facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2010-03-27
 

"Dotknięcie pełni" Pisco - Alpamayo - Huascaran

Mirek Mąka i Daniel Milla w Cordillera Blanca w sierpniu 2009. Więcej zdjęć w fotogalerii, a wkrótce także film z wyprawy.
Tekst: Mirek Mąka

Tamtej spokojnej nocy - gdzieś na srebrnych, księżycowych zboczach Huascarana - po kilku bezsennych dobach, nareszcie odpływałem w niebyt upragnionego snu. Obolałe mięśnie rozluźniły się błogo i tylko w mętniejącej świadomości powracał wściekły łopot targanego wiatrem namiotu oraz wspomnienie świdrującego bólu głowy. To jednak była już przeszłość, którą zostawiłem dwa kilometry wyżej. Teraźniejszością było ciepło śpiwora i kojąca myśl o długich godzinach do świtu. Konstatując swą ekskluzywną sytuację, odpadłem nie wiedząc kiedy, wessany w oniryczne zaświaty. 

Pamiętam, że jakiś monotonny dźwięk długo mieszał się z moim snem. W końcu zwyraźniał na tyle, że sen prysł i otworzyłem oczy. W ciemności namiotu, na zwiniętej puchówce migało zielone światełko komórki, która cierpliwie grała melodyjkę. Wyostrzyłem zaspany wzrok - na wyświetlaczu była 3,00 nad ranem. A głowę bym dał, że zasnąłem przed chwilą. Wciąż w półśnie, wcisnąłem klawisz odbioru, wydając z siebie stłumione „Halo?”. I wtedy usłyszałem radosny głos mego przyjaciela Zbyszka Płatka: „Panie Mirku, już wszystko wiem! Gratulacje!”. Zaschło mi w gardle, więc tylko chrząknąłem, a Zbyszek nawijał dalej z sympatyczną i zamierzoną przesadą: „Ludzie miesiącami gromadzą sprzęt, kombinują sponsorów, montują całe wyprawy, żeby zdobyć choć jeden z tych szczytów. A ty pojechałeś sam, z jednym plecakiem i załoiłeś od razu trzy takie fajne góry! Zeznawaj zaraz, jak to zrobiłeś?!” Przełknąłem ślinę i w końcu wydobyłem z siebie głos: „Wielkie dzięki, Zbyszku! Ale tu jest teraz środek nocy!”. Okazało się, że Zbyszek w przekonaniu, iż wróciłem już do Polski, zadzwonił koło 10,00 rano. W Peru było jednak siedem godzin wcześniej. Zbyszkowi było głupio, a mnie bardzo miło. Na dalsze „zeznania” umówiliśmy się w kraju.


Masyw Huascarana widziany ze wsi Musho. Fot. Mirek Mąka
  
Relację z mojej mini-wyprawy można zawrzeć w dwóch zdaniach. Pod koniec lipca 2009 r. spakowałem dwudziestokilowy wór (limit wagowy linii lotniczych KLM), poleciałem do Limy, stamtąd zaś pojechałem do Huaraz - odpowiednika naszego Zakopanego w Cordillera Blanca. W ciągu trzech tygodni wszedłem na Nevado Pisco (5752 m), „drogą francuską” na Alpamayo (5947 m), oraz na najwyższy szczyt Peru Huascaran Sur (6768 m), w międzyczasie zwiedzając kilka uroczych dolin, przełęczy i jezior w sercu Cordillera Blanca.

Od razu wyjaśniam, że nie była to wyprawa jednoosobowa. W Peru byłem umówiony ze znakomitym wspinaczem Danielem Millą, poznanym przed rokiem, gdy wraz z moją partnerką Elą Jodłowską uskutecznialiśmy ciężki wycof w burzy śnieżnej z grani Chopicalqui (6354 m), potem zaś wędrowaliśmy niezapomnianym trekiem „Santa Cruz”. Daniel - drobnej postury, lecz twardy i doświadczony Indianin Quechua - okazał się świetnym partnerem, człowiekiem o wielkim uroku i kulturze osobistej. Tworzyliśmy zgrany i sprawny zespół, choć w technice wspinania, wytrzymałości, a zwłaszcza znajomości terenu - nie sięgałem mu nawet do wiązań raków. To dzięki niemu, a także sporej dawce szczęścia, nasza wyprawa odniosła sukces. Był też z nami Cleber Coronel, sympatyczny tragarz i kucharz w jednej osobie. Bez jego pomocy zarżnęlibyśmy się pod ciężarem worów, a bez jego kulinarnej alchemii nasze menu byłoby o wiele uboższe. Każdorazowo wynajmowaliśmy osły, które dźwigały bagaż na długich, lecz łatwych trasach do baz. Należało oszczędzać siły, bo do wyższych obozów trzeba było targać ekwipunek na własnych grzbietach.

Wspomniałem o szczęściu, które nam sprzyjało. Czynnik ten, pozornie niewymierny, odegrał znaczącą rolę, zważywszy, jak wiele spraw było od niego zależnych. Przede wszystkim kwestią szczęścia była pogoda, bardzo w Kordylierach kapryśna. Dla nas okazała się dość łaskawa, choć daleka od idealnej. Huraganowy wiatr uderzający falami rozpylonego lodu raczej, niż śniegu, był od pewnej wysokości zjawiskiem normalnym i mocno wykańczającym, a na Huascaranie nasilonym do granic wytrzymałości. Nie aż takim jednak, żeby zmusić nas do wycofów. A zatem mieliśmy szczęście. Nie opuszczało nas ono także w rozlicznych, jakże różnych sytuacjach, z których każda mogła przesądzić o powodzeniu bądź porażce. Szczęśliwie ominęły mnie poważniejsze objawy choroby wysokościowej, nie załamały się pod nami liche mostki śnieżne nad szczelinami, seraki urywały się na naszej drodze, gdy byliśmy jeszcze bezpiecznie nisko, lub ponad nimi, lodowe pociski w ścianie Alpamayo nie połamały mi kości, a nawet zepsuty zamek śpiwora udało mi się naprawić, dzięki czemu nie zamarzłem na Przełęczy Garganta. Takich spraw, czasem pozornie drobnych, lecz w ekstremalnych warunkach urastających do rangi „być albo nie być”, mieliśmy naprawdę sporo. I właśnie wtedy szczęście okazuje się być czynnikiem całkiem konkretnym i wielce pożądanym. Na równi ze znajomością wspinaczkowego rzemiosła, otrzaskaniem w górach, oraz minimum sensownej logistyki.

Pominę szczegółowe itineraria dotyczące naszej działalności. Odległości i czasy dojść do baz oraz poszczególnych obozów, ceny wynajmu osłów i koszty transportu - były wielokrotnie opisane w różnych wcześniejszych relacjach. Tu zaś podzielę się jedynie paroma wspomnieniami z poszczególnych wejść, które być może dostarczą zainteresowanym nieco przydatnych informacji.

NEVADO PISCO (5752 m)

Po dwóch dniach aklimatyzacji w Huaraz (ok. 3100 m) oraz krótkich, lecz intensywnych wycieczkach typu trekingowego w pobliskie partie gór (np. wspaniałe jeziora Churup!), zdecydowaliśmy - podobnie jak wiele wypraw przed nami - że na początek wejdziemy na Nevado Pisco (5752 m), szczyt piękny i okazały, ale technicznie łatwy. Po kilku godzinach marszu z polany Cebollapampa ścieżką oferującą niezapomniane widoki na masyw Huascaranów (6768 m), Chopicalqui (6354 m) oraz niesamowitych lodowych organów Chacraraju (6112 m) dotarliśmy do Base Camp (4600 m) - rozległej polany z górującym ponad nią Refugio Peru, jednym z trzech kamiennych schronisk istniejących w Białych Kordylierach. Następnego dnia przeszliśmy z bazy do Campo Morena (ok. 4900 m), pokonując malowniczą trasę grzbietami olbrzymich moren, wznoszących się ku porażająco białym, potężnym ścianom masywu Huandoy (6395 m). Po przejściu gigantycznego kotła skalnego stanęliśmy nad urzekająco pięknym, intensywnie szmaragdowym jeziorem, znad którego wkrótce dotarliśmy do Campo Morena - obozu położonego na dnie płaskiej, zagubionej wśród gigantycznych głazów, kotlinki. Tu rozbiliśmy namioty, resztę dnia poświęcając czynnościom kulinarnym. Pogoda niestety pogarszała się z godziny na godzinę, a ciężkie chmury i mgły stopniowo wypełniały boczne doliny i przesłaniały krajobraz. Wiało niemiłosiernie, smagając po oczach zlowowaciałym śniegiem. O zmroku, czyli około 18,00 zapadliśmy w śpiwory, ale spanie było raczej umowne, tak że słodka melodyjka budzika o 2,00 w nocy nie wyrwała mnie bynajmniej z błogiego niebytu, lecz tylko zakończyła parogodzinne przewracanie się z boku na bok. Na zewnątrz wciąż zawiewało śniegiem, którego spora warstwa przygniatała już płótna namiotów.

