facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2011-07-22
 

Denali White Eagle Caravan 2011 - relacja

„Patrząc ze szczytu Denali, to jakby spoglądać z nieba przez otwarte okno” Robert Tatum. Relacja z wyprawy Denali White Eagle Caravan 2011.
Tekst: Robert Jurczak

Zdjęcia: Jacek Gowik, Krzysztof Pierożak, Edward Lichota, Robert Jurczak


Zanim wyruszymy na szlaki Denali, przejdziemy bardzo drobiazgowe przygotowania. Do trzonu zespołu, niezmiennego od kilku lat (Jacek Gowik, Krzysztof Pierożak, Ryszard Chmura i moja skromna osoba - Robert Jurczak) dołącza najbardziej doświadczony alpinista, Edward Lichota. Pierwsze treningi i przygotowania do tej wyprawy rozpoczynamy w Tatrach, Karkonoszach, Beskidzie Sądeckim i Krakowie już jesienią 2010 roku. Techniczne szkolenie u boku Macieja Berbeki część zespołu przechodzi na przełomie kwietnia/maja 2011.

Próbę zdobycia Dachu Ameryki Północnej postanawiamy powiązać z rokiem 1974. Podczas Krakowskiego Festiwalu Górskiego (XII 2010) wpada mi w ręce książka W górach Alaski i Kanady, Wydawnictwa Śląsk, 1977 r. Zainspirowani Polską Wyprawa Wysokogórską „Alaska 74” postanawiamy skontaktować się z kimś z uczestników owej ekspedycji. Udaje mi się odnaleźć pana Adama Zyzaka. Nawiązanie jednak z nim kontaktu, pomimo wielu prób, nie jest możliwe (trochę jest mi przykro, że obietnica przekazania nr telefonu do p. Adama przez mojego telefonicznego rozmówcę z Klubu Wysokogórskiego z Katowic spełzła na niczym). Historia zdobywców południowej ściany McKinleya, zrelacjonowana szczegółowo w owej książce, pozwala nam odnaleźć reaktywowaną od dwóch lat legendę Dona Sheldona. Osławionego lotnika, który już za życia w okresie powojennym do 1975 roku wsławił się odwagą i ponadprzeciętną zdolnością niesienia pomocy wpinaczom, lądując na lodowcach gór Alaski. Don Sheldon wielokrotnie balansował na krawędzi życia i śmierci osadzając swoją Cessnę pomiędzy bezdennymi szczelinami, zatrzymując ślizgacze samolotu tuż przed ich krawędziami. Obecnie Sheldon Air Service jest jednym z czterech operatorów lotniczych w Talkeetnie, a mała, zaledwie 8-letnia - opisana w książce - z roku 1974 Holly, córka Dona Sheldona, obecnie już jako dojrzała kobieta, za parę tygodni przywita nas gorącymi ciastkami, dopiero co wyjętymi z piekarnika. Loty widokowe, przeloty z lądowaniem na lodowcach masywu Denali, Mt Foraker czy Mt Hunter jednoczą pasje pilotów i wspinaczy, by jak magnes przyciągać nieprzeciętnych ludzi z całego świata.

Relacja dzień po dniu:


Dzień 1
11.05.2011 Polska -> Alaska (Katowice-Monachium-Seattle-Anchorage)


Przygotowani sprzętowo, zmotywowani, zaopatrzeni w nieprzebrane pokłady dobrego nastroju, z pokaźnym ekwipunkiem (ponad 300 kg) wyruszamy z lotniska Pyrzowice via Monachium do Seattle. Przekroczenie granicy amerykańskiej i prześwietlenie naszych bagaży jest dla nas nie lada wydarzeniem. Okazuje się, że nasze „polskie smaki” przywiezione znad Wisły nie podobają się amerykańskim służbom i już na wejściu celnicy rekwirują nam puszki z wyśmienitym gulaszem. (...) W Anchorage lądujmy o godz. 15.30. Tu dołącza do nas Ryszard Chmura, Polak mieszkający od ponad 20 lat w Nowym Jorku. Przejazd amerykańskimi yellow cabs do Arctic Adventure Hostel zabiera nam zaledwie kilkanaście minut. Właściciel Joseph wita nas w progu. (...) Zmęczeni ponad 30-godzinnym dniem, wliczając 10-godzinną różnicę czasową, tuż przed północą kładziemy się do łóżek. (...)

Dzień 2
12.05.2011 Anchorage


Poranek wita nas słońcem wpadającym przez uchylone okno. Poranna toaleta przywraca do życia nasze zmięte ciała, bo różnica czasowa nadal jeszcze w tej chwili jest odczuwalna przez każdego z nas. W kuchni uwija się Pani domu pośród obecnych już kilku gości. Jajecznica, pancake, miód, dżem, żółty ser i trochę wędliny jest naszym dzisiejszym śniadaniem. (...) Ryszard, jako że poruszał się wewnętrznymi liniami lotniczymi oraz jako obywatel amerykański, przywiózł z Nowego Jorku kilka kilogramów świeżej wędliny, kabanosów, wszelakiej wędzonki. Nabyte w polskim sklepie, zapakowane próżniowo będą dla nas rarytasem podczas wędrówek po lodowcach Alaski. Zanim udamy się na zakupy żywnościowe i uzupełnienie sprzętu górskiego, wypakujemy wszystkie nasze zapasy przywiezione z kraju. 30 kg wystarczy nam na dziesięć dni całodziennego wyżywienia dla naszej pięcioosobowej grupy. Dodatkowe zapasy, na co najmniej jeszcze 8 dni pobytu w górach nabędziemy tu, w Anchorage. Naszym dzisiejszym celem jest również górski REI Shop oraz AMH (Alaska Mountaineering & Hiking). Zaopatrzeni w dwa tuziny butli gazowych, nowe Jettboile, karimaty, kopę jaj i wypakowany wózek z porcjami żywnościowymi wyglądamy jak porterzy maszerując do naszego lokum ponad dwa kilometry. (...)

Dzień 3
13.05.2011 Anchorage -> Talkeetna


Po śniadaniu, przygotowani do wyjazdu, czekamy na shuttle bus Denali Overland. Tom Wide przyjeżdża w samo południe, by po szybkim załadunku wyjechać w kierunku Talkeetny. Mamy przed sobą trzygodzinną podróż. (...)

Na kilkadziesiąt minut przed dotarciem do celu, widok, jaki ujrzeliśmy z trasy, zasiał w nas wątpliwość. Góra Denali widziana z oddali wydaje nam się jakimś niewyobrażalnym monstrum. Czy aby na pewno poradzimy sobie z warunkami tam panującymi: wieczną zmarzliną, szczelinami, niskimi temperaturami, silnymi wiatrami i co najgorsze, trudami wędrówki wobec największej deniwelacji pośród gór wysokich sięgającej 5000 m? Tablica z napisem „Welcome to Talkeetna” pozwala nam oderwać się od niepokojących rozważań. (...)

Po krótkiej wizycie w biurze Overland w centralnej, niewiele dłuższej niż 400 m ulicy miasteczka, przejeżdżamy na teren lotniska. Sheldon Air Service jest ostatnim hangarem, położonym najbliżej pasa startowego. Powitanie przez Holly Sheldon gorącymi ciastkami robi na nas niezwykłe wrażenie. (...) Dzisiejszy dzień jest pierwszym od kilku dni, kiedy po załamaniu pogody samoloty zaczęły przeloty na lodowiec. Jednym telefonem Holly zmienia nam jutrzejszą odprawę u Rangersów w Denali National Park. Spotkanie jest przesunięte z umówionej godziny 13.30 na 9.30. Musimy się tam pojawić ok. 45 min wcześniej, by dokonać wszelkich formalności związanych z rejestracją naszej grupy. (...)

