
Po powrocie z Karawszynu w 2024 roku doszliśmy jako zespół do kilku wniosków. Nasze dwa wyjazdy, do tej pory wyłącznie do Kirgistanu, miały charakter alpejski lub bigwallowy. Tym razem chcieliśmy większej wysokości, możliwości wspinania mikstowego lub skalnego i wyznaczania nowych dróg. Znalezienie rejonu tak uniwersalnego, a przy tym rzadko odwiedzanego nie było łatwym zadaniem. Jednak gdy padła propozycja Doliny Charakusa w rejonie Hushe, w zachodniej części Karakorum, zgodnie podjęliśmy decyzję i wybraliśmy sierpniowy termin.

Na Przełęczy Sulu; fot. Wojciech Mazik
PRZYGOTOWANIA
Rozpoczął się żmudny, ponad półroczny proces szukania agencji, lotów, informacji o rejonie, składania wniosków, zdobywania wizy, pozwolenia, kompletowania sprzętu oraz przygotowania technicznego i kondycyjnego. Cieszyłem się na tę wyprawę z wielu powodów: pierwszy raz miałem być w Karakorum, a zapowiadał się wyjazd w dobrym, zgranym zespole i szansa przetestowania swoich możliwości po sezonie treningowym. Co prawda ten ostatni przerwałem, gdy tylko można było zacząć wspinać się w skałach, później przyszło lato w górach, więc przypak naturalnie osłabł, ale dwa pierwsze powody pozostawały niezmienne, tak jak radość oczekiwania.
MIEJSCÓWKA
Dolina Charakusa leży w rejonie masywu Maszerbrumu (7821 m). Po kilku godzinach marszu od Hushe, ostatniej miejscowości na trasie, szlaki rozchodzą się: jeden prowadzi pod ten właśnie wysoki siedmiotysięcznik i Laila Peak, drugi w stronę szczytów K7 i K6, które nadal mają niezdobyte ściany. Wprawdzie wyprawy w ten niezwykły rejon się odbywają, ale dość rzadko. Tuż przed nami wrócił stamtąd zespół, w składzie którego był między innymi Collin Halley. Próbował wejść na K7 (6934 m), co ostatecznie się nie udało, głównie ze względu na kruszyznę.

Dolina Charakusa; fot. Tomasz Kujawski
DROGA DO CELU
Spotkaliśmy się na lotnisku w Poznaniu i tu już czekała nas niespodzianka. Okazało się, że wykupiony bagaż, którego mieliśmy łącznie sześć sztuk, z jakichś dziwnych względów nie może zostać przyjęty – za 60 kilogramów szpeju doliczono nam 6000 zł. Kwota nas przybiła, a biuro podróży, które kupiło bilety, musiało to wyjaśnić. Na szczęście sam przelot był bezproblemowy. W Islamabadzie przesiedliśmy się na lokalne linie. Znowu musieliśmy zapłacić za nadbagaż, ale zaledwie 27 000 pakistańskich rupii, czyli około 350 zł. Podczas odprawy pani z obsługi zorientowała się, że jesteśmy wspinaczami, i przydzieliła nam miejsca przy oknach, mówiąc, że będziemy mogli podziwiać Nanga Parbat. To, co zobaczyliśmy, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Miałem wrażenie, że lecimy tuż nad tym wspaniałym ośmiotysięcznikiem i że wystarczy wyciągnąć rękę, żeby go dotknąć. Niesamowite przeżycie.
Na lotnisku spotkanie z agencją, później zakwaterowanie i zakupy. Rankiem następnego dnia pod hotel podjechał jeep zapakowany po dach, a nawet na dachu. W środku czekało kilku porterów, nasz przewodnik Hassan i jego pomocnik Ali. Ruszyliśmy w sześciogodzinną podróż. W Hushe nocowaliśmy w hotelu bez prądu ani zasięgu komórkowego… Trzeba się przyzwyczajać. Wieczorem zważyliśmy cały dobytek, a nazajutrz ruszyliśmy na dwudniowy trekking.
Było gorąco, kurz dostawał się do butów, ubrań, obklejał ciało. Pierwszego dnia szliśmy krócej i biwakowaliśmy na morenie wśród drzew. Drugi dzień był bardziej wymagający. Osiołki zawróciły, bo teren okazał się dla nich zbyt trudny, a trzech porterów po wniesieniu pierwszej partii cofnęło się po pozostałe bagaże. Doszliśmy do rejonu bazy pod K7 – jest tam płasko, płynie woda, a nawet stoi toaleta. Nie wyobrażaliśmy sobie takiej idylli. Niestety, cały teren pokrywały śmieci po poprzednich wyprawach. Nie czekając na resztę, w godzinę sprzątnęliśmy z Piotrkiem większość odpadów. Zauważyliśmy, że porterzy zabrali je w dół. Widocznie park narodowy rozlicza się z nimi za zniesione worki. À propos rozliczeń – porterzy domagali się napiwku. Wykonali naprawdę ciężką pracę, więc zasługiwali na dodatkowe wynagrodzenie, niestety nie mieliśmy wystarczająco dużo gotówki. Przystąpiliśmy do pertraktacji… W końcu dogadaliśmy się i mogliśmy odetchnąć, żeby rozejrzeć się dookoła. Badal Peak, grupa K7, Sarlink, ogromny K6 i Kapura robią ogromne wrażenie. Rozbiliśmy namioty bazy, w której spędzimy najbliższe trzy tygodnie.

Biwak podczas zjazdów z Farol Peak; fot. Wojciech Mazik
NASER BRAKK – BYŁO BLISKO
Po dwudniowym trekkingu robimy w bazie dzień restowy. W końcu jesteśmy na 4340 metrach. Czuć wysokość, ale mniej niż w Alpach. Nazajutrz wychodzimy przed świtem na pierwszą aklimatyzacyjną wspinaczkę – Drogą Brytyjską na Naser Brakk. Nie sposób nie docenić tej wybitnej, dobrze widocznej z bazy piramidy. Już w trakcie podejścia Wojtek stwierdza, że musi zawrócić, bo ma problemy żołądkowe, których nabawił się jeszcze przed wylotem z Polski. Szkoda, ale dalej ruszamy we dwójkę.
Związujemy się liną, aby obejść prożek zagradzający nam dalszą drogę, i po dwóch wyciągach kontynuujemy podejście. Dwie i pół godziny od wyjścia z bazy stajemy na małej przełączce, gdzie zaczyna się właściwe wspinanie. Droga nie ma wprawdzie topo, ale jej przebieg jest prosty – prowadzi filarem, który od dołu wyglądał jak ostry kant. W rzeczywistości jest szeroki i zapewnia wiele wariantów przejścia. Wyszukujemy najłatwiejsze opcje i pokonujemy kolejne długości liny. Kilka razy błądzimy, co zmusza nas do zewspinania lub zjazdu. Wyciąg od szczytu zaczyna padać śnieg, który niebawem zamienia się w deszcz. Nie urobimy nic na mokrej skale, a zbliża się wieczór.
Tekst / TOMASZ KUJAWSKI
* * *
Tekst w całości przeczytasz w 302 (1/2026) numerze Magazynu GÓRY.
GÓRY (czasopismo oraz e-book) można kupić w naszej księgarni Książki Gór > link