Po szybkim łyknięciu pół menażki odgrzanej zupy, w świetle czołówek ruszamy w drogę. Początkowo jednostajnie trawersujemy pokryte świeżym śniegiem kamieniste zbocza moreny, by po godzinie stanąć przed kilkudziesięciometrowym, mocno nastromionym przełamaniem czoła lodowca. Wiążemy się, nakładamy raki, i rozpoczynamy kilkugodzinne podejście lodowcem ku przełęczy Huanoy-Pisco (ok. 5300 m), potem zaś szeroką granią i rozległymi polami śnieżnymi wzdłuż niej, obchodząc szczeliny, w tym dwie o kubaturze niewielkich ulic. Idziemy w zespole trójkowym; tym trzecim jest Cleber - nasz tragarz i kucharz, całkiem nieźle obeznany ze wspinaniem. Cały czas miotają nami coraz potężniejsze uderzenia wiatru niosącego tumany zlodowaciałego śnieżnego pyłu. W świetle czołówek masy śniegu ze świstem, szaleńczo pędzą poziomymi smugami. Przed 6,00 rozwidnia się i po kolejnej godzinie teren mocno staje dęba. W twardym śniegu wspinamy się na kopułę szczytową o nachyleniu ok. 35-45º. Po 5 godzinach i 50 minutach od wyjścia z obozu stajemy na szerokim wierzchołku Nevado Pisco (5752 m). Niestety, nie ma żadnych szans na poprawę pogody i jakikolwiek widok ze szczytu. Ogromna szkoda, bo panorama z tego miejsca należy ponoć do najpiękniejszych w całych Kordylierach. Pocieszamy się łykiem znakomitego Pisco Vargas, świętując przy okazji przypadające w tym dniu trzydzieste urodziny Daniela. Z głębin kieszeni dobywam komórkę i o dziwo, bez większych problemów łączę się z moją żoną Małgosią w Polsce. Rozmawiamy krótko, bo wycie wiatru zagłusza słowa. Wykonujemy też kilka niełatwych w tych warunkach zdjęć oraz 2-3 minutową sekwencję filmu. Potem bez zbędnej zwłoki - droga powrotna. Pod szczytem mijamy Amerykanina z Peruwiańczykiem - jedyny poza nami zespół, który tego dnia dotarł do szczytu. Dwa inne wycofały się już znad przełęczy, gdzie wiatr nasrożył się o wiele bardziej, niż na lodowcu.

Zejście, teoretycznie po własnych śladach, w rzeczywistości zamieniło się w żmudne błądzenie po rozległych, kompletnie zawianych polach, wypatrywanie kolejnych szczelin oraz szukanie obejść. Nasze ślady w mgnieniu oka znikały pod świeżo nawianym śniegiem. Wściekły wiatr nie zamierzał popuszczać, a widoczność spadła do długości liny. Tylko dzięki intuicji Daniela i jego znajomości terenu - choć mocno wychłodzeni i skatowani - jednak po paru godzinach bezbłędnie dotarliśmy obozu. Tego samego dnia zeszliśmy do bazy. Z godziny na godzinę pogoda poprawiała się. Późnym popołudniem zza chmur wyłoniła się świetlista koronka nawisów na grani Pisco skąpana w różowym blasku zachodzącego słońca, a po spokojnej nocy powitaliśmy piękny, bezchmurny poranek. Z naszym wejściem na szczyt trafiliśmy bezbłędnie na w jedyny dzień fatalnej pogody w tym okresie.

Nieodparcie nasuwa się refleksja, iż nie należy bagatelizować i lekce sobie ważyć tego szczytu. Wejście na Pisco nie dostarcza nadmiaru adrenaliny, stanowiąc piękną i wyluzowaną wspinaczkę - ale tylko podczas niezłej pogody i dobrej widoczności. Natomiast wichura i silny mróz mogą zamienić ten spacer w solidne przeżycie. Przy złej widoczności niezwykle łatwo stracić orientację, zapuścić się w skomplikowane, boczne rozgałęzienia pól śnieżnych - i nieopatrznie skończyć w jednej z licznych, zdradliwych szczelin lub wylądować na krawędzi obrywających się ku pn.-zach. barier seraków. Takie przypadki miały już tam miejsce. Wspinaczkę na Pisco można z grubsza porównać z wejściem na Mont Blanc od schroniska Gôuter. Tyle, że jest znacznie wyżej, nieco dalej, miejscami bardziej stromo oraz znacznie poważniej w kwestii szczelin. Góra zaś - często niedowartościowana i traktowana jako pośredni, aklimatyzacyjny cel przed czymś poważniejszym - jest naprawdę efektowna i piękna. Majestatyczna śnieżna sylwetka, przypominająca śpiącego lwa, wznosi się samotnie pomiędzy potężnym masywem Huandoy (6356 m) a dzikimi lodowymi zerwami niesamowitego Chacraraju (6112 m). Zdecydowanie polecam!

ALPAMAYO (5947 m)

Cudowne, wręcz nierealne organy lodowe Alpamayo już od kilku dekad przyciągają jak magnes alpinistów z całego świata. Sławy dodaje jej swoista legenda oraz miano „najpiękniejszej góry świata” otrzymane na światowej wystawie fotografii górskiej w Monachium w 1966 roku. Odtąd w mniej lub bardziej oficjalnych rankingach plasuje się niezmiennie w pierwszej trójce „najpiękniejszych” - zestawiana często z Matterhornem i Ama Dablam. Rankingi można lekceważyć, bo każdy z nas ma swoje najpiękniejsze góry, jednak urody Alpamayo odmówić nie sposób. Niejedna góra w tym rejonie mogłaby śmiało konkurować z jej majestatem - lecz żadnej nie otacza taka legenda. Tylko „szklana góra” Alpamayo stała się ikoną i symbolem niezwykłego piękna Cordillera Blanca.

Przygoda z tą górą zaczyna się we wsi Caschapampa, skąd wyruszamy na lekko (cały ekwipunek jedzie na osłach) do odległej o ponad 25 kilometrów Base Camp. Posuwamy się dnem olbrzymiej Doliny Santa Cruz, trasą jednego z najsłynniejszych trekkingów świata, wiodącą przez Przełęcz Punta Union (4760 m) do Doliny Huaripampa. Zanim nasza droga odbije na pn.-zach., wznosząc się zakosami ku rozległemu plateau, na końcu którego funkcjonuje baza (4330 m), pokonamy połowę trasy trekkingu „Santa Cruz”, smakując urzekające krajobrazy. Odcinek ten, choć znany mi już z ubiegłorocznych wędrówek, niezmiennie zachwyca i dostarcza niezapomnianych wrażeń. Okazuje się, że nie mniejsze przeżycia czekają w samej bazie, usytuowanej na skraju wspaniałego, pierwotnego lasu drzew „kenua” o brązowo-pomarańczowej korze i fantazyjnie poskręcanych konarach. Niewiele wiem o tym niezwykłym gatunku. Drzewa te, podobnie jak oliwki, należą do wyjątkowo długowiecznych. Okaz, którego pień można objąć rękami, może liczyć 500-600 lat. A mój namiot stanął pod wspaniałym, sędziwym starcem, którego pień miał w obwodzie ponad 3 metry. Zapewne był już leciwy, gdy kwitło imperium Inków.

Z bazy obserwujemy pd.-wsch. ścianę Alpamayo - piękną, lecz bez porównania mniej efektowną, niż słynna, niewidoczna stąd ściana pd.-zach. Do Col Camp na przełęczy, wciętej pomiędzy Alpamayo a masyw Quitaraju (6036 m) czeka nas ponad 1200 m przewyższenia i wiele godzin podejścia - początkowo terenem skalnym i spiętrzającymi się, wygładzonymi płytami, potem zaś coraz bardziej nastromionym, pooranym fantastycznymi szczelinami, lodowcem. Końcowy odcinek drogi biegnie blisko stumetrowym śnieżno-lodowym kuluarem o nachyleniu 45-60º, w którym przydają się dziaby, a który w dół najlepiej pokonać w zjeździe. Odcinek z bazy do Col Camp można, zarzynając się, pokonać w jeden dzień. Lepiej jednak, umiejętnie rozkładając siły, przenocować w połowie drogi, w obozie pośrednim tuż przed wejściem na lodowiec.