Dzień 4
14.05.2011 Talkeetna -> Baza lodowiec Kahiltna (2200 m n.p.m.)


(...) Noc minęła nam niezwykle szybko, a za dwie godziny mamy odprawę u Rangersów w stanicy parku. (...) Nasze organizmy powoli dostrajają się do tutejszego czasu (-10 godzin w stosunku do polskiego). Sute śniadanie złożone z jajecznicy, opiekanych ziemniaków, bekonu i tostu z herbatą jemy z apetytem w Roadhouse. To miejsce, które najczęściej wybierane jest przez wspinaczy, nam polecone zostało przez Holly. (...)

Punktualnie o 9.00 przekraczamy próg stanicy Parku Narodowego Denali. (...) Rejestracja naszej grupy przebiega bardzo sprawnie. Otrzymujemy trasery z numerem 100044, którymi będziemy oznaczać depozyty pozostawione w górskich obozach. Po rejestracji udajemy się na 45-minutowy orienteering, tzn. szkolenie z zasad bezpieczeństwa, ekologii i poruszania się po trasach Denali prowadzone przez Rangersa o imieniu Brandon. Na zakończenie wspólne zdjęcie. Zaopatrzeni w dwa pojemniki CMC (Clean Mountain Can), czyli Pojemnik Czysta Góra, ruszamy do hangaru Sheldona, by przygotować się ostatecznie do wylotu w góry. Dzisiejszy dzień jest pogodny, mamy więc nadzieję, że za parę godzin dotrzemy do bazy na lodowcu Kahiltna.

Od Sheldonów otrzymujemy walkie talkie. I choć baterie ładowaliśmy przez całą minioną noc, to są one naładowane jedynie w 30%, a to za mało, by wytrzymały w surowych górskich warunkach przez dwa tygodnie. W ostatniej chwili Dave, nasz pilot Cessny, przekazuje dwa komplety „pełnych” baterii. Teraz ze spokojem możemy mieć pewność łączności między sobą, a na kanale pierwszym będziemy nasłuchiwać prognozy pogody o godzinie 20.00 każdego dnia, nadawanego przez Lisę z obozu bazowego.

Po przepakowaniu i pozostawieniu niepotrzebnych miejskich rzeczy w depozycie Sheldona, po 45 minutach lotu z amfiteatralnymi widokami, lądujemy bezpiecznie na lodowcu Kahiltna w dwóch turach. Na miejscu czeka nas szef Rangersów w bazie. Choć straszono nas, że Lisa będzie numerować nam każdą puszkę, a szczególnie butle gazowe, by Rangersi mieli pewność, że ilość wynoszonych pojemników będzie się zgadzać potem ze zniesionymi po wyprawie, to Lisa okazała osobą, która obdarza nas ogromnym zaufaniem. Nie dość, że informuje nas o warunkach pogodowych na następne dni, to jeszcze pomaga wypakować bagaże z samolotu. Wybiera nam miejsce do rozbicia namiotu z już istniejącym przeciwwietrznym murem - iglo.

Dzisiejszy dzień spędzimy w bazie. Rozbicie namiotów idzie nam bardzo sprawnie, popołudnie spędzamy na przygotowywaniu posiłków i gotowaniu wody ze śniegu. Przygotowujemy się do jutrzejszego dnia, kiedy przetransportujemy część naszego ekwipunku do obozu pierwszego.

Dzień 5
15.05.2011 Baza, Lodowiec Kahiltna -> Obóz pierwszy -> Baza, Lodowiec Kahiltna


Pierwsza noc na lodowcu minęła nam na dobrym wypoczynku. Po śniadaniu wyruszymy ok.10.30 żwawym marszem, wyposażeni w odpowiednio spakowane sanki i plecaki. Dzisiaj pokonamy przewyższenie ok. 300 m, ale dystans, jaki przyjdzie nam pokonać, będzie jednym z najdłuższych. Na przekór trendom panującym w górach Alaski postanawiamy pójść na nartach skitourowych (Rangersi Parku Denali podają, że 90% wszystkich wspinaczy wykorzystuje podczas wspinaczki rakiety śnieżne). Z uwagi na warunki panujące na szlakach z początkiem sezonu wspinaczkowego na Mc Kinley’u, narty wydają nam się dobrym rozwiązaniem, szczególnie podczas pokonywania szczelin w dolnych partiach szlaku.

W pierwszym odcinku trasy, prowadzącym od obozu z lekkim nachyleniem w dół, ciągnięte przez nas sanki często wyprzedzają nas, obijają się o narty, o łydki. Po około dwóch km rozpoczynamy kilkugodzinny marsz w górę. Dochodzimy do potwierdzonej już przez wspinaczy reguły, że lepiej iść z sankami w górę, aniżeli schodzić z nimi w dół. Pogoda nieco się pogarsza. Po osiągnięciu pierwszego obozu w godzinach popołudniowych rozbijamy jeden namiot, gdzie po złożeniu depozytu, ruszamy po zdjęciu fok, zjazdem i marszem w drogę powrotną do bazy. Kolacja, gotowanie herbaty, to czynności, które są naszym dzisiejszym zajęciem. Zmęczeni zasypiamy w ciszy przerywanej jedynie słyszanymi pomrukami schodzących w oddali lawin.

Dzień 6
16.05.2011 Baza, Lodowiec Kahiltna -> Obóz pierwszy


Chmury soczewkowate są fotograficznie wspaniałe, jednak sama ich obecność napawa lękiem wspinaczy, którzy chcieliby się wspinać pośród nich na zasłonięty szczyt. Altocumulus lenticularis (chmura soczewkowata), tworzy się zazwyczaj powyżej pięciu kilometrów powyżej poziomu morza, a jej masy są równoległe do grzbietów górskich2. Taka chmura wynurzyła nam się dzisiaj przed południem. Jej obecność wskazała nam, gdzie właściwie znajduje się najwyższy szczyt łańcucha gór Alaski, Mt McKinley.

Śniadanie, jajecznicę z cebulą, przygotowujemy dzisiaj w mroźny poranek w kuchni śnieżno-polowej, w otoczeniu bezwietrznej i słonecznej aury. Co jakiś czas dociera kolejna grupa wspinaczy, gdyż pogoda sprzyja lądowaniu samolotów na lodowcu. Spotykamy grupę Polaków, którzy po zamienieniu z nami kilku słów, wyruszają do obozu pierwszego, bez zbędnego - ich zdaniem - postoju w obozie bazowym.

Po zadokowaniu pierwszego depozytu, zwinięciu obozu, spięci linami, wyruszamy również i my około południa. Doświadczeni przebytą wczoraj trasą, bez pośpiechu, wędrujemy pośród wspaniałych widoków górskich, poprzecinanych szczelinami lodowca. Po drodze wyprzedzamy o ponad dwa kilometry grupę kilkunastu Amerykanów idących na rakietach śnieżnych. Idzie nam się bardzo dobrze. Podczas naszej wędrówki po raz pierwszy spotykamy osoby idące nam naprzeciw. Spięty liną Japończyk z Kanadyjczykiem kroczą żwawym tempem. Są szczęśliwi, bo przed kilkoma dniami zdobyli szczyt. A niebawem okaże się, że do tej pory tylko oni dotarli tak wysoko w ciągu minionego tygodnia.

