facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
 
 
2011-11-23
 

Diabelskie Deja Vue

Są takie ściany, które ciągle pozostają w strefie marzeń. Nigdy nie jest odpowiedni czas na nie. Coś je odsuwa, przesłania, przesuwa na dalszy plan. Wybieram się na takie ściany z roku na rok, a zawsze kończy się na niczym.
Wciąż pozostają one poza strefą aktualnych działań. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, że coś je odsuwa w czasie. Czasem jest to po prostu strach, coś jest ponad moje możliwości, samopoczucie, dojrzałość taternicką. Z czasem oswajam w myślach taką zerwę, osaczam ją, siebie na niej umiejscawiam, zaczynam się z nią mierzyć. Najpierw w wyobraźni, a potem w bezpośredniej bliskości. Coraz śmielej spoglądam na nią z dna doliny, coraz odważniej oglądam zdjęcia i schematy. Aż wreszcie jestem niemal gotowy, by pod nią stanąć, spojrzeć jej w oczy i rzucić rękawicę. Wówczas... spada pierwszy śnieg, nie ma odpowiedniego partnera, dni wydają się zbyt krótkie, jej wystawa nie jest do słońca itd. itp. Czas mija, zerwa pozostaje nie zdobyta. Nowe plany, inne zamierzenia, niweczą tę ciężko wypracowaną gotowość. Ściana robi się mityczna, przestaje być ścianą, staje się obsesją.

Czy Diabla Turnia była dla mnie jedną z takich ścian? O tak, z pewnością. Właściwie to całe jej otoczenie, nie tylko ona sama. Pamiętam pewien tatrzański dzień, gdy po raz pierwszy, świadomie, z dojrzewającą ciekawością taternicką, spojrzałem w tamte strony znad Hińczowego Stawu. Było późne popołudnie, przeszedłem kawał drogi i układałem się do snu w kolebie. Siedziałem na głazie z kubkiem herbaty i patrzyłem na stosunkowo odległe turnie. Tworzyły rządek pionowych spaszt, ich filary sięgały jakiegoś niewidocznego, piekielnego dna, kryjąc swój początek w głęboko skrytym dnie Szataniej Dolinki. Wziąłem do ręki przewodnik i zacząłem identyfikować ich kształty i nazwy. Byłem pod wrażeniem tych nazw, wyglądu baszt, i wielkiej niewiadomej, w jaką się zbijały w mojej głowie. To była niewiadoma, ich losu, egzystencji, trwania, budowy. Jak mogły te czarcie elementy żyć sobie na Ziemi, pośród całej rzeszy innych zwyczajnych szczytów, `normalnie` nazwanych? Szatania tworzyła wtedy, jakąś swoistą, niedostępną, piekielną enklawę. Gdy zatrzymałem wzrok na wierzchołkach Czarciego Rogu i Diablowiny, niebem wstrząsnęły potężne grzmoty. Niecałe czterdzieści minut, trwała moja ucieczka przed piekielną burzą do Popradzkiego Stawu, popod upiornymi turniami. Nie śmiałem nawet unieś głowy znad ścieżki, żeby nie drażnić zaklętych mocy nieczystych.


Drogi na Diablą Turnię


Minęło wiele czasu od tamtej chwili. Przeszedłem wiele tatrzańskich ścian, snułem kolejne taternickie plany, a okolice Szatana wciąż omijałem, nie wiedząc czemu. Wreszcie stanąłem w Szataniej dolince, zimą. Brnąłem przez śnieg popod Basztami, by dotrzeć na drugi kraniec doliny, pod najniewinniejszą z tamtych turni - Koprową. Mgła w środku dnia zasnuła całunem wszystkie szczyty dookoła. Znów uciekałem, nieco mniej panicznie, bo byłem z trzema towarzyszami. Tym razem, zamiast zejść gdzieś do Żabich Stawów, znalazłem się przy Hińczowych, będąc przekonanym, że schodzę. Wróciliśmy tam kolejnego dnia, ale nie zmierzyliśmy się z poprzednim wyzwaniem, Szatania przegnała nas na Wołowiec Mięguszowiecki. Niemniej pierwszy krok, w stronę oswajania diabelskich ścian, został zrobiony.