Bezpośrednio za przełęczą (ok. 5500 m), na niewielkim śnieżnym plateau rozbijamy nasze dwa pomarańczowe namioty, nieopodal kilku innych. W obozie jest już dwóch Amerykanów, kilku wspinaczy z Włoch, dwóch peruwiańskich przewodników oraz paru tragarzy. Jest wczesne popołudnie, więc przez resztę dnia możemy napawać się wspaniałą panoramą otwierającą się z tego miejsca. Przed naszymi oczami rozgrywa się niepowtarzalny spektakl natury z udziałem gór, fantastycznych zwałów chmur oraz słońca rzucającego świetliste plamy na lodowce i śnieżne zbocza. Nareszcie stajemy oko w oko z naszym celem. Ścianisko Alpamayo jest cudowne! Pomimo tylu oglądanych wcześniej zdjęć zaskakuje swym ogromem i majestatem. Partie szczytowe giną w chmurach, lecz większość ściany - owe słynne organy i struny z lodu - pobłyskują jak klejnot w zachodzącym słońcu. Na rozległych polach śnieżnych poniżej charakterystycznej, biegnącej w poprzek ściany szczeliny widzimy wielkie świeże lawinisko - tuż na lewo od wejścia w „drogę francuską”.


       Mirek Mąka w Col Camp. W tle pd.-zach. ściana Alpamayo. Fot. Daniel Milla

Droga ta - niemal diretissima ściany - bywa w ostatnich latach chodzona najczęściej. Biegnie środkową częścią ściany, fantastycznym lodowym kuluarem o średnim nachyleniu 65 - 85º. Jest nieco dłuższa i trudniejsza od drogi Ferrariego (pierwszego zdobywcy pd.-zach. ściany Alpamayo w 1975 roku), lecz zdecydowanie od niej bezpieczniejsza. Na Ferrarim bowiem, w okolicach grani nawarstwiły się seraki, które odrywają się i spadają co jakiś czas linią drogi, a parę lat temu zmiotły ze skutkiem śmiertelnym wspinający się zespół. I chociaż w kwietniu tego roku zwalił się największy serak, to jednak droga nadal pozostaje zbyt ryzykowną, by się nią wspinać.

Jak to w tropikach, zaraz po zachodzie słońca błyskawicznie zapadła ciemność, a wraz z nią gwałtownie spadła temperatura, wpędzając nas do śpiworów. Chytrze planowaliśmy wstać o 1,00 po północy, żeby w ścianie być pierwszymi i uniknąć bombardowania kawałami lodu przez zespół wspinający się wyżej. Niestety, Amerykanie nastawili budzik na jeszcze bardziej pogańską porę i gdy wiązaliśmy się przy namiotach w świetle czołówek, oni pobłyskiwali już swymi kilkaset metrów za obozem, w rozległym kotle u podnóża ściany. Cóż było robić, ruszyliśmy z kopyta, żeby przynajmniej zostawić za sobą Włochów, którzy już złowieszczo świecili w swych namiotach. W miarę podchodzenia pod ścianę teren gwałtownie stawał dęba. Po dość gładkim przekroczeniu szczeliny skończyły się żarty. Odtąd aż do szczytu czekało nas osiem wyciągów ostrej pracy dziabami i przednimi zębami raków - jak się okazało - bez najmniejszej nawet półeczki, gdzie można by złapać oddech i ulżyć zbolałym łydkom. Dobre sto metrów nad nami, zawieszone w jakieś odrealnionej przestrzeni, błyskały czołówki sprytnych gringos. Dwa pierwsze wyciągi biegną twardym, zlodowaciałym śniegiem o nachyleniu około 60º, z możliwością asekuracji z szabli. Wyżej, w miarę wchodzenia do szerokiego kuluaru, rozpoczyna się solidny, twardy lód, miejscami tylko przykryty zmrożonym śniegiem, a nastromienie wyraźnie się zwiększa. Prowadził Daniel, szybko napierając w górę delikatnymi, kocimi ruchami. Miałem wrażenie, że ledwie muska dziabami powierzchnię lodu.Tam, gdzie ja z trudem wyszarpywałem metr po metrze, wypluwając płuca, on pomykał z gracją i oddechem śpiącego dziecka. Absolutna perfekcja, lecz także genetyczne przystosowanie organizmu do zmniejszonej dawki tlenu. Stanowiska i przeloty zakładaliśmy z rur Black Diamonda - wchodziły lekko i pewnie w świetny, twardy lód. Niestety, moje tradycyjne i niezbyt wyrafinowane dziaby, choć siadały bez zarzutu, to jednak nie miały stosownego wygięcia styliska, wskutek czego pomimo grubych rękawic srodze skatowałem sobie kostki dłoni. Dodatkową, choć niestety spodziewaną atrakcję zapewnili nam nasi gringos, prowadząc systematyczny i zmasowany ostrzał odłamkami lodu. Ich charakterystyczny, narastający furkot - tym donośniejszy, im większa bryła pruła powietrze oraz ciągły trzask lodu walącego o powierzchnię kasku - to niezapomniane przeżycia z tej drogi. Tym bardziej, że lodowy pocisk omal nie połamał mi prawej dłoni, trafiając bezbłędnie w jej środek, gdy wykręcałem rurę. Po chwili inny rozkwasił mi wargę, gdy nieopatrznie spojrzałem w górę, chcąc krzyknąć do Daniela umówione „cinco metros!”. Dodając do tego mocno posiniaczone ramiona, wkrótce poczułem się, jak mocno zaangażowany uczestnik góralskiego wesela.

W połowie pięćsetmetrowej ściany zaczęło się rozjaśniać. Niestety, nie był to jednak radosny i bezchmurny poranek, gdyż górna część ściany niezmiennie tkwiła w obłokach. Posuwaliśmy się dość sprawnie dnem niesamowitego, zwężającego się ku górze i coraz bardziej pionowego kuluaru. Daleko w dole, w perspektywie nieskazitelnego luftu, pomiędzy wbitymi w lód rakami, poruszały się drobne kolorowe sylwetki Włochów. Pracowicie współpracowaliśmy z Amerykanami, wzmacniając ich lodowy ostrzał, lecz narastający świst wiatru uniemożliwiał nam słuchanie dochodzącego z dołu koncertu bluzgów w ojczystym języku Petrarki.

Na ostatnich stu metrach przed szczytem, po ponad sześciu godzinach wspinania bez chwili odpoczynku, byłem już solidnie wykończony, a zaciśnięte na dziabach dłonie raz za razem łapały bolesne skurcze. Końcowy, niemal pionowy, trzydziestometrowy komin pokonałem jak na zwolnionym filmie, co kilka metrów zawisając w szpagacie na dziabach, by wyrównać oddech. W końcu zza przełamania grani wyłonił się kask Daniela. Jeszcze kilka metrów i stawiam pierwsze chwiejne kroki na niezbyt szerokim śnieżnym siodełku tuż pod szczytem. Nareszcie stabilny grunt pod nogami - po siedmiu godzinach wiszenia na dziabach i zębach raków. Nieopisana ulga i z wolna docierająca świadomość, że to naprawdę finał - że jednak się udało! Dochodzi 9,00 rano, przez szczyt przetaczają się chmury niesione niezbyt silnym wiatrem. Chwilami tworzą się w nich prześwity odsłaniające fragmenty panoramy. Sam wierzchołek przypomina gigantyczną gałkę lodów waniliowych w przedziwny sposób uformowaną ze śniegu i lodu. Wyciągam kamerę, kręcę parę ujęć, jeden z Amerykanów pstryka nam kilka zdjęć, potem my odwzajemniamy się im tym samym. Odpoczywamy, kubek po kubku pijemy gorącą czekoladę z termosu, która rozgrzewa i przywraca siły, jak cudowny eliksir życia. Przypominam sobie o komórce i udanej rozmowie ze szczytu Pisco. Niestety, tutaj nie ma ani kreski zasięgu. Po dłuższym czasie z czeluści lodowego komina zaczynają dochodzić stłumione okrzyki i odgłosy rąbanego lodu. Potem jeden po drugim wynurzają się dość skatowani Włosi. Na szczycie robi się gwarno i ciasno. Czas na ewakuację w dół.

Zjeżdżam pierwszy na podwójnej pięćdziesiątce, z solidnie wbitej szabli. Kawałek przed końcem liny blokuję zjazd, zawisam nad czeluścią, wkręcam w lód długą rurę i po zaautowaniu się, zwalniam linę. Teraz wiszę tylko na rurze i na smyczy od dziaby. Komfort psychiczny taki sobie, pode mną połyskujące 400 metrów kuluaru widocznego jak na dłoni aż do lawiniska u stóp ściany. Kiedyś wspinałem się z gościem, który nad podobnymi czeluściami upominał mrocznie: „Nie patrz w dół!” Ubawiło mnie to wspomnienie i spojrzałem ku górze, skąd szybko, w deszczu odłamków lodu, spływał Daniel. Wyhamował koło mnie, zaautował się, po czym szybko i sprawnie wydrążył solidnego „abałakowa”, łącząc go taśmą z uchem rury. Lina zeszła bezproblemowo, bo raczej nie miała się gdzie zaczepić. Kolejny zjazd uskuteczniałem już z dwóch punktów, natomiast Daniel, ze swymi 55 kg wagi, zjeżdżał tylko z „abałakowa”, uprzednio odzyskując wkręconą przeze mnie rurę. Manewr taki powtarzaliśmy kilkakrotnie i po blisko trzech godzinach wylądowaliśmy u podstawy ściany.