Wieczorem ze śpiewem na ustach docieramy do obozu pierwszego, Tam spotykamy pośród kilkunastu namiotów również kolejną polską grupę, która po siedmiu spędzonych dniach w bazie wysuniętej na 4200 m.n.p.m., z powodu bardzo złych warunków pogodowych, powraca „na tarczy”. Rozmowa z nimi jest dla nas, co najmniej refleksyjna. Byli oni świadkami nieskutecznej górskiej akcji ratowniczej, kiedy w ubiegłym tygodniu zmarła z wychłodzenia jedna osoba podczas zejścia ze szczytu.

Pogoda ulega pogorszeniu, sypie śnieg. Późnym wieczorem słońce serwuje nam widowisko ala światło-dźwięk, wynurzając się zza kłębowiska chmur.

Dzień 7
17.05.2011 Obóz pierwszy -> obóz drugi -> obóz pierwszy


Żegnamy polskich wspinaczy. Groźne, przepastne, ziejące głębią szczeliny rozciągają się od południowych stron zboczy. Śniadanie jemy polskie. Dzisiaj będzie świeża szynka z patelni, a jest zaserwowana przez Jacka, który już od godz. 7.30 krząta się w polowej kuchni. Słońce wyszło na chwilę spomiędzy gór i zaraz schowało się za Mt Hunterem.

Wyruszamy na nartach po godzinie 10.00. Pogoda nie napawa optymizmem, cały czas wiszą nad nami złowieszcze chmury. Za kilka godzin, gdy zaczniemy podchodzić do góry, rozpęta się burza śnieżna. W obozie pośrednim, drugim, rozbijamy namiot Edi’ego, by pozostawić w nim depozyt. Oznaczamy traserem miejsce i czym prędzej wracamy do obozu pierwszego, gdzie będziemy nocować.

Wieczorem pogoda nieco się polepsza. Tu spotykamy m.in. kilkuosobowy zespół włoskich wspinaczy z osławionym Fabio Meraldi. Mają oni zamiar przejść Filar Cassin, ale jak się okaże ponad tydzień późnej, z powodu niestabilnej pogody, pomimo kilku prób, nie osiągną swojego celu. Tu spotykamy również kolejnych dwóch włoskich wpinaczy, którzy wieczorem zeszli z bazy wysuniętej. Dwa dni temu stracili członka zespołu i swojego przyjaciela, który zginął spadając kilkaset metrów w dół z Denali Pass (trawers powyżej High Camp). Dwuosobowy zespół australijski po raz trzeci atakuje drugą co do wysokości górę łańcucha gór Alaski Mt Foraker’a, próbując wytyczyć nową trasę wspinaczkową.

Już w tym obozie przekonujemy się jak wielu wyjątkowych ludzi dociera w te niebezpieczne, nieprzyjazne, lecz jakże wspaniałe ostępy górskie. Od Paolo, który przebywał w wielu górach świata, dowiadujemy się, że nie ma bardziej urokliwych gór, niż te, w których właśnie teraz, wspólnie, przebywamy. Podczas kolacji, wokół naszych namiotów, w tym nieprzyjaznym środowisku krążą ptaki o wyglądzie zięby / sikory oraz czarne podobne do szpaka / kosa. Towarzyszą nam od kilku dni wyjadając resztki z obozowej kuchni.

Długie rozmowy umilają nam wieczór, a coraz niższa temperatura, przy jasnej nocy, daje nam sygnał, że czas pójść spać. Jest godzina 23.30, powoli układamy się w śpiworach. Jesteśmy na wysokości 2475 m n.p.m.

Dzień 8
18.05.2011 Obóz pierwszy -> dwójka – Motorcycle Camp-> dwójka


Środa 18.05 wita nas krystalicznie czystym niebem, wokół aura i krajobrazy przepiękne. Jest godz. 7.30. Jacek krząta się już przygotowując śniadanie. Dzisiaj jemy po raz ostatni jajecznicę ze świeżych jaj. Pozdrawiamy się z sąsiadami: Włochami oraz Australijczykami. Włosi, którym zginął partner, schodzą w dół, zespół Meraldiego zbiera sie na wyjście aklimatyzacyjne, Australijczycy mają rest day, czyli odpoczynek. My przenosimy dzisiaj obóz do 3-ki (Motorcycle) z chwilowym postojem w dwójce, gdzie dotarliśmy wczoraj. Wyruszamy późną porą, bo dopiero ok. 12.30. Idziemy jak zwykle spięci linami tworząc dwie grupy: dwu- i trzyosobową. Mijamy po drodze trzy ekipy, w tym jedną niemiecką. W ciągu czterech godzin docieramy do obozu wczorajszej dwójki. Po rozbiciu drugiego namiotu i przepakowaniu się wyruszamy dalej. Kiedy tu wrócimy, zastaniemy obok nas rozstawiony obóz dziewięcioosobowej grupy Litwinów (Lituanica 2011) oraz trójkę Hiszpanów z rozpostartą, łopoczącą na wietrze, flagą. Podobnie jak w poprzednich obozach, nasza biało-czerwona bandera również powiewa pośród namiotów.

Ruszamy przy dosyć jeszcze ładnej pogodzie, choć zaczyna powoli sypać śnieg. Przed nami jeszcze trzy godziny marszu w górę, do obozu na wysokości 3350 m wg mojego altimetru wbudowanego w zegarek. Edi z Rysiem rozbijają namiot w pierwszym wolnym miejscu tuż przy wejściu do obozu. Na drugi nie ma już miejsca, ale tym będziemy się martwić jutro, kiedy zawitamy tu z pełnym naszym ekwipunkiem. Godzinę zajmuje nam segregowanie żywności, gdyż nie będzie miało sensu wynosić wyżej niepotrzebnych puszek, śmieci i zbędnych torebek z zupami. Posilamy się puszkami konserw mięsnych, a na deser jemy odnaleziony w żywności duży dżem truskawkowy. Do tej pory czuję jego doskonały smak i trudno by określić teraz, czy był on tak smakowity z powodu gór, wysokości i braku rarytasów, czy po prostu był tak wyborny z natury.

O 20.00 jesteśmy gotowi do drogi powrotnej, do obozu drugiego. Docieramy tam po godzinie marszu. Ścieżka powrotna jest już całkowicie zasypana, jedynie trasery wskazują nam drogę. Szybkim marszem docieramy do dwójki o godz. 21.00. Zaczynamy gotować wodę zalewając gorące kubki Knorra. Wypełnienie termosów i butelek wodą ze stopionego śniegu trwa do 23.30. Na zewnątrz jest zimno, minus 20 stopni, jasno jak u nas w dzień. Noc jest niespokojna, wietrzna, a szarpane przez wiatr namioty często wybudzają nas i tak z płytkiego snu.

Dzień 9
19.05.2011 Obóz drugi -> Motorcycle Camp (3400 m n.p.m.)