Nadeszło lato. Najpierw deszczowe, potem cierpliwie słoneczne. Odwiedziłem w tym czasie większość dolin w Tatrach Wysokich. Pozostało zajrzeć do Szataniej. Piękny wrześniowy dzień przysposabiał nas do śmiałych zamierzeń. Zeszliśmy ze szlaku na Koprową Przełęcz, by wejść w olbrzymie usypisku piargów, jakie wypluwa Szatani Żleb. Mozolnie i wytrwale pięliśmy się wzwyż pod ścianę Diablej Turni. Z każdym krokiem, ściana stawała się coraz piękniejsza. Słońce rzucało cień Szatana na jej gładkie płyty. One same olbrzymiały i odstraszały. Skądś znałem ten lęk...
 
 
... Czułem to samo narastanie obaw przed płytami, jakby miało miejsce przed paroma dniami.
Marzył mi się wówczas jedynie filar Motyki. Cieszył mnie umiarkowany wybór drogi, nie zuchwały, nie wyzywający uśpionych czartów na potyczki...
 
A my mieliśmy je przejść.
- Widzisz je! Niezłe, prawda? Nie przelewki z nimi – odezwałem się do wypróbowanego w ciężkich bojach, partnera.
- Wszystko jest dla ludzi. To przecież ludzie robili – odpowiedział mi Paweł, jednak z nutą pokory w głosie.
 
- To będzie szło od prawej strony. Tamta, nowsza droga z `modernistyczną wyceną` idzie wprost do zacięcia – analizowałem schemat, porównując go do terenu.
- Nie wiem czy nie za mało haków wziąłem? Tam trzeba będzie sporo `jedynek` – Paweł racjonalizował nasze szanse przeżycia.
Jakbym skądś znał to zdanie? Jakoś podobnie brzmiało...
 
- Chodźmy na te płyty, są piękne – Mój partner nie czuł żadnego respektu, przed tym co ukazało
się naszym oczom.
- Myślę że tam potrzeba sporo cienkich haków – hamowałem jego zapędy.
- Zróbmy coś fajnego. Damy radę – nie dawał za wygraną, zuchwały Wojtek.
- Jeszcze jest to zacięcie z prawej, za V. Też ładne i ma logiczną linię – usiłowałem nie kusić diabelskich mocy...
 

W Szatanim Żlebie

Wypatrzyliśmy linię obranej drogi, ustaliliśmy przebieg natarcia. Pozostało zwalczyć strach i zacząć wspinaczkę. Wiatr przywiewał ku nam bałwany chmur, a my owinięci cieniem Szatana, marznący, ubieraliśmy taternicki ekwipunek. Snuły się wilgotne, szare mamidła, łapiąc nas za stopy i poganiając wzwyż. Lęk owinął nas od stóp do głów, my udawaliśmy, że go nie znamy. Diabły rozdmuchiwały dym, szykując kotły na nasze mizerne postacie, a nam marzły ręce ze strachu. Za naszymi plecami stały szczyty równie piękne jak ten nad nami. Ich nazwy brzmiały zupełnie przyzwoicie, łagodnie, miękko i ciepło, a one same kąpały się w blasku słońca i dnia. Wołowa Turnia wzywała nas na leniwy popas, a Kopa Popradzka ziewała z uśmiechem, przesuwając ku nam wszelkie opary, jakie jej przysłaniały widok na wesołe gromadki turystów. My zaś rozcieraliśmy ostygłe palce, szukając jakiegoś oparcia w odpychających płytach nad nami. - Ach! - pomyślałem - co mnie tu podkusiło...
 
Dokończenie relacji
TUTAJ.


Autor (tekst i fotografie): Adam Śmiałkowski


Źródło: www.nieznanetatry.pl.
Goryonline
 
Bartek Pasiowiec
 
Goryonline
 
2018-09-10
HYDEPARK
 

Burka w Nepalu nazywa się sari

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-31
HYDEPARK
 

Revelations

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-07-30
HYDEPARK
 

Magazyn TATRY (nr 65)

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com