Ze zmęczenia nie pamiętam, jak dowlokłem się do obozu, gdzie czekał już Cleber z nieziemską zupą z makaronem i kostkami żółtego sera. Potem długo siedziałem na progu namiotu, w odrealnionym świecie, jak w miękkiej loży teatru świateł i cieni, wystawiającym jedyny i niepowtarzalny spektakl. Ruchome smugi słońca strzelały przez szpary w szarych zwałach chmur, błądząc po śnieżnych zboczach i zastygłych rzekach lodowców. Na tle głębokiego granatu nieba, nad dolinami pełnymi mroku, błyszczały oślepiające granie pobliskiego Quitaraju i Abasraju oraz dalekich, potężnych Nevados Santa Cruz. A tuż obok ta najważniejsza - nieziemsko piękna ściana Alpamayo, z wolna różowiejąca w bezwietrznej, popołudniowej ciszy, w blasku zachodu. Patrzyłem na nią z pewną ulgą, a nawet radością, lecz gdzieś w głębi podszytą dziwnym niepokojem - jakbym spodziewał się odpowiedzi na jakieś ważne pytanie, którego treść mi umknęła. Mistyka gór czy deterioracja? Któż to wie?

HUASCARAN (6768 m)

Huascar, trzynasty władca Inków, nie dożył trzydziestki, zamordowany w 1532 r. przez swego młodszego brata Atahualpę. I zapewne jego postać byłaby znana jedynie historykom, gdyby nie najwspanialszy pomnik, jaki mu wystawiono, nazywając jego imieniem najwyższą górę Peru. Wierzcie, że nie ma żadnej przesady w tej „wspaniałości”. Gigantyczny masyw Huascarana to właściwie dwie potężne góry - wierzchołek Sur (6768 m) oraz Norte (6664 m) - wznoszące się majestatycznie nad dzielącym je szerokim siodłem Przełęczy Garganta (6010 m). Ten najwyższy na Ziemi masyw strefy równikowej, w znaczący sposób kreujący klimat i pogodę całego regionu, naprawdę zapiera dech w piersiach, wzbudza zachwyt oraz rzecz jasna - trudną do okiełzania żądzę. Żądzy tej nie opierałem się zbyt długo i zaraz po powrocie z Alpamayo, po dwudniowym odpoczynku w Huaraz kolejny cel nie budził już wątpliwości. Nadszedł czas zmierzyć się z marzeniem, które było we mnie od dawna, a które stało się wręcz obsesją od momentu, gdy przed rokiem zobaczyłem tą górę z bliska.

Według zgodnej opinii miejscowych wspinaczy i przewodników, wspinaczka na Huascaran z roku na rok staje się coraz trudniejsza i bardziej ryzykowna. Zmiany klimatyczne, cofanie się lodowców, oraz aktywność sejsmiczna tego rejonu powodują, że konfiguracja szczelin na trasie podejścia, zwłaszcza na odcinku do Przełęczy Garganta, zmienia się niemal z dnia na dzień. Zjawisku temu towarzyszy stałe zagrożenie lawinami i obrywami seraków, które schodzą ze ścian Huascaranu nierzadko w liczbie kilkunastu na dobę. Miejsca i momenty kolejnych obrywów, w tym również tych, które przecinają drogę podejścia na Gargantę oraz obszar nad nią - są rzecz jasna nieprzewidywalne, więc droga ta jest faktycznie rodzajem hazardu.Tak właśnie - mianem „hazardu” - określa wspinaczkę na Huascaran świetny przewodnik Brada Johnsona Classic Climbs of Cordillera Blanca. Opinię tą potwierdza statystyka - na Huascaranie ginie więcej alpinistów, niż w całej reszcie peruwiańskich Kordylierów. Kilka dni przed moim przyjazdem do Peru w okolicach High Camp zginął jeden z najbardziej cenionych i  doświadczonych przewodników z Huaraz, wraz z japońskim alpinistą. Trzy tygodnie później biwakowaliśmy na Gargancie kilkadziesiąt metrów od ich ciał uwięzionych w szczelinie. Znaleziono ich przypadkiem, dwa dni po naszym zejściu. W Huaraz głośno było o tym wypadku, więc nie zdziwiło nas, że znajomy Anglik, właściciel świetnej knajpki Chilli Heaven przy Placu Ginebra, w której notorycznie oddawaliśmy się z Danielem rozpuście kulinarnej oraz nieumiarkowaniu w spożyciu pisco - szczerze zatroskał się na wieść o naszych planach. „Be careful! Avalanches!” - żegnał nas przy księżycu, po niebiańskiej kolacji w przeddzień naszego wyjazdu. Szczęśliwie - tym razem nie stracił klientów i po tygodniu znów zawitaliśmy do tej niezwykłej, wyklejonej mapami z całego świata, restauracji, by uzupełnić ubytki kilogramów, tudzież niedostatki płynów.

Droga na Huascaran rozpoczyna się we wsi Musho (3030 m), pnąc się przez gaje eukaliptusowe i wysokogórski las tropikalny, by po trzech godzinach zmienić się w ścieżkę na grzbiecie olbrzymiej moreny, porośniętej niskopienną roślinnością. W jej górnej części ścieżka odbija w prawo i zakosami, przez prastary las drzew „kenua”, doprowadza do położonej na wysokości 4150 m Base Camp, usytuowanej na kilku niewielkich tarasach umocnionych kamiennymi murkami. Panorama z tego miejsca zapiera dech. W dole, na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów ciągnie się olbrzymia dolina Rio Santa zamknięta na horyzoncie poszarpanym łańcuchem Cordillera Negra. W środkowej części tych gór przyciąga wzrok znajoma sylwetka - bezimienny szczyt do złudzenia przypominający nasz poczciwy Giewont. Bazę zastaliśmy prawie pustą; na dolnym tarasie stał tylko jeden większy namiot oraz dwa małe. Ich właściciele wyszli o świcie w dalszą drogę. Rozgościliśmy się powyżej, przez resztę dnia oddając się błogiemu lenistwu, potem zaś kontemplując wspaniały, złoto-pomarańczowy zachód słońca.

Tej nocy przeżyłem coś, co zdarza się tylko raz. W przeszłości wielokrotnie obserwowałem w górach krystalicznie czyste niebo, usiane gwiazdami. Tym razem jednak to, co rozpętało się na firmamencie, wymyka się wszelkim próbom opisu. Miałem wrażenie, że już nie niebo, lecz cały wszechświat otwiera się głębiej, szerzej i jaśniej niż granice wyobraźni. Dzięki nadzwyczajnej przejrzystości powietrza widziałem obraz nieba pod Krzyżem Południa, niczym przez teleskop - miliardy pulsujących gwiazd zawieszonych na różnych poziomach głębi, rozświetlone i przenikające się mgławice, oraz fantastyczne, niekończące się galaktyki w świetlistej mgle. „Niebo gwiaździste nade mną...” - Kant odnalazł w nim dowód istnienia Boga, choć patrzył tylko na szare niebo nad Królewcem. Jakimi słowami wyraziłby swą genialną myśl, gdyby ujrzał ten spektakl?!

Następnego dnia, bez zbędnego pośpiechu, wyruszyliśmy do schroniska Huascaran i dalej, do obozu pośredniego na lodowcu. Odcinek z bazy do schroniska biegnie niewyobrażalnie pięknym terenem, przewijając się przez spiętrzone i wygładzone przez lodowiec płyty skalne z tysiącami strumieni, cieków wodnych, malowniczych jeziorek i wodospadów. W podejściu przez około trzy godziny trawersuje się kolejne bariery olbrzymich, kilkudziesięciometrowych płyt, często tak mocno nachylonych, że ich przejście „na tarcie” odbywa się na skraju przyczepności wibramu. Pomiędzy połaciami płyt droga przewija się zacięciami i kominkowatymi depresjami o trudnościach zbliżonych do Orlej Perci. Odcinek ten dostarcza prawdziwej satysfakcji estetycznej, tym większej gdy uświadomimy sobie, że podobna droga w Tatrach czy Alpach stała by się bez wątpienia ferratą z tonami zamontowanego żelastwa. Tu zaś pozostaje nietknięta, oznaczona tylko dla orientacji małymi kopczykami kamieni.


Schronisko Huascaran (4675 m). Fot. Mirek Mąka

W kamiennym Refugio Huascaran (4675 m) zatrzymujemy się na krótki odpoczynek. Spotykamy tam grupę włoskich alpinistów oraz kilku peruwiańskich przewodników. Ci ostatni to dobrzy znajomi Daniela, więc jest okazja do wymiany doświadczeń i uwag na temat planowanej drogi. W rozmowach prowadzonych w języku quechua często przewija się imię ich zaginionego przyjaciela z Huaraz.

Wczesnym, słonecznym popołudniem ruszamy ze schroniska, wznosząc się poprzez kolejne pasy płyt i rumowisk skalnych w kierunku białego lodowca pod pd.-zach. ścianą Huascarana. Docieramy tam po godzinie, wiążemy się i rozpoczynamy nużące, trzykilometrowe podejście do obozu pośredniego, zwanego też First Camp (ok. 5400 m). Droga na tym odcinku wznosi się umiarkowanie i jednostajnie, w terenie względnie bezpiecznym, z niewielką ilością szczelin. Bezpośrednio przed nami piętrzą się monumentalne, skąpane w słońcu ściany obu Huascaranów z gigantycznymi bastionami lodowych seraków w dolnych partiach. Potężne bariery lodowe zdają się być przeszkodą trudną do przebycia. W czasie około czterech godzin podejścia obserwujemy lub słyszymy sześć mniejszych i większych lawin w różnych punktach ściany. Najpotężniejsza urywa się spod szczytu Norte, z hukiem wypełniając kocioł u stóp ściany wznoszącym się na setki metrów tumanem śnieżnego pyłu. Późnym popołudniem, nieco przypaleni słońcem, zrzucamy wory na wypłaszczonym fragmencie lodowca, kilkaset metrów od dolnego wypiętrzenia ściany. Biwakowanie dalej byłoby narażone na zasięg lawin i odrywających się seraków, które, choć rzadziej, schodzą także w nocy. Kawałek powyżej nas rozbija się ośmioosobowa ekipa Włochów wraz z tragarzami i peruwiańskimi przewodnikami. Kolejny złoto-czerwony zachód słońca nad postrzępionym łańcuchem Cordillera Negra zabarwia na różowo i fioletowo rozległe pola śnieżne zawieszone nad urwiskami seraków, na widocznych stąd w wielkim perspektywicznym skrócie ścianach Huascaranu. Potem jak zwykle po zachodzie, gwałtownie chwyta mróz, wpędzając nas na kilka godzin do śpiworów.

Sen nie nadchodzi zbyt łatwo. Ciszę co jakiś czas przerywają odgłosy mniejszych obrywów i szum lodowego gruzu spływającego żlebami gdzieś wysoko w ciemnościach. W końcu chyba zasypiam i melodyjka alarmu z komórki wprawia mnie w zdziwienie, że już czas. Sześć godzin upłynęło niepostrzeżenie, jakby minął kwadrans.

Dochodzi 1,00 po północy. Solidny mróz zabetonował śnieg na lodowcu. Niebo rozgwieżdżone, ale już nie tak, jak poprzedniej nocy. Duże strzępy chmur wiszą nad czarnymi konturami grani. Zwijamy namioty, pakujemy wory i tuż przed 2,00, związani, startujemy przy czołówkach w górę lodowca.

Odcinek z obozu na Przełęcz Gargantę nazywają tu czasem „polem minowym” i nie ma w tym wielkiej przesady. Faktycznie, jest to najbardziej ryzykowny fragment drogi na Huascaran. Pokonuje się go między północą a świtem, gdy najsilniejszy mróz zwiąże śnieg i lód, zmniejszając częstotliwość obrywów seraków i lawin śnieżnych. W ciągu dnia, a zwłaszcza po południu, jest to trasa wyłącznie dla amatorów „rosyjskiej ruletki”. Mijamy namioty rozbudzonych już Włochów i jednostajnie posuwamy się ku coraz bardziej spiętrzonym partiom lodowca. Pojawiają się pierwsze większe szczeliny, które obchodzimy szerokimi zakosami, lodowiec marszczy się i staje dęba. Trasa staje się coraz bardziej urozmaicona, z lodowymi ściankami, żlebkami i misternymi trawersami po wąskich lodowych grzędach pomiędzy czeluściami olbrzymich szczelin. Mniejsze szczeliny przeskakujemy lub pokonujemy z duszą na ramieniu po nie budzących zaufania mostkach śnieżnych. Coraz rzadziej idziemy z lotną, wiele fragmentów wymaga już solidnej asekuracji z szabli lub mocno osadzonej dziaby. Średnia nachylenia to około 30-50º, lecz zdarzają się odcinki znacznie stromsze. Po kilku godzinach dochodzimy do podstawy olbrzymiego, około dwustumetrowego kuluaru zwanego Candelettą. Jest to wyjątkowo efektowny fragment drogi, przebijający się pionowo pomiędzy dwiema barierami seraków o rozmiarach wielopiętrowych kamienic i kształtach jak ze snu obłąkanego rzeźbiarza. Z wolna rozjaśnia się, więc pomimo ostrego mrozu i niełatwego terenu zmuszam się do wyciągnięcia kamery, by uchwycić fascynującą grozę tego miejsca. Kilka wyciągów nad nami, zawieszone bezpośrednio nad Candelettą, wychylają się ku nam kolejne skamieniałe głowy i fantastyczne cielska seraków. Spoglądamy na nie bez słowa, dobrze wiedząc, co nam chodzi po głowie. To mianowicie, że jeśli jakaś lodowa kamienica zechce przemieścić się w dół, to uczyni to z pewnością dopiero wtedy, gdy będziemy już wyżej. Zdecydowanie odrzucamy uporczywie powracającą myśl, że może być inaczej. Daniel napiera jak perfekcyjna maszyna. Dziaby i raki świetnie trzymają w zamrożonym betonie dna kuluaru. Posuwam się za nim wolniej, ale równomiernie i bez odpoczynków. Czuję się całkiem nieźle, dwutygodniowa aklimatyzacja zrobiła swoje. Clavier, przygnieciony olbrzymim worem, wspina się jako trzeci. Za nim idzie jeszcze kolega Daniela - Leoncio, który dołączył do nas z zamiarem wspólnego wejścia na Huascaran. Przez chrzęst raków, zgrzyty dziaby oraz własny przyśpieszony oddech co kilkanaście minut przebija dość upiorny dźwięk, który na moment mrozi nam skórę na grzbiecie. Jest to rodzaj potężnego stęknięcia połączonego z cichym trzaskiem. Gigantyczne seraki przypominają, że nie są bynajmniej martwymi wieżami z lodu, lecz cały czas żyją i brzydko coś kombinują.

Jest już zupełnie jasno, gdy na wysokości ok. 5800 m z ulgą osiągamy górny wylot Candeletty. Z tego miejsca startuje w lewo długi trawers w kierunku Garganty, o zdecydowanie mniejszym nastromieniu, lecz za to pełen szczelin, często niewidocznych pod cienką warstwą śniegu. Od góry zaś droga narażona jest na lawiny, schodzące ze środkowych partii ściany Huascarana. Pół godziny przed Gargantą trawersujemy olbrzymie, świeże lawinisko, przecinające naszą drogę. Zaraz potem dostrzegamy kilka małych sylwetek stojących na zawieszonym śnieżnym tarasie, na tle nieba. Zbliżamy się do High Camp (ok. 6000 m) rozlokowanego na niewielkim plateau - nieco poniżej samej przełęczy, lecz w miejscu względnie bezpiecznym od lawin. Zastajemy tam dwa lub trzy małe kolorowe namioty i nieopodal nich rozbijamy własne, by jak najszybciej schronić się przed nieustannymi porywami silnego wiatru, niosącego chmury lodowego pyłu. Po godzinie do obozu dociera  idąca za nami ekipa Włochów i na poletku robi się dość gęsto od namiotów. Nie ma jeszcze południa, godziny wloką się niemiłosiernie, wypełniamy czas gotowaniem i przypadkowymi rozmowami. Jako jedyny Polacco wzbudzam życzliwe zainteresowanie Włochów i ucinam sobie pogawędki to z tym, to z owym. Młody student Luigi doszedł do obozu resztkami sił i zdradza silne objawy choroby wysokościowej: męczą go torsje i ostry ból głowy. Wiadomo już, że nie ma szans na dalszą drogę w górę. Słońce z wolna wędruje ku dalekim Cordillera Negra, niestety coraz bardziej przesłaniane przez nawarstwiające się chmury. Obserwuję i fotografuję w zmieniającym się oświetleniu oszałamiająco piękną lodową ścianę Huascarana Norte, rozbłyskującą srebrnym światłem w miejscach trafień promieni słońca, przebijających się przez skłębione chmury. Uderzenia wiatru nasilają się, zwalając na uginające się namioty potężne chmury śnieżno-lodowego pyłu. Po zachodzie słońca, jak zwykle, gwałtownie spada temperatura - koło 19,00 jest już -20º C. Daniel zniknął na dłużej w namiocie peruwiańskich przewodników, gdzie - jak mi później zdradził - podjęli decyzję o rezygnacji z próby wejścia na szczyt, jeśli pogoda nie poprawi się w ciągu kilku godzin. Warunki ocenili jako zbyt ryzykowne. Ja tymczasem zmagałem się z innym kłopotem: przy czołówce cierpliwie walczyłem z zamkiem śpiwora, który zepsuł się złośliwie na samym dole, uniemożliwiając nawet częściowe zasunięcie. Nie był to bynajmniej błahy problem, gdyż wewnątrz namiotu temperatura spadła do minus kilkunastu stopni i w otwartym śpiworze groziło mi wychłodzenie, które mogło przesądzić o możliwościach dalszego działania. Szczęśliwie po blisko półgodzinnych zabiegach zdołałem jakoś połączyć obie części zamka. Po chwili wrócił Daniel, wciskając się do namiotu wraz z chmurą lodowatego pyłu. Łyknęliśmy gorącej czekolady z termosu i z zimna przybraliśmy pozycje prenatalne, licząc na krótką choćby życzliwość Morfeusza. Daniel najwyraźniej bardziej cieszył się jego względami, gdyż błogo odpadł po paru minutach. Ja natomiast męczyłem się godzina po godzinie, próbując bezskutecznie zobojętnieć na niekończące się łomotanie wiatru o wątłe płótno namiotu. Chyba jednak w końcu odpłynąłem w niebyt, choć miałem przykre wrażenie, że stało się to tuż przed natrętną melodyjką budzika, którą już szczerze znienawidziłem.

Pamiętam, jak przed miesiącem ubawił mnie opis dzisiejszej nocy w przygotowanym przez Daniela planie naszych wspinaczek. Brzmiało to tak: 00,00 - Pobudka, 00,30 - Śniadanie, 01,00 - Wyjście z obozu. W Alpach zdarzało mi się nieraz spożywać śniadania między 2,00 a 3,00, ale żeby tuż po północy - to jeszcze nigdy. Co innego kolacje - ale w jakże innych okolicznościach! Tej nocy plan Daniela został jednak urzeczywistniony. Przed 1,00 zjedliśmy po misce gęstej, odgrzanej zupy, a ja znacząco poprawiłem dotychczasowy rekord we wczesnej konsumpcji śniadań.

Pogoda wbrew naszym czarnym myślom, jakby trochę się poprawiła. Wciąż wściekle wiało, miotając po oczach śnieżną krupą, ale chmur było jakby mniej, a między nimi odsłaniały się duże połacie rozgwieżdżonego nieba. Widok ten autentycznie nabuzował nas adrenaliną. Poczuliśmy, że góra niechętnie, ale daje nam szansę. Włosi najpewniej czuli to samo, bo w namiotach i wokół nich trwała gorączkowa krzątanina w krzyżujących się światłach czołówek. W końcu zgodnie z planem, koło 1,00 po północy wyszliśmy zwartym ordynkiem, związani w czterech zespołach. Chory Luigi i jego towarzysz zostali rzecz jasna w obozie - tak, że na szczyt ruszyło tylko sześciu Włochów - pięciu mężczyzn i jedna kobieta. Każdy ich zespół miał peruwiańskiego przewodnika, w moim zaś Peruwiańczycy stanowili większość. Uzgodniliśmy, że co godzinę będziemy się zmieniać na prowadzeniu, gdyż czekało nas mozolne torowanie w świeżym śniegu.

Już na wstępnie, parę metrów od namiotów, cała nasza wycieczka zgodnie przećwiczyła skok w dal, pokonując szczelinę, która odcinała, jak nożem, plateau obozu od lodowych urwisk opadających z Garganty. Jej szerokość stale się zmienia i podobno co kilka dni trzeba szukać innego miejsca do przeprawy. Skupieni na skoku z krótkiego rozbiegu, nie mieliśmy pojęcia, że nieopodal, w czeluściach tej szczeliny, tkwią od trzech tygodni ciała zaginionego przewodnika oraz japońskiego alpinisty. Po drugiej stronie szczeliny droga obniża się, potem zaś szerokim łukiem podchodzi ku rozległym polom śnieżnym na bezkresnym siodle Garganty. Posuwaliśmy się w ciemnościach w terenie względnie łatwym, wymagającym jednak czujności z powodu zdradliwych szczelin ukrytych pod cienką skorupą zamarzniętego śniegu. Wiatr bynajmniej nie zelżał, w świetle czołówek w szalonym pędzie przelatywały smugi zlodowaciałego śniegu, a zesztywniałe plecaki i kurtki pokryły pancerze lodu. Nad Gargantą, w dolnych partiach ściany, droga zaczyna się szybko wznosić, kierując się w nastromione kuluary i trawersując kolejne, mocno nachylone pola twardego śniegu. Dwa czy trzy odcinki skłoniły nas do rezygnacji z lotnej na rzecz sztywnej asekuracji z wbitej szabli.

Po ponad trzech godzinach wspinaczki ukośny i mocno eksponowany trawers doprowadził nas do podstawy stumetrowego pasa przewieszonych seraków. Przed nami wyłaniał się w snopach światła fantastyczny powietrzny trawers, biegnący poziomo wąziutkim śnieżno-lodowym gzymsem, dokładnie pod wychylonym w czeluść lodowym murem. Wspaniały, niezwykle finezyjny odcinek, poprowadzony w dużej ekspozycji i odlotowej, wręcz nierealnej scenerii! Przed startem w trawers dała za wygraną dwójka Włochów z udziałem młodej alpinistki. Wyczerpanie i wysokość zrobiły swoje - nie czuli się na siłach do dalszej wspinaczki, choć nie osiągnęliśmy jeszcze połowy ściany. Zawrócili, asekurowani przez swego przewodnika. Trawers poprowadził Daniel, ja szedłem za nim, a potem kolejno cała reszta. Wolno, starannie wyważając ciało na dość łatwej, lecz efektownej żylecie lodu, szorując kaskami i plecakami o przewieszone wypukłości seraków, pokonaliśmy ten niezwykły przesmyk, dochodząc do niewielkiego, zawieszonego nad nim kociołka. Czułem się jak mityczny poszukiwacz złotego runa po pokonaniu tajemnych, wąskich wrót w drodze do skarbu. Ale jak to bywa w mitach, przeszkody mnożą się i bynajmniej nie nużą swą monotonią. Kawałek wyżej droga z kotła startuje ku grani przez pięćdziesięciometrową, coraz bardziej spionowaną ściankę, która w miarę wspinaczki przekształca się ze śniegu w twardy, połyskujący lód. Tym razem prowadzili Włosi. Pół wyciągu poszło im gładko, ale na końcowych dwudziestu metrach lodu o nachyleniu 60-70º mocno ich przystopowało. Marzliśmy z zadartymi głowami, wpatrzeni w nerwową plątaninę błysków czołówek, przy wtórze zgrzytających raków, ożywionych dyskusji i nawoływań. W końcu osadzili dwie rury i jeden za drugim, ostrożnie wydobyli się na grań. Zaraz potem sami musieliśmy się dobrze skupić na tym odcinku, zwłaszcza że wzięliśmy tylko dłuższe czekany, a tu przydałyby się dziaby do lodu. Podobno warunki w tym miejscu bawają radykalnie różne, a ścianka staje się banalna, jeśli jej górną część pokrywa twardy, stabilny śnieg. Tym razem jednak trzeba się było nieco sprężyć.

Grań nad lodową ścianką wyprowadza na nieco łatwiejszy teren. Posuwaliśmy się szerokimi grzędami, kilkakrotnie obchodząc pokaźne szczeliny i co kilkaset metrów przystając dla wyrównania oddechu. Miałem nadzieję, że wraz z nastaniem świtu wiatr trochę ucichnie, ale nic z tego. Robiło się coraz jaśniej, zgasiliśmy czołówki, lecz lodowate porywy wraz z wysokością tylko się nasilały. Trasa podejścia, przewijajacą się przez dość skomplikowaną topografię dolnej części tej ogromnej ściany, bynajmniej nie wszędzie jest ewidentna. W okolicach 6300 - 6400 m zapchaliśmy się w stromy kuluar podobny do żlebu pod Zawratem, którym dotarliśmy na siodełko pomiędzy dwiema barierami olbrzymich seraków o wybitnie zoomorficznych kształtach: z jednej strony stał biały niedźwiedź, z drugiej zaś monstrualna modliszka. Niestety, za siodełkiem ziała szczelina o rozmiarach ulicy Brackiej w Krakowie, więc wściekli, zmuszeni byliśmy zejść kuluarem po własnych śladach. Ten, kto spacerował na tych wysokościach w huraganowym wietrze i trzydziestostopniowym mrozie, dobrze zrozumie, co znaczy stracić w tych warunkach ponad sto metrów mozolnie zdobytego przewyższenia. Po wytrawersowaniu w prawo, ogromnym łukiem okrążyliśmy czeluść Brackiej i po kilkuset metrach osiągnęliśmy szeroką grań, dymiącą pióropuszami śniegu. Atakowany coraz mocniejszymi falami wiatru poczułem, że słabnę. Zrobiliśmy krótki postój, wypijając kilka kubków gorącej czekolady, która odmroziła nas od środka. Potem ruszyliśmy w górę rozległą, beznadziejnie bezkresną granią. Byliśmy powyżej połowy ściany i teren wyraźnie zmienił charakter. Skończyły się seraki, szczeliny, kuluary i wszelkie trudniejsze formacje, natomiast zaczęło się żmudne, kondycyjne podchodzenie ogromnymi, łagodnie wznoszącymi się polami śnieżnymi i szerokimi graniami, przełamującymi się setki metrów wyżej, na tle granatowego nieba. Po mozolnym dojściu do kolejnych przełamań, niezmiennie otwierał się widok na kolejny, kilkusetmetrowy odcinek. Miałem wrażenie, że droga nie ma końca. Złudna nadzieja, że za kolejnym przełamaniem ujrzę bliskość szczytu, wciąż pryskała wraz z wyłaniającym się kolejnym stokiem lub granią. Daniel ostrzegał mnie, że na tym odcinku zawsze potężnie wieje, nawet przy względnie dobrej pogodzie. Taka jest specyfika klimatyczna Garganty wciętej pomiędzy dwa masywy Huascaranów - tych wspaniałych, najwyższych w całych Andach naturalnych wrót dla prądów powietrza płynących z głębi lądu w kierunku Oceanu Spokojnego. Byłem więc przygotowany, że nie będzie lekko, jednak rzeczywistość przerosła oczekiwania. To nie był zwyczajny silny wiatr, lecz mordercze ataki śnieżno-lodowego tsunami, uderzającego w regularnych odstępach czasu. Kątem oka obserwowaliśmy płynącą od lewej strony, całą szerokością stoku, sino-białą falę, która po chwili zwalała się na nas, mocno zapartych na czekanach. Po przyjęciu uderzenia przez kilkanaście trudnych sekund stawialiśmy bierny opór, by po przeczekaniu najmocniejszego impetu z wolna ruszyć dalej. Po minucie nadchodziła kolejna fala tsunami, potem następna, i tak bez końca. Było to naprawdę wykańczające i mimo zbawiennych kubków czekolady, tudzież opróżnieniu kilku tubek żelu energetycznego, słabłem zastraszająco szybko. Tempo wyraźnie spadło, wpadłem w rodzaj transu, niemal obojętniejąc na wszelkie bodźce z zewnątrz, odliczając tylko w myślach kolejne kroki od jeden do sześć, i znów od jeden do sześć, i znów... Nie wiem, dlaczego liczyłem akurat do sześciu, ale tak było mi wyraźnie łatwiej. Mijały kolejne godziny, wlokłem się coraz wolniej, coraz częściej przystając. Daniel na prowadzeniu wyczuwał opór napiętej liny i przystawał, pozwalając mi trochę uspokoić oddech. Gdy za kolejnym przełamaniem z rozpaczą ujrzałem nie wiadomo już którą, niekończącą się grań, zastygłem nieruchomo, wspierając się na czekanie. Przez zalodzone okulary widziałem tylko rozmytą szarość pod nogami i słyszałem swój przyśpieszony oddech. Czułem wszechogarniającą słabość i krańcowe zmęczenie. Wtedy  po raz pierwszy poraziła mnie myśl, że to chyba kres moich możliwości. Stałem tak, szarpany wiatrem, niepokojąco długo i Daniel najpewniej zrozumiał, co się ze mną dzieje. Lekkie szarpnięcie liny wyrwało mnie z letargu i przez świat wiatru usłyszałem jego wołanie: „Mirek! You can do it! You can do it! Two hundred meters to the summit!”. Doprawdy, wybrał właściwy moment na tę bezcenną wiadomość. Parę chwil wcześniej byłem zobojętniały na wszystko, a teraz słysząc go, poczułem gwałtowny napływ resztek adrenaliny. Tylko dwieście metrów do szczytu! Niemożliwe, żebym nie doszedł! Nie byłem w stanie wydać z siebie głosu, więc w odpowiedzi kiwnąłem tylko głową, wyprostowałem się i wolno ruszyłem, przełamując opór strasznego, obezwładniającego zmęczenia. Nie wiem, czy było to dwieście, czy kilka razy dwieście metrów. Podchodziłem jak na zwolnionym filmie, skupiony wyłącznie na kolejnych krokach, otępiały i niemal odcięty od wszelkich bodźców. Nie potrafię powiedzieć, jak długo to trwało. W pewnym momencie sylwetka Daniela zaczęła się przybliżać. Początkowo zdziwiło mnie, dlaczego na mnie czeka i dopiero po chwili zacząłem rozumieć. Stał na szerokiej śnieżnej płaszczyźnie, wybierając linę. Pod ciemnymi okularami szczerzył zęby w uśmiechu. A za nim było już tylko granatowe niebo. „Mirek! Summit! Summit! Congratulations!”. Jeszcze kilka ostatnich kroków i chwyciłem jego wyciągniętą dłoń, a potem bez słowa objęliśmy się w mocnym uścisku. Tuż za nami dotarł Cleber z Leonciem. Dochodziła dziewiąta; wejście na szczyt zajęło nam osiem godzin. Powoli ogarnąłem wzrokiem zachwycającą panoramę. Na wprost błyszczał w słońcu wspaniały Huascaran Norte, a na prawo od niego, na północy, piętrzył się fantastyczny gąszcz białych szczytów, lodowych organów i filarów oraz poszarpanych grani o szalonych kształtach. A cały ten pejzaż jakże daleko w dole - setki metrów pod nami.

Tej niezwykłej chwili nie da się ująć w relacji. Każdy, kto przeżył podobne - zrozumie. Jest zbyt osobista, głęboka i cenna. Trzeba ją przeżyć w samotności, bo jest doświadczeniem misterium, dojściem do złotego runa i - dotknięciem pełni. Któż nie zna klasyki Kordylierów - Dotknięcia pustki Joe Simpsona? Tu, na Huascaranie, znalazłem werbalne i symboliczne zaprzeczenie tego tytułu. Są takie nieliczne chwile w życiu, gdy odrobina patosu ma sens.

Porywy wiatru nie osłabły ani na chwilę, lecz tu, na szczycie, nie niosły już potężnych fal zmrożonego śniegu. Chmury zostawiliśmy nisko pod sobą i teraz żadna nie przesłaniała słońca na ciemnogranatowym niebie. Zimno przenikało przez wszystkie warstwy ubrania i ścinało mięśnie twarzy, utrudniając mówienie. Podręczny termometr Daniela wskazywał - 34º C. Wyciągnęliśmy termos, lecz płynna czekolada była już tylko lekko ciepła i w ciągu kilku łyków prawie zamarzała w kubku. Zmobilizowaliśmy się do zrobienia dokumentacji. Włączyłem kamerę i sfilmowałem panoramę w promieniu 360º. Niestety, po osiemnastu sekundach bateria zamarzła i nie zdążyliśmy już sfilmować samych siebie. Na szczęście odporniejsze okazały się litowe baterie w moim małym „Nikonie”, dzięki czemu zrobiliśmy kilka bezcennych zdjęć. W przeraźliwym zimnie nawet nie próbowałem wydobyć telefonu, gdyż potężny świst wiatru wykluczał jakąkolwiek rozmowę.

Minuta po minucie kostnieliśmy w przyśpieszonym tempie. Zdjęcie na moment rękawicy groziło odmrożeniem, w butach zaś - solidnych, testowanych do -20º C Han-Wagach - tylko intensywny ruch palcami zapobiegał utracie czucia. Patrząc na zapierający dech widok, chętnie posiedzielibyśmy dłużej na szczycie, lecz warunki zmuszały do szybkiego powrotu. Daleko, na przełamaniu grani szczytowej pojawiły się trzy małe, kolorowe sylwetki. Uświadomiłem sobie, że to Włosi, którzy dwie, może trzy godziny temu zostali za nami. Lecz pojawił się tylko jeden zespół z peruwiańskim przewodnikiem. Widać było, że podchodzą resztkami sił, słaniając się na boki i zapierając czekanami po każdym uderzeniu wiatru. Darmo wypatrywaliśmy za nimi drugiego zespołu. Gdy doszli do nas, okazało się, że pozostali zawrócili dwie godziny wcześniej. Wieczorem w obozie ich przewodnik opowiedział Danielowi, że odwrót był dla tamtej dwójki prawdziwym dramatem. Jeden z alpinistów zasłabł i usiadł na stoku, drugiemu również zabrakło sił do dalszego podejścia. Ratowali się ciepłymi płynami z termosów, lecz wzmocnili się na tyle tylko, by móc zacząć schodzić. Starszy z nich, który już wcześniej dwukrotnie, bezskutecznie wspinał się na Huascaran - płakał. Tym razem doszedł najwyżej.

Poważnie obawiałem się, czy zmęczenie pozwoli mi podołać wielogodzinnym wysiłkom zejścia. Okazało się jednak, że nie jest aż tak źle. Niekończące się granie i pola śnieżne w górnej części ściany przebyliśmy jednym ciągiem, aż do lodowej ścianki, którą pokonaliśmy zjazdem, z solidnie wbitej szabli. Dopiero w dolnej, trudniejszej partii ściany - pomimo dość szybkiej utraty wysokości, co powinno sprzyjać odzyskiwaniu sił - poczułem znów kryzys formy. Za wszelką cenę starałem się skupić i mobilizować uwagę przy pokonywaniu kolejnych stromych pól śnieżnych, kuluarów, uskoków i finezyjnych obejść szczelin. Byle się nie wyluzować i nie popełnić jakiegoś błędu. Fantastyczny trawers pod przewieszonymi serakami przeszedłem może zbyt wolno, ale w pełni kontrolując każdy krok i kąt postawienia raków. Kwadrans po kwadransie zbliżaliśmy się do ogromnego, skąpanego w słońcu siodła Garganty. Wreszcie, koło 13,00 weszliśmy na jej bezkresną powierzchnię. Brnęliśmy przez śnieg w pełnym słońcu, a ja stawiałem kroki jak automat, czując wielki, narastający ciężar w nogach. W głowie miałem lekki szum i dziwną otępiałość myśli. Od dłuższego czasu bezskutecznie usiłowałem sobie przypomnieć nazwę góry, z której schodziliśmy. Plątało mi się po głowie „Huaraz”, bo wiedziałem, że ta nazwa  brzmi jakoś podobnie. Niestety, w żaden sposób nie mogłem sobie przypomnieć - jak? Obśmiałem się w duchu z samego siebie i pomyślałem przez moment, że zapytam Daniela. Natychmiast jednak porzuciłem tę myśl, bo oczami wyobraźni zobaczyłem jego zdumienie i badawczy wzrok, czy aby nie zwariowałem. Wpadłem wszakże na inny pomysł. Słońce przygrzewało, więc usiedliśmy na chwilę, żeby zdjąć puchówki spod gore-texów. Wykorzystałem ten postój, by zadzwonić do żony Małgosi oraz do mojej partnerki Eli Jodłowskiej, uziemionej w kraju przez pechowo złamaną nogę. Ku memu zdziwieniu jakość połączenia była wyśmienita. „Cześć!” - mówię do mocno zaskoczonej Eli - „Czy miałaś już kiedyś telefon z Przełęczy Garganta?” W odpowiedzi cisza, a potem z niedowierzaniem: „Niemożliwe, czyżbyś był na Huascaranie?!”. W ten oto chytry sposób uzyskałem odpowiedź na nurtujące mnie pytanie, z jakiej to góry właśnie schodzę.

W godzinę później byliśmy już w High Camp, gdzie do zachodu słońca topiliśmy kolejne garście śniegu na niekończące się zupy i herbatki. Wieczorem znów pojawiła się masa chmur, a wiatr niemal wyrywał namioty ze śniegu. Noc była koszmarna - po raz pierwszy dopadł mnie silny ból głowy, niewrażliwy na pokaźne dawki leków. Potężne uderzenia wiatru nieustannie, z szumem lawiny zwalały na zdeformowane namioty całe wywrotki śniegu. Bez szans na zaśnięcie, męczyłem się godzina po godzinie, raz po raz zerkając z nadzieją na zegarek w komórce. Na szczęście wstawaliśmy przed świtem, żeby „pole minowe” z Garganty w dół pokonać w nocnym mrozie, zmniejszając ryzyko lawin i obrywów seraków. Osłabiony i wymęczony bólem głowy, z ogromnym wysiłkiem wciągałem buty ogrzewane przez noc we wnętrzu śpiwora. Każda prosta czynność urastała do heroicznych rozmiarów. W końcu jakoś zwinęliśmy obóz i związani, szarym świtem, rozpoczęliśmy schodzenie. Już kilkaset metrów za obozem stare ślady, w tym także nasze przedwczorajsze, znikały pod wielkim, świeżym lawiniskiem. Przetrawersowaliśmy kilkadziesiąt metrów przez zastygłą rzekę ogromnych, zamarzniętych grud śniegu. Potem kuluar Candeletty, szybkie zjazdy, a następnie żmudne kluczenie pośród olbrzymich szczelin w dolnej części uskoku. Zwężenie jednej z nich, które wykorzystaliśmy idąc w górę, było teraz zupełnie niedostępne. Spory kawałek na prawo znaleźliśmy inne - dwumetrowe, nieco ryzykowne, ale możliwe do przeskoczenia, gdyż przeciwna krawędź była niżej. Pierwszy skakał Daniel. Po drugiej stronie wbił  szablę i napiął linę, po której opuściliśmy plecaki. Potem ja, uzbrojony w dziabę, przeskoczyłem czeluść, a za mną Leoncio i Cleber. Schodziliśmy wciąż w mroźnym cieniu, choć było już jasno i słońce różowiło odległy masyw Cordillera Negra. Nagle pod nami, kilkaset metrów niżej, dostrzegliśmy sporą grupę podchodzących wspinaczy. Gdy zbliżyliśmy się, Daniel rozpoznał wśród nich kilku swoich znajomych - przewodników z Huaraz. Była to ekspedycja udająca się w rejon Garganty na poszukiwanie zaginionego przewodnika i japońskiego alpinisty.   

Kilka dni później poszła w Huaraz wieść, że poszukiwania odniosły sukces. Ciała wydobyto ze szczeliny, nieopodal miejsca naszego biwaku. Dziwnym zbiegiem okoliczności, po ich zniesieniu w dół, w rejonie Garganty - co niezwykłe - ucichł wiatr, Huascaran na kilka dni okryły gęste chmury, a w zamglonym Huaraz smutno padał deszcz. Prastare wierzenie Indian Quechua, powiada, że niepochowane zwłoki ludzi zmarłych śmiercią gwałtowną wywołują nadzwyczaj silne wiatry, które uspokajają się dopiero wtedy, gdy zmarły trafi na uświęcone miejsce spoczynku. Mistyka gór? Być może, ale o ileż uboższe byłyby góry bez  takiej mistyki i powiewu tajemnicy.

W dniu mojego wyjazdu z Huaraz byłem świadkiem niezwykłej sceny. Na Placu Ginebra przed Casa de Guias (Domem Przewodników) zajechał karawan, wokół zgromadzili się indiańscy przewodnicy w odświętnych strojach oraz rodzina w żałobie. Z samochodu wyjęto trumnę, którą towarzysze zmarłego wnieśli na ramionach na okrągły skwer pośrodku placu. Z wolna obeszli go wokół, przystając i pochylając trumnę na każdym z rogów, zwróconych w cztery strony świata. Piąty raz zatrzymali się przed Casa de Guias, także pochylając trumnę w pokłonie. Takie było pożegnanie legendarnego przewodnika, odchodzącego w pełni sił, w 52 roku życia. A w oddali, po raz pierwszy od kilku dni, wyłaniał się wśród chmur biały szczyt Huascaranu.


Wieś Musho, ostatnie spojrzenie na zjawiskową górę w sinej mgiełce. Fot. Mirek Mąka

Po rozstaniu z ekipą przewodników wkrótce dotarliśmy do końca uskoku i po zejściu lodowcem, dwie godziny później raczyliśmy się Coca-Colą oraz ciepłym posiłkiem w Refugio Huascaran. Potem jeszcze niezapomniany odcinek przez kolejne piętra fantastycznych, gładkich płyt z tysiącem strumieni i późnym popołudniem rozbiliśmy namioty w Base Camp. Po raz ostatni obserwowałem w wielkiej ciszy czerwoną kulę słońca niknącą za zębatą piłą Czarnych Kordylierów. Następnego dnia czekało już tylko zejście do wsi Musho i powrót do Huaraz. Pomimo zmęczenia nie chciało mi się spać. Otulony kurtką puchową siedziałem na kamiennym murku przed namiotem, obserwując, jak blednie i gaśnie pomarańczowo-złoty horyzont, a fioletowe niebo rozjaśnia Krzyż Południa. Myślałem o trzech minionych tygodniach, o trzech „moich” górach, i o bliskim już powrocie do kraju. Czułem wewnętrzny spokój i radość, że udało się, ale było to uczucie dalekie od euforii, wyciszone i zmieszane z nostalgią, że kończy się coś ważnego, czego jeszcze w pełni nie rozumiem. Znów, jak pod Alpamayo, pojawił się ten dziwny niepokój, czy aby nie umyka mi coś istotnego. Lecz i teraz nie poznałem ani pytania, ani odpowiedzi. Wszak doświadczyłem zaledwie „dotknięcia pełni”.
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2017-12-18
HYDEPARK
 

Kurtyka. Sztuka wolności

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-11-09
HYDEPARK
 

Ostatnia w koronie. Z archiwum Jerzego Kukuczki

Komentarze
0
 
 
Łukasz Kocewiak
 
2017-09-28
HYDEPARK
 

Aconcagua. W cieniu Śnieżnego Strażnika

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Goryonline
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com