Ranek wita nas pokaźną pokrywą śnieżną na namiocie. Wstajemy przed 9.00, gdy część osób z nielicznych kilku namiotów szykuje się powoli do wyjścia. Smażona kiełbasa przygotowywana, jak stało się już to tradycją przez Jacka, wabi nas kulinarnym zapachem. Aż nie chce sie wyjść ze śpiwora, kiedy nowojorskie kiełbaski o polskim smaku Jacek serwuje nam wprost do łóżka – śpiworów. Szczególnie, że mróz jest odczuwalny wyraźnie i tu wewnątrz. Słońce przebije się przez chmury i zajrzy do naszych namiotów, topiąc zamarznięte opary, dopiero ok. 10.00. Dlatego właśnie poranki nie są przez nas lubiane. Kapiąca zewsząd woda ogrzanego promieniami słońca wnętrza jest czymś wyjątkowo nieprzyjemnym.  Wilgotne śpiwory, ubrania, i całe wnętrze wyzwala w każdym z nas chęć opuszczenia namiotu, czym prędzej. Jeżeli świeci słońce rzeczy lądują na zewnątrz, by już po dwóch kwadransach wszystko było przeschnięte. Jeżeli natomiast jest kiepska pogoda, to nic nie poradzimy. Trzeba wszystko zwinąć i do takiego wnętrza wejść zaraz po rozstawieniu namiotu w kolejnym obozie. Brrr! Już mnie przechodzą ciarki na samą myśl o takich chwilach!

Na zewnątrz śnieżyca i wiatr od samego rana. Litwini zaczynają demontować swój obóz, obok Hiszpanie ze stoickim spokojem i przysłowiowym „maniana” zbierają się bez pośpiechu. W odległości zaledwie kilku metrów od naszych namiotów mamy swoją prywatną latrynę, czyli nieosłonięte miejsce za murem śnieżnym, by po obfitym śniadaniu, po kolei jak jeden mąż, uwolnić nasze ciała od zbędnego balastu. Pojemnik, który otrzymaliśmy od Rangersów w Talkeetnie, służy nam jako wygodne siedzisko. Zawartość wypróżniania się pięciu mężczyzn w wyścielającą wnętrze pojemnika biodegradowalną folię wrzucamy podczas wędrówki do głębokiej, najczęściej bezdennej szczeliny. Sama czynność wrzucania tej zawartości jest dosyć niebezpieczna, bowiem takie szczeliny znajdują się najczęściej kilkanaście lub kilkadziesiąt metrów od szlaku czy obozu. Musimy wtedy bardzo dobrze asekurować osobę zmierzającą do szczeliny na linie, by czające się pod śniegiem liczne pęknięcia i rozpadliny nie pochłonęły śmiałka do swego wnętrza.

Dzisiaj demontujemy nasz obóz w dwójce i pomimo trudnych warunków atmosferycznych wyruszamy do trójki, gdzie wczoraj złożyliśmy już część depozytu oznaczając miejsce traserem. Śnieg pada cały czas. Edi z Rysiem wyruszają przed naszą trójką. U nas na czele prowadzi Jacek, pośrodku Krzysztof, ja asekuruję grupę zamykając naszą nieliczną karawanę. Każdy zespół toruje trasę, bo opady są tak intensywne, że po paru minutach nogi zapadają się nam po uda. Wyruszamy ok. 12.30. Przed nami czterogodzinny marsz w takich warunkach.

Przebywamy ze sobą razem we troje w jednym namiocie na niewielkiej powierzchni, spięci jesteśmy na jednej linie, gdzie każdy stawiany krok przez jednego członka zespołu, jest zależny od pozostałych. I wystarczyłoby, by ktoś z grupy nie nadążył i już mamy powód do nieporozumień. Na szczęście jesteśmy dla siebie bardzo wyrozumiali i pomocni nawzajem, a współpraca należy do wzorowych. Idziemy w spodniach i kurtkach puchowych, ubrani dodatkowo warstwowo na cebulę. Goretex’y, gogle, ciepłe przeciwwietrzne czapki, przeciwwietrzne rękawice dopełniają nasz strój. Na nogach Phantomy 8000, buty Skarpy, w których można by pójść na koniec świata. Pomimo trudnych warunków dzisiejsze przewyższenie pokonujemy w niespełna trzy godziny. Im wyżej, tym coraz trudniej. Odliczamy 50 kroków, potem 10 oddechów i tak w kółko zmniejszając ilość kroków. W zamieci przygotowujemy miejsce pośród kilkudziesięciu rozbitych już namiotów. W szamotanym na wietrze naszym Hi Mountinie - Yeti przygotowujemy posiłki, kończąc dzień po godzinie 24.00. Tym razem to Krzysztof od trzech godzin serwuje posiłki i wodę do termosów. To będzie kolejna niespokojna i trudna noc.

Dzień 10
20.05.2011 Motorcycle Camp


Cały dzisiejszy dzień spędzamy w obozie ze względu na bardzo złe warunki. Silny, porywisty wiatr, śnieżyca, brak widoczności ponad kilkanaście metrów zmuszają nas do przymusowego dnia odpoczynku. Choć tak naprawdę dzień restowy miał przypaść na jutro. Mokre, oszronione śpiwory, ubrania oraz wnętrze namiotu próbujemy podsuszać uruchomieniem jednocześnie dwóch palników. Topiony śnieg i gotowana po chwili woda na herbatę wyrzuca parę, która jeszcze bardziej pogłębia wilgotność wnętrza. Namiot, choć przystosowany dla trzech osób, jest nieco przyciasny. Przechodzimy do trójki Ediego i Rysia, gdzie przez kilka godzin opowiadamy wrażenia i doświadczenia życiowe, nie tylko górskie. Planujemy kolejne dni, a w zasadzie próbujemy nakreślić plan, który przy najlepszej pogodzie moglibyśmy zrealizować. Popołudnie spędzamy na grze w tysiąca. Na szczęście mamy talię kart. Wieczór daje nam nadzieję, że może jutro ruszymy w dalszą drogę, do bazy wysuniętej, znajdującej się na wysokości 4320 m.n.p.m. Słońce zaczyna wyglądać spoza chmur. Kilkusetmetrową śnieżno-lodową ścianę, którą będziemy musieli wkrótce pokonać, już dzisiaj atakują pierwsi narciarze skitourowi. To ci, których zatrzymała tu pogodna na kilka dni, zniecierpliwieni szukają zajęcia.

Wyrzucamy zawartość namiotu na zewnątrz, by słońce, choć przez chwilę nieco je osuszyło. Wokół wyrastają wspaniałe górskie pejzaże. Chwytamy aparaty i wykonujemy serię ujęć. Zespół kanadyjski, będący tuż obok nas, wspomina, że między poniedziałkiem a środą (23-25 maja) przyszłego tygodnia będą dobre warunki na szczycie. Dostali wiadomość od swych przyjaciół z meteo lotniczego. Zatem jutro czas w drogę. Może i my wykorzystamy warunki tej prognozy.

Dzień 11
21.05.2011 Motorcycle Camp -> Baza wysunięta (4330 m n.p.m.)


Pogoda piękna. Wstajemy nieco później, przed 9.00. Słońce zagląda nam do namiotu przed 10.00, to wtedy dopiero robi się przyjemniej. Jacek zaserwował kubek Knorra z dodatkiem ryżu. Dzisiaj demontujemy obóz, a pierwsze zespoły opuszczają go od samego rana. Na zmianę jedni idą do bazy wysuniętej w górę, inni do depozytów w dół. Ci ostatni po kilku godzinach znów tutaj powrócą. W ciągu ostatnich dwóch dni nasypało tyle śniegu, że toniemy w nim po pas. Odkopujemy namioty, robimy depozyt oznaczając go tyczką bambusową kilkanaście metrów dalej.

Tuż przed wyjściem okazuje się, że albo wiatr, albo ktoś „pożyczył” sobie jedne z naszych sanek, należące do Krzysztofa. Trudno dać wiarę, by zrobił to celowo, bowiem tu w górach ludzie starają się wzajemnie sobie pomagać. Ale gdzie są ludzie, tam i takie rzeczy się zdarzają. Krzysztof, zamiast sanek będzie ciągnął jeden z worów, mocując go do liny asekuracyjnej. Po chwili okaże się, że jego wór daje duży opór. Ciągnięcie go jest bardzo trudne, podzielimy więc część jego bagażu pomiędzy siebie. Choć maszerujemy po przetartym szlaku, to i tak idzie się nam nad wyraz ciężko. Po półtorej godzinie ubieramy raki. Narty pozostały w obozie poniżej. Pogoda zaczyna się pogarszać, a przed nami kolejne strome podejście. Sanki ciągniemy już po raz ostatni. Cieszymy się na tę myśl, że już od jutra nie będziemy ściągani przez nie w dół, że nie będziemy mieć koszmarów sennych, kiedy sanki nagle urywają się z uprzęży i suną w przepastne urwiska i szczeliny, a taka sytuacja nie jest tutaj rzadkością.

Przed nami, po wyprzedzeniu nas, znajdują się dwie dwójki narciarzy, którzy za chwilę podczas krótkiego wspólnego odpoczynku zjadą z powrotem w dół. Są to Amerykanie z Pensylwanii, którzy podobnie jak włoska grupa Meraldiego zamierzają zdobyć szczyt granią Cassin. Dzisiejszy ów trening traktują jako dobrą zaprawę aklimatyzacyjną.

Jest godzina 16.00, pogoda znowu się pogarsza. Wchodzimy w długi trawers wznoszący się coraz bardziej stromo. Wzmaga się wiatr, a śnieg niesiony z nawietrznej, pędzi wprost na nas, zalepia nam okulary, zacina w twarze. Podczas krótkiego postoju zamieniamy okulary na gogle, ale i tak to niewiele pomaga. Idziemy niejako po omacku. Narasta zmęczenie, posuwamy się wolno idąc 15 kroków, potem odpoczywając wykonujemy pięć oddechów. I tak w kółko. Schodzące grupy, które wyruszyły dzisiaj z depozytem pytamy o odległość, jaką musimy jeszcze pokonać. Jedni mówią półtorej godziny, inni trzy godziny. Od mniej więcej pięciu godzin jesteśmy w drodze. Na własnej skórze doświadczymy niebawem, że przy tych warunkach pójdziemy jeszcze od tego miejsca cztery i pół godziny.

Jesteśmy na trawersie Windy Corner (4020 m n.p.m.). Okrutne zimno, śnieżyca, zacinający w twarz śnieg, wichura. Nazwa jak najbardziej jest adekwatna do panujących w tej chwili warunków w tym miejscu. Ostrożnie kładziemy każdy kolejny krok. Staramy się być wyrozumiali dla siebie, idąc w grupie na jednej linie. Wiemy, jak ważna jest, szczególnie w tych warunkach pogodowych, koncentracja. Sanki ściągają w dół, w bok, na ścianę o nachyleniu dochodzącym miejscami do 40 stopni. Po raz kolejny wiatr wzmaga sie jeszcze bardziej. Odczuwamy to miejsce całym ciałem, wszystkimi zmysłami. Jesteśmy bardzo zmęczeni, lecz nie możemy teraz się zatrzymać. Idziemy granią Windy Corner. Na gładkim jak lustro, oblodzonym śniegu, wiatr niesie chmury pyłu w nawałnicach wzmagających się co kilkanaście sekund. Już nawet nie zwracamy uwagi skąd wieje. Wicher wieje zewsząd, zawija tumany śniegu. U podnóża kilkusetmetrowej ściany zieją grozą potężne szczeliny z mrożącymi krew w żyłach blokami lodowymi, serakami wielkości domów.

Docieramy do podnóża Windy Corner na niewielkie wypłaszczenie. Tu możemy zatrzymać się, choć na parę chwil i odetchnąć. Wcześniej zdawało nam się, że to w tym miejscu znajduje się obóz. A tu niestety niespodzianka. Do bazy mamy jeszcze półtorej godziny. Pijemy kawę, ubieramy cieplejsze puchowe kurtki. Chwila nieuwagi i moją ciepłą, puchową z wind-stoperowym poszyciem rękawicę, wiatr zabiera mi spod pachy i bawi się nią, niosąc ponad szczelinami w dal. Idziemy dalej krok po kroku. Przechodzimy przez kilkunastometrowy most śnieżny ponad głęboką szczeliną. Z duszą na ramieniu staramy się iść żwawszym tempem, bo pomimo wzajemnego asekurowania się w każdej chwili możemy polecieć w dół. Mocno wycieńczeni dostrzegamy obóz. Jest 21.30. Ryszard wychodzi nam naprzeciw. Edi szuka dogodnego miejsce i rozbija namiot. Po chwili rozbijamy drugi namiot tuż obok amerykańskiego czteroosobowego zespołu. Wpadamy do śpiworów bez posiłku. Wiatr długo jeszcze w noc ryczy nawałnicami szamocząc nasze namioty.

Dzień 12
22.05.2011 Baza wysunięta (dzień odpoczynku)


Hi guys! Wake up! I have hot water for you
. Melodyjny głos, z wyraźnym, głębokim amerykańskim akcentem daje się słyszeć dzisiejszego poranka. Wyobrażam sobie osobę, do której należy tak aksamitny głos. Długo jeszcze będę leżał w śpiworze, zanim wyjdę z namiotu. Poczekam do czasu, nim słońce oprze swoje promienie o kopułę namiotu. Nie musimy się spieszyć. Wczoraj przenieśliśmy za jednym rzutem cały nasz dobytek z Motocykli. Mamy więc zasłużony odpoczynek. W oddali sznur ludzi podchodzi do Headwall, bardzo trudnego odcinka o nachyleniu ok. 50 stopni asekurowanego poręczówkami. Spoglądamy, jak kolejne grupy wspinaczy przemierzają wzniesienie pomiędzy obozem a ścianą. Kilka osób na skitourach wyrusza w kierunku West Rib. Po kilku godzinach podziwiać będziemy widowiskowy freeride, gdzie wspinacze zjadą wprost do naszego obozu pozostawiając warkocz śladów odciśniętych na śniegu.

Po śniadaniu przeglądamy i segregujemy sprzęt, który jutro zabierzemy do Highcamp. Pogoda jest dzisiaj słoneczna, choć popołudnie i wieczór będą wietrzne. Po raz pierwszy zadzwonimy dzisiaj do Polski, korzystając z telefonu międzynarodowej grupy żołnierzy stacjonujących tutaj od ponad tygodnia. Z siedemnastoosobowej grupy atak szczytowy przypuści jedynie siedem osób. Jeżeli im się nie powiedzie, cała kompania zejdzie w dół, gdyż kończy im się zapas żywności.

Wieczorem sprawdzamy u Rangersów pogodę na jutro. Tuż przy swoim obozie, oddalonym o około 100 metrów od naszego, wystawiają codziennie tablicę z aktualną jednodniową pogodą. Wiatr dosyć silny, ale jutro ma być słonecznie. Do późnego wieczoru zajadamy się suszem owocowym, wybierając te smakołyki, które są najbardziej smaczne, czyli migdały, śliwki, nerkowce, brzoskwinie.

Dzień 13
23.05.2011 Baza wysunięta -> High Camp (5240 m n.p.m.)


Pogoda jak na zawołanie. W taki dzień moglibyśmy atakować szczyt. Poranek bardzo mroźny, czekamy, nim słońce osuszy wnętrze, by zdemontować nasz namiot. Gdzieś z boku ładuje się bateria słoneczna do Iphone’a. Tu w górach to jedyne źródło bezcennej energii, jakże niezbędnej, by wieczorem móc posłuchać muzyki płynącej z telefonu, będącego teraz jedynie Ipodem. Słońce na dobre wynurzy się tym razem zza zboczy Denali ok. 10.30. Ponad dwie godziny zajmie nam spakowanie sprzętu, żywności i przygotowanie się do wyjścia. Zanim jednak dotrzemy do obozu wysokiego, przymierzymy się do pokonania Headwall. Przy podejściu robi się nieco tłoczno. Większość wspinaczy wyruszyło dzisiaj korzystając z dobrodziejstwa aury w czasie, kiedy my krzątamy się jeszcze w obozie. Nasza taktyka okazała się słuszna, bowiem inaczej musielibyśmy czekać ponad godzinę na podejściu pod dolny odcinek poręczówek.

Samo kilkusetmetrowe przejście Headwall’a zajęło nam niespełna dwie godziny. Na grani szczytowej tego miejsca (4940 m n.p.m.) mogliśmy podziwiać piękną panoramę lodowca Kahiltna, ukazującą nam całą dotychczasową, kilkudniową trasę.  Widok rozciągający się poniżej nas jest tak niezwykły, że moglibyśmy tu pozostać na długich kilka godzin. Przed nami jednak dalsza droga prowadząca granią szczytową z kilkoma przewyższeniami. Balansując pomiędzy wulkanicznymi głazami poruszamy się bardzo ostrożnie. Kilka podejść o dużym nachyleniu pochłania resztki naszej tlącej się jeszcze energii.

Po dziewięciu godzinach marszu docieramy do Highcamp. Edi wychodzi naprzeciw, zabiera plecak Krzysztofowi na ostatnich metrach. Wieje mocny wiatr. W takich warunkach rozbijamy po chwili namiot z dużą ostrożnością, byśmy nie musieli go szukać dwa kilometry poniżej, podczas zaledwie chwili nieuwagi. Kopiemy u wejścia namiotu jamkę, by ochronić płomień gazu przed podmuchami wiatru, gotując w przedsionku namiotu. Okazuje się, że nikt z naszego zespołu nie zabrał ze sobą z bazy wysuniętej sondy. Tym razem wbijany czekan wchodzi nam w podłoże jak w masło. Nie mamy jednak siły rozmyślać, czy aby na pewno nie rozbiliśmy naszego namiotu na pęknięciu, bądź szczelinie. Jesteśmy w bazie wysokiej, tu nie powinno być tak głębokich szczelin jak w niższych partiach, powinniśmy przetrwać.

Jest bardzo późno. Wszystkie kartusze gazu są mocno zmrożone. Przez ponad godzinę tym razem ja walczę, aby rozpalić palnik. Udaje się to dopiero ok. 1.30 w nocy. Po kolei serwuję gorące kubki, które muszą być naszym dzisiejszym, a w zasadzie wczorajszym obiadem i kolacją. Nie mieliśmy już siły, aby zbudować mur przeciwwietrzny, dlatego po raz pierwszy rozbijamy się bez jego otoczenia. A tu właśnie najbardziej by się nam przydał. Po raz pierwszy również, jako że moje miejsce w namiocie jest od zachodniej strony, nie mogę rozgrzać się w ciepłym, puchowym śpiworze. Cały czas wieje bardzo silny zachodni wiatr, przeciskając się przez dobrze chronione ściany namiotu do wewnątrz. Tuż przed pobudką zasypiam na chwilę. Dla mnie była to prawie bezsenna noc, a dzisiaj wyruszamy na atak szczytowy. Będzie to najtrudniejszy dzień podczas tej wyprawy.

Dzień 14
24.05.2011 High Camp -> Pierwszy atak szczytowy


Pobudka tuż przed ósmą nie napawa nas optymizmem, wieje nadal silny wiatr, a niebo jest zachmurzone. Krzysztof rozpala Jettboil’a, topi śnieg na wodę i śniadanie. Nie mamy zbytnio ochoty na jedzenie. Wmuszamy w siebie znowu po gorącym kubku, zupce z torebki Knorra.

Pierwsze kilka grup już wyruszyło na atak szczytowy. My, jako przedostatni zespół startujemy po 10.00. Ruszamy na Denali Pass, choć widzimy pióropusze śnieżne tworzące się na jego zboczach. Najpierw łagodne, kilkusetmetrowe zejście z obozu, by już po chwili zacząć wspinać się na coraz wyższe zbocza. Po godzinie góra staje dęba. Jest bardzo trudno, śnieg, zawierucha coraz mocniejsza. Przed nami grupa japońska, za nami trójka Polaków. Po trzech godzinach marszu, gdy dochodzimy prawie do końca trawersu Denali Pass, wiatr wzmaga się tak silny, że nie widzimy nic na kilka metrów. Edi z Rysiem idą jako pierwsi, w naszej trójce prowadzi Jacek. Jesteśmy już teraz bardzo zmęczeni, a to dopiero jedna czwarta dzisiejszego podejścia.

Dochodzimy do naszych kolegów wpiętych w szablę śnieżną i czekających na nas. Pogoda bez perspektywy poprawy. Spójrzcie na wirujące chmury nad Mt Forakerem, rzuca Edi. Proponuje odwrót. Po wymianie opinii stwierdzamy jednogłośnie, że na dzisiaj wystarczy marszu, a w takich warunkach nie mamy szans na dotarcie na szczyt o rozsądnej porze. Jest godzina 14.00. Schodząc, zaczynamy asekurację szablami śnieżnymi co kilkanaście metrów. Schodzimy bardzo powoli. Gdy dotrzemy do obozu, wpadniemy do śpiworów i dopiero wieczorem przygotujemy sobie drugi w dniu dzisiejszym posiłek. Tuż po nas wycofały się wszystkie grupy. Jesteśmy zadowoleni, że pomimo ogromnego zmęczenia podjęliśmy dzisiejszy atak, który ponowimy jutro, jeżeli pogoda nie pogorszy się. Wieczorem chmury rozwiał nieco wiatr, a zachodzące słońce długo jeszcze w noc eksponuje nam całą dolinę West Butress z lodowcem Kahiltna w całej okazałości.

Spacerując po obozie dostrzegamy, że przybyło w dniu dzisiejszym kilka dodatkowych namiotów. Obok nas rozbijają się Litwini, którzy mają ambicje już jutro zaatakować szczyt. Niezwykle długie cienie kładą się na lodzie rzucając niewyraźne zarysy naszych postaci w promieniach zachodzącego słońca. Tu, na wysokości 5200 m n.p.m. słońce zachodzi dopiero o godzinie 00.30, a nawet po zachodzie, noc jest wyjątkowo jasna. Można nawet czytać książki we wnętrzu namiotu bez dodatkowego oświetlenia.

Dzień 15
25.05.2011 High Camp -> Drugi atak szczytowy -> szczyt McKinley (6194 m n.p.m.)


Po wysłuchaniu o godzinie 20.00 prognozy pogody w dniu wczorajszym, jesteśmy przygotowani na lepsze warunki. Kiedy przed godziną 8.00 wynurzamy się z namiotów, wieje silny wiatr, a na zboczach trawersu Denali Pass pióropusze śnieżne zapraszają nas do wspólnego tańca. Tu w górach wysokich pogoda, nawet ta jednodniowa, znowu zagrała na nosie tym, którzy ją prognozowali. Dzisiejszy dzień niczym nie różni się od wczorajszego, choć miał to być najlepszy dzień na atak szczytowy. Obserwujemy jak dziewięcioosobowa grupa, jak się okaże później, Serbów, jest już w połowie Denali Pass. Wyruszyli zapewne ok. 7.00. Idą mocnym, dynamicznym, dobrze zaaklimatyzowanym tempem.

Po ubogim, szybkim śniadaniu jak stało się już tradycją w wyższych partiach, każdy z członków naszego zespołu udaje się za potrzebą, w ustronne miejsce oddalone tym razem o ok. 150 m od obozu. Śnieg chrupie pod nogami. W tym camp’ie nie ma oznaczonych miejsc na czynności fizjologiczne. Po raz pierwszy straciłem ponad pół godziny, gdy ubrane przed godziną na cebulę i przygotowane na atak szczytowy ubranie przy minus 20 stopniach, najpierw należało zdjąć, potem ubrać przy szalejącym wietrze. Chociaż moje membranowe spodnie górskie miały zamek przystosowany do rozpięcia we właściwym miejscu na taką okoliczność, to w niższych partiach nigdy nie korzystałem z tej funkcjonalności. Tym razem zamek przymarzł, nie sposób go ruszyć.  Przemarznięty do szpiku kości, klnąc na czym świat stoi, wracam do namiotu. Na szczęście mamy plan wyjścia ok. 10.00, więc przede mną cała godzina na rozgrzanie się.

Wczoraj bezsenna noc, dzisiaj poranna toaleta w równie ciekawej, mroźnej i wietrznej aurze. Jakieś zrządzenie losu. O 9.30 cały nasz zespół zbiera się w naszym namiocie. Zaczęły się rozważania, czy aby dzisiejszy dzień jest na pewno najlepszym na atak szczytowy. Prognozy podają, że jutro ma być nieco lepiej. Ostatecznie decydujemy, że albo dzisiaj podejmiemy próbę, albo będą nici z wyjścia. Nie mamy zapasu dodatkowych kartuszy gazu i żywności na dłuższy pobyt w bazie wysokiej. Definitywnie podejmujemy decyzję dzisiejszego wyjścia.

Jakąś godzinę przed nami wyrusza drugi po Serbach czteroosobowy zespół amerykańskich wspinaczy. Ruszamy, jako trzecia, ostatnia w dniu dzisiejszym grupa na atak szczytowy punktualnie o 10.00, czyli wtedy, gdy w pogodny dzień wschodzi słońce na tej wysokości. Tym razem naszą trójkę spiętą liną prowadzę ja, Krzysztof w środku, Jacek domyka zespół. Współpraca przebiega bardzo sprawnie, chociaż niesiony zboczami śnieg nie jest dla nas ułatwieniem. Lotną asekurację zabezpieczamy wpinaniem liny w szable śnieżne w ten sposób, że prowadzący zakłada przeloty, środkowy przepina, a ostatni likwiduje je. Mniej więcej w połowie trawersu dwójka Ediego i Rysia idzie przed nami około 50 metrów. Przy kolejnym spotkaniu umawiamy się, że do ich dwójki dołączy Jacek. Przy takiej zmianie łatwiej będzie iść równym tempem.

Kiedy docieramy do przewyższenia na końcu Denali Pass (5550 m n.p.m.) jesteśmy mocno zmęczeni. Jednak świadomość, że mamy za sobą jedną trzecią drogi napawa nas wiarą i dodaje sił do dalszej wspinaczki. Każdy z kolejnych odcinków wymaga dużej koncentracji przy obecnych warunkach. Późnym popołudniem dochodzimy do Football Field. Zadowoleni Serbowie mijają nas schodząc szybkim krokiem w dół. Jesteśmy mocno zmęczeni. Kawa, czekolada, chwila postoju, zamiana w grupach, Jacek dołącza ponownie do naszego trójkowego zespołu i wolnym krokiem ruszamy w kierunku trawersu szczytowego. Podchodzimy pod czterdziestostopniową ścianę Pig Hill wznoszącą się na poziom Kahiltna Horn. Nim wejdziemy na ostrze grani szczytowej, miniemy się z amerykańskim zespołem, który zaledwie przed godziną osiągnął szczyt.
- Czy jesteś dziennikarzem, pada w moim kierunku słowo z ust pierwszego z uczestników, po tym, jak kilka razy grupa uniosła czekany w górę, okazując swoją radość z dzisiejszego osiągnięcia.
- Nie, ale jeżeli podacie mi w obozie swoje namiary, prześlę Wam zdjęcia z waszego zejścia.
Ok. Z wyraźną satysfakcją spotkania żegnamy się pozdrowieniem i życzeniem bezpiecznego zejścia. W odpowiedzi usłyszymy: Powodzenia! Uważajcie na siebie!

Podążamy za naszą dwójką, która oddaliła się od nas o dobre 30 minut. Ostrożnie stawiamy każdy krok. Teraz, po 11 godzinach marszu jesteśmy tak zmęczeni, że stać nas jedynie na dziesięć kroków marszu przerywanych piętnastoma oddechami. Widzimy już naszych kolegów na szczycie. Dochodzimy do nich o 21.45. Ogarnięci radością zapominamy, że są oni już tu od dobrych 30 minut. Przemarznięci zbiegają w dół tuż po wspólnym zdjęciu szczytowym. My pozostaniemy jeszcze przez 15 długich minut. By czuć, dzielić wspólnie radość zdobycia szczytu i napawać się smakiem chwili i tego miejsca. Pamiętamy jednak dobrze stare powiedzenie „szczyt należy do Ciebie dopiero wówczas, gdy bezpiecznie z niego zejdziesz”.

Powoli, asekurując się wzajemnie zaczynamy schodzić. Opuszczając w trudnych warunkach grań szczytową coraz szybszym krokiem dopadamy zmęczonych kolegów. Tuż po pierwszej w nocy dochodzimy do trawersu Denali Pass. Brak szabli śnieżnych kompensujemy asekuracją czekanami. Współpraca nasza jest bardzo sprawna. Daje się słyszeć głosy co parę chwil. Uwaga! Stop-wpinam linę, stop-przepinam, stop-wypinam. I tak w kółko przez kolejne dwie bite godziny. Zmęczenie daje znać o sobie. Kilkakrotnie słyszymy wyraźne, Stop! Jak na komendę zatrzymujemy się wszyscy. Po chwili ktoś rzuca: Dlaczego stoimy, kto krzyknął słowo stop? Bez odpowiedzi? Halucynacje? Idziemy dalej, wtedy wypowiedziane stop zatrzymuje grupę do właściwej asekuracji. Po paru chwilach znowu słyszymy słowo, które nikt z nas nie wypowiedział…

Pogoda poprawia się na tyle, że widzimy w tę jasną noc wyraźnie nasz obóz. Z oddali dostrzegamy, że wokół podnóża ściany trawersu Denali Pass, nieco poniżej bazy wysokiej, wiele osób przemierza kilkusetmetrową przestrzeń. Pierwsze moje myśli. Zapewne dotarli do obozu pozostali żołnierze stacjonujący w bazie wysuniętej, a w tej chwili mają nocne manewry. Chodzą wzdłuż widocznych lodowych szczelin bez asekuracji, bez lin. Prawda jest zgoła inna.

Nim dojdziemy do obozu, naprzeciw nas wyrusza jeden z trójki Polaków, którzy podjęli przedwczoraj bezskuteczną próbę ataku szczytowego. Częstując nas, najlepszą, jaką do tej pory piłem, herbatą malinową, opowiedział pokrótce przyczynę zgrupowania. Przed dwoma godzinami, ok. pierwszej w nocy czwórka wspinaczy poleciała w dół idąc dolnym, mniej uczęszczanym szlakiem Denali Pass. Spadli ze ściany będąc spięci we czwórkę na jednej linie. Dwie osoby, w tym amerykańska przewodniczka, zginęły na miejscu, pozostała dwójka jest reanimowana w ich namiocie. Za parę chwil, po naszym dojściu do obozu o godz. 3.30, przekażemy cały zapas cukru, by wzmocnić szanse przeżycia tych ostatnich. Obydwaj są nieprzytomni. Pierwszy śmigłowiec ląduje obok nas o godz. 4.15, kolejny pół godziny później. Najpierw ranni polecą na lodowiec Kahiltna, a stamtąd awionetką do szpitala w Anchorage. Zmęczeni okrutnie, zapadamy w sen z nikłą jeszcze świadomością, że owa czwórka to nasi sąsiedzi z bazy wysuniętej i ludzie, którym wykonałem jedno z ostatnich, o ile nie ostatnie zdjęcie na grani szczytowej.

Dzień 16
26.05.2011 High Camp ->  Baza wysunięta


W porywach wiatru, w pochmurnym otoczeniu bazy wysuniętej, wzrok nasz kieruje się na zdarzenia nocnego zajścia. Dwa wyraźne czarne punkty wskazują miejsce upadku czwórki wspinaczy. Z przerażeniem odkrywamy, że i my otarliśmy się wczoraj balansując na krawędzi. Zwijamy powoli namioty w poczuciu zdobycia szczytu, jednak o gorzkim posmaku ostatnich zdarzeń i przeświadczeniu, jak wielu niezwykłych ludzi pozostaje tu, w górach Alaski na zawsze. Późnym popołudniem opuszczamy grań ponad Headwall’em. Samą ścianę Headwall wolnym zejściem pokonujemy po 20.00. Do obozu docieramy po północy, a po rozbiciu namiotu tym razem Krzysztof serwuje gorącą herbatę. Jutro, bez względu na pogodę, nie musimy się zbytnio spieszyć. Mamy duży, dwudniowy zapas czasowy, by wylecieć z lodowca. Oby tylko sprzyjały warunki pogodowe do przelotów, bo tęsknimy już powoli za zdobyczami cywilizacji.

Dzień 17
27.05.2011 Baza wysunięta -> -> -> BaseCamp


Dzisiejsze przedpołudnie wita nas bezchmurnym niebem i rześkim górskim powietrzem. Wokół, skąpane w słońcu stoki z wyraźnymi szczytami Mt Hunter i Mt Foraker. Obok nas rozbici Kanadyjczycy. Jeden z nich zagospodarowuje zapomnianą przeze mnie kilka dni temu ładowarkę słoneczną. Długie rozmowy przybliżają ich górskie zainteresowania.

Prawie cały dzisiejszy dzień będziemy krzątać się w kuchni polowej odziedziczonej po wpinaczach, którzy opuścili to miejsce o poranku. Porządkujemy obóz, rozdajemy zbędne zapasy. Gdy Duńczycy, nasi sąsiedzi usłyszeli, że mamy na zbyciu żywność, szczególnie konserwy, wręcz domagali się ich przekazania. Z wyrazem zachwytu, z entuzjazmem w głosie jednogłośnie oznajmili: O tak, my chętnie. Polskie konserwy i wędliny są wyjątkowo smaczne. Bardzo chętnie się nimi zaopiekujemy. Pełne kartusze gazu przekazujemy Rangersom, podobnie polskie zupy Knorra. Z przyjemnością je zatrzymamy dla zmiany diety – da się słyszeć od zadowolonego naszego rozmówcy. Przy okazji otrzymujemy od nich sanki, identyczne, jakie zaginęły Krzysztofowi w bazie poniżej.

Podczas kilkugodzinnego przebywania w bazie wysuniętej rozmawiamy z wieloma wspinaczami. Przy herbacie poznajemy jednego z pionierów polskiego alpinizmu, Andrzeja Sławińskiego, który asystuje swojemu synowi Rafałowi, znanemu również z górskich dokonań i niezwykłych filmów o tematyce górskiej. Ostatnie zdjęcia opuszczanego przez nas obozu wykonujemy około 16.00. Za pół godziny rozpoczniemy długi marsz, w czasie którego będziemy wykopywać pozostawione zapasy żywności i śmieci w miejscach oznaczonych traserami. Każdy z niższych obozów jest nie do poznania.

Obfite opady śniegu, wytopione murki śnieżne, zbudowane na nowo w innych miejscach zmieniają układ obozów. Napotkaną dziewięcioosobową grupę polskich wspinaczy w Motocyklach obdarowujemy świeżymi wędlinami, które po wyjęciu z naturalnej śnieżnej lodówki, zapachniały polskimi smakami. W „trójce” kolejna grupa polskich wpinaczy rozbija się nieopodal naszego depozytu. Kiedy zobaczyli jak różnorodne mamy tam wykopalisko, od razu jeden z kilkuosobowego zespołu biegnąc, wyraźnie rzuca w naszym kierunku: „To ja pędzę po sanki, bo wy macie tu taki mały supermarket”. Dla nas sam fakt odciążenia naszego zejścia w dół, jest już dostateczną zapłatą. Dochodzimy późną nocą do dwójki.

Rumor podczas wykopywania kolejnego depozytu wywołuje głośny krzyk wychyniętej z namiotu twarzy „what the hell are you doing here. O! That`s you. Polish guys”. To nasz sąsiad z Australii, którego zbudziliśmy naszym przepakowywaniem. „Nie udało nam się zrobić nowej drogi na Mt Foraker, choć byliśmy bardzo blisko szczytu. Próbujemy jeszcze raz podjąć próbę w kolejnym nadchodzącym dniu. Żegnamy się w dobrym nastroju, a mijając jedynkę widzimy zaledwie kilka namiotów. Pośród nich, pod okapem nieba w śpiworze leży wspinacz. Mróz nieco już zelżał, więc przy tak otwartym na oścież oknie, śpi mu się na pewno nieźle.

Nie tylko my maszerujemy tej nocy. Z przeciwległego kierunku mijają nas dwie grupy amerykańskie. Nie schodzimy na nartach. Te mamy dopięte do plecaków, a żwawe tempo nadane przez Jacka utrzymuje dobry czas zejścia. Już jesteśmy na dotknięcie obozu bazowego, już mamy wykonać sobie zdjęcie grupowe pod amerykańską flagą, łopoczącą u bram bazy, gdy w jednej chwili Jacek wpada po pas do szczeliny. Udaje mu się wyjść o własnych siłach. Wykonujemy grupowe, niekoniecznie najwyższych lotów zdjęcie. Zaczyna lekko prószyć śnieg. Bez zbędnego zaangażowania rozbijamy namioty, wpełzamy do nich tuż przed piątą rano. Nastawiamy budziki w zegarkach na godzinę 8.00, bo chcąc wylecieć dzisiaj z bazy, musimy porozