - Kathmandu 2010
 Podejscie do campu I
 drabina na 7000m.n.p.m.
 Na szczycie
 Widok ze szczytu
 
Goryonline
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-10
HYDEPARK
 

Burka w Nepalu nazywa się sari

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-31
HYDEPARK
 

Revelations

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-30
HYDEPARK
 

Magazyn TATRY (nr 65)

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com