facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2000-10-06
 

El Pico de Orizaba - wybuchowa góra (MEKSYK)

Ponieważ w styczniu 1999 roku byłem na szczycie tego wulkanu, chętnie podzielę się informacjami dotyczącymi wejścia.


W numerze z maja 2000 roku ukazał się spory artykuł o wulkanach Meksyku. Niestety, nie było w nim żadnych konkretnych informacji dotyczących najwyższego (i najważniejszego) z nich - Pico de Orizaba (5700 m n.p.m., choć w niektórych publikacjach znalazłem 5611 m i 5746 m n.p.m.). Ponieważ w styczniu 1999 roku byłem na szczycie tego wulkanu, chętnie podzielę się informacjami dotyczącymi wejścia. Góra ta była zasadniczym celem wyjazdu mojego i Rafała Parchańskiego (Skoczów) do Meksyku. Nie udało nam się zdobyć wcześniej zbyt wielu informacji dotyczących możliwości wejścia (Rafał dogrzebał się tylko do kilku artykułów w Internecie), a książka "Jak zdobyć najpiękniejsze góry świata" jeszcze się nie ukazała, więc jechaliśmy niemal w ciemno. Tak się złożyło, że początek naszego pobytu w Meksyku zbiegł się z pielgrzymką Papieża Jana Pawła II, więc kilka dni przesiedzieliśmy w stolicy chłonąc to, co działo się wokół nas.

Jak z westernów i "Konwoju"

Dopiero 26.01, po odlocie Papieża, o godz. 11.00 wsiedliśmy do autobusu na dworcu Tapo (Terminal Oriente). Kierunek: Jalapa. Wybraliśmy linię "AU" ze względu na to, że autobus zatrzymywał się w interesującym nas miejscu, tzn. w San Salvador El Seco. Bilet nie był szczególnie drogi, bo kosztował 72 peso, czyli 7,5$. Przejechaliśmy autostradą w pobliżu wulkanów Iztac-cíhuatl i Popocatépetl (podczas pobytu Papieża w Mexico City była wyjątkowo dobra widoczność - o wschodzie słońca z dachów domów można było świetnie obserwować dymiącą sylwetkę Popo, co ponoć nieczęsto się zdarza!), minęliśmy miasto Puebla i w 3 godziny od wyjazdu ze stolicy wysiedliśmy w El Seco. Obrazki jak z westernów Sergio Leone połączonych z "Konwojem". Główną drogą pędziły potężne "trucki" pomalowane w jaskrawe kolory. Goniący za nimi wszędobylski kurz wciskał się do oczu i nosa, a słońce oślepiało ostrymi promieniami. Dziura, jakich mało. Mężczyźni w kowbojskich kapeluszach przyglądali nam się nieufnie, kobiety coś sobie szeptały do ucha. Wulkan zobaczyliśmy już wcześniej, z okolic Puebli - wysoko nad zamglonym niebieskawym horyzontem świeciła jaskrawą bielą lewitująca zjawa. Z El Seco Pico de Orizaba wyglądał już mniej nierealnie. Po 20 minutach oczekiwania wsiedliśmy do kolejnego, tym razem lokalnego, autobusu. Bilet kosztował 8,5 peso (niecałego dolara). Tlachichuca okazała się małą wioseczką z zadbanym "zocalo" i odnowionym białym kościółkiem z Orizabą w tle.

Z Orizabą w tle

Już na dworcu pojawia się ktoś, kto chętnie chce nas zawieźć do schroniska pod górą. Mówi, że bardzo tanio, bo tylko za 850 peso. Uśmiecham mu się w twarz i tłumaczę, że nie jestem "gringo" (bogaty i głupi Amerykanin), więc cena od razu idzie w dół. Bierzemy go jeszcze na przetrzymanie: idziemy zjeść tradycyjną chili z ryżem. Kiedy kończymy obiad, cena jest już rzeczywiście rozsądna: 300 peso (to po 15 $ na głowę). Pakujemy się z plecakami do starej Toyoty i ruszamy w drogę. Początkowo jedziemy wśród pól uprawnych, na których już nic nie rośnie. Monotonię spalonej żółci przełamuje od czasu do czasu zieleń kolczastej agawy. Kurz za nami straszliwy, więc kiedy zatrzymujemy się, by fotografować, trzeba kilka minut odczekać, aż tuman pyłu opadnie. Po kilku kilometrach droga zaczyna się wyraźnie wznosić. Wjeżdżamy między potężne kępy traw i w przepiękny las sosnowy. Jesteśmy zachwyceni widokami. Miejscami droga jest tak stroma, że od razu oczami wyobraźni widzę fikołkującego w tył mojego "malucha 126p" (oczywiście gdyby miał napęd na cztery koła i dał radę tu dojechać). O zachodzie słońca docieramy do schroniska na 4400 m n.p.m. Wyobrażałem sobie, że będzie to jakaś drewniana chatka, a tymczasem znajdujemy porządny, murowany z kamieni dom, w którym spokojnie może nocować na drewnianych pryczach kilkadziesiąt osób. Schronisko jest bezpłatne. Jedyny mankament to brak wody (wodę pitną należy kupić w dużych baniakach jeszcze w Tlachichuce!!!). Wewnątrz schroniska jest około 20 ludzi. Siedzą tu od dwóch dni i aklimatyzują się. Trochę się im dziwię, bo siedząc w miejscu (bez wysiłku) człowiek kiepsko się aklimatyzuje.

Próbujemy zasięgnąć języka. Podchodzę do parki Niemców - wyglądają na skonanych, więc pewnie wracają z góry. Ona ledwo żywa odpowiada półsłówkami. Jej partner jest tylko nieco bardziej rozmowny. Mina mi rzednie, kiedy opowiadają, jak jest wyżej. Jeszcze z Mexico City dzwoniłem do Polaków mieszkających w Jalapie i prosiłem o zorientowanie się w szczegółach dotyczących wspinaczki. Popytali wśród swoich znajomych i przekazali mi, że droga jest bardzo trudna i że trzeba koniecznie wynająć przewodnika, który zna drogę przez lodowiec, bo są duże szczeliny. Tutaj Niemiec straszy twardym lodem o nachyleniu 75 stopni. Patrzę na niego dziwnym wzrokiem, bo 75 stopni w lodzie to juz niemal pion i trzeba się naprawdę solidnie powspinać z dwoma czekanami! A Niemcy mają po jednym i to jeszcze takim pamiętającym pierwsze wejście na Matterhorn. Pytam o szczeliny: są? Są! - odpowiada Niemiec i rozwierając palce na 2 cm pokazuje, jakie szerokie. Powoli wraca mi optymizm. Mamy co prawda tylko jeden czekan na dwóch, ale może te wszystkie informacje są po prostu zdrowo przesadzone. Omawiamy z Rafałem plan działania. Kiedy jesteśmy zdecydowani wyjść dzisiejszej nocy, dwaj Kanadyjczycy, Peter i Stiven, proponują wspólną wspinaczkę. Przystajemy chętnie i korygujemy o godzinę czas startu.

Gwiaździsta Góra

Wychodzimy o 2.45 w nocy. Przy czołówkach wędrujemy wydeptaną ścieżką w górę. Ścieżka jest tak rozdeptana we wszystkich kierunkach, że z trudem odnajdujemy ten właściwy, oznaczony z rzadka symbolem malowanym farbą na kamieniach. Jest przeraźliwe zimno, marzną mi nogi. Gdzieś wysoko nad nami, pośród gwiazd, ledwie majaczy sylwetka Pico de Orizaby, czyli Citlaltépetla (Gwiaździstej Góry). Na krawędzi lodowczyka, gdzie trzeba założyć raki, czekamy na poranne zorze. Gdy świta, podchodzimy zmarzniętym na beton śniegiem i skalną grzędą do krawędzi lodowca Jamapa. Po prawej mamy Sarcofago, wysoki na 5080 m skalny trabant Orizaby - pięknie lśni purpurą, którą wydobywa z zakamarków mroku wschodzące słońce. Zostawiam w tyle Rafała i powoli wyprzedzam Kanadyjczyków. Każdy idzie swoim tempem, takim na jakie go stać. Idę najszybciej, choć idzie mi się fatalnie. Jeszcze wczoraj o tej porze spałem sobie smacznie w Mexico City (2200 m n.p.m.), a tu już jestem powyżej 5000 m. Niedostatki aklimatyzacji (a raczej jej zupełny brak) robią swoje. Stok, początkowo nachylony ok. 30 stopni, staje się coraz bardziej stromy. Lód jest bardzo twardy. Bez raków nie dało by się utrzymać na nogach. Ze strachem myślę, co by się stało, gdybym stracił równowagę. Lód jest zbyt twardy, by wyhamować na nim czekanem, prędkość zwiększałaby się z każdym metrem, a metrów w dół, do szczerzących się głazów, sporo. Brrr. Staram się uważać. Ścieżka, po której zmierzam w stronę krateru, jest w miarę wyraźna - często znaczona kolorowymi szlaczkami wymiocin moich poprzedników.

Senna fatamorgana

Ostrożnie przestawiam stopę obutą w plastikowy but i dozbrojoną rakiem na następny pochyły lodowy stopień. Podpieram się kijkami i przenoszę ciężar ciała na drugą nogę. Po kilku krokach zatrzymuję się, by złapać oddech. Zmęczenie doskwiera mi coraz bardziej z każdą sekundą. Po co ja się tak męczę? Ciężko dysząc po raz n-ty zwisam na wbitych w lód kijkach i odpoczywam. Nagle budzi mnie szarpnięcie ciała tracącego równowagę! Oo, jest źle! Mobilizuję się do kilku następnych kroków, wyznaczając sobie wzrokiem miejsce, do którego mam zamiar za tym zrywem dojść. Dowlekam się na ostatnich płucach. Kiedy oddech się wyrównuje, znów zwisam na kijkach, by chwilę odpocząć. Nagle czuję, że odpływam. Niby jestem tu, gdzie jestem, ale dzieje się ze mną coś dziwnego. Śnię? Rozbudzony znów wędruję do namierzonego wzrokiem wybrzuszenia w lodzie. I znów sytuacja się powtarza: dochodzę, dyszę, uspokajam oddech, zwisam na kijkach... I znów idę. Wychodzę za krawędź lodowej ściany i ze zdumieniem spostrzegam... kolejkę linową! W jej pobliżu kręci się kilku ludzi. Na usta ciśnie się brzydkie słowo. Po co lazłem taki kawał, po co się tak męczyłem, skoro niemal na szczyt można wyjechać kolejką! Z kolejki wychodzi... prezydent Peru. A on tu czego szuka? Może przyjechał do Meksyku z okazji wizyty Papieża? Podnoszę głowę i robię kilka kroków pod górę. Zaraz, zaraz, a gdzie podziała się kolejka?! Gdzie prezydent Peru?! Co się dzieje? Śniło mi się? Niemożliwe! Robię znów kilka kroków do przodu. Oho, teraz słyszę szczekające psy. Po kilku kolejnych krokach słyszę... gęganie gęsi. Co jest grane?! Na tej wysokości nie może być przecież gospodarstw rolnych!

Powoli dociera do mnie, że te omamy wzrokowe i słuchowe są wynikiem wejścia organizmu w dziwny stan będący wynikiem zestawienia kilku elementów: niewyspania, zmęczenia forsownym marszem, głodu i pragnienia, ale przede wszystkim zbyt szybkiego pokonania dużych różnic wysokości. Jestem gdzieś na pięciu i pół tysiącach metrów. Muszę szybko podjąć decyzję. I nie mogę się w swoich obliczeniach pomylić! Nad sobą widzę wyraźne przełamanie ściany. To chyba już krater wulkanu - cel do którego zmierzam. Czy dam radę dojść? Oceniam szybko swoje szanse. Nie są znowu takie małe: przed zaledwie trzema miesiącami nocowałem na wysokości 7500 m n.p.m. i sporo czasu spędziłem powyżej 6500 m podczas wspinaczki na Makalu (8463 m n.p.m.) - organizm powinien coś jeszcze "pamiętać". Ponadto szybkie wejście jest też przy okazji swego rodzaju "oszukaniem" organizmu. Powinno się udać. Ruszam wprost do góry ignorując idącą w lewo ścieżkę. Już widzę przed sobą kres męczarni. Jeszcze dziesięć kroków, pięć, jeden... O Boże!!! Stoję na krawędzi krateru, ale do szczytu, na którym stoi krzyż, jeszcze kawał drogi. Muszę niemal obejść cały krater wkoło! Chyba nie dam rady. Tak blisko... Siadam obok plecaka i zapadam w drzemkę. Nawet nie wiem, co mi się śni. Kiedy się budzę - szczyt jest dalej tam, gdzie był. Daleko, jakby poza moim zasięgiem. Koszmar!

Znów muszę podjąć decyzję. Tym razem znacznie bardziej ryzykowną. Do tej pory wspinałem się mając świadomość, że muszę mieć rezerwę sił na zejście. Teraz, jeśli podejdę do szczytu, a może to trochę potrwać, nie będę miał gwarancji, że sił wystarczy. Ale z drugiej strony - przecież zawsze do tej pory jakoś schodziłem, a nie zawsze było lekko, łatwo i przyjemnie. Zostawiam plecak i chwiejnym krokiem, podpierając się kijkami, ruszam ostrą krawędzią krateru w stronę wierzchołka. Skała jest krucha, ale spojona twardym lodem. W górę i w dół, w górę i w dół... Aż wreszcie za kolejnym podejściem staję obok plątaniny przewróconych, różnej maści krzyży: metalowych i drewnianych, dużych i małych. Jestem na szczycie. Spoglądam na zegarek: jest 11.00. Zaledwie 24 godziny temu wyjeżdżałem autobusem z Mexico City. Niezły czas!

Na odchodnym rzucam jeszcze okiem w dal, w stronę dymiącego Popo i rozpoczynam zejście. Powoli - by się nie potknąć i nie zlecieć. Po godzinie spotykam Rafała. On jeszcze prze w górę. Zachęcam go do pójścia na szczyt, tłumacząc, jak wygląda dalsza droga. Daleko w dole widzę schodzących Kanadyjczyków. Jeden wycofał się z połowy podejścia, drugi dotarł tylko do krawędzi krateru w pobliże mojego plecaka (w czasie, gdy ja byłem na wierzchołku), ale zrezygnował z wejścia na szczyt. Zostawiam Rafała na ścieżce - decyzję musi podjąć sam właściwie oceniając swoje możliwości. Ostatecznie Rafał dochodzi do krawędzi krateru, gdzie dociera zdecydowana większość alpinistów, odpuszczając sobie wejście na sam czubek.

Następnego dnia przyjeżdża po nas umówiony kierowca, z którym zjeżdżamy do Tlachichuki. A wieczorem jesteśmy już w Mexico City.

Kilka porad

Generalnie rzecz biorąc góra nie jest trudna ani droga. Pomijając koszty przelotu z Polski do Meksyku, na samą górę wystarczy około 50-60 $. A trudności? Dużo zależy od warunków. Można się wstrzelić w niezłą pogodę (jak my) i wtedy wystarczy 3-5 dni czasu, kijki, para raków i ciepłe ubranie. Ale można się nie wstrzelić i wtedy wszystko się zmienia. Jeśli ktoś chce uniknąć normalnej drogi - odsyłam do "Jak zdobyć najpiękniejsze góry świata" (str. 134-137).

Tekst i zdjęcia: ks. Krzysztof Gardyna

"GÓRY", nr 10 (77) październik 2000 

(kg)

Goryonline
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-10
HYDEPARK
 

Burka w Nepalu nazywa się sari

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-31
HYDEPARK
 

Revelations

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-30
HYDEPARK
 

Magazyn TATRY (nr 65)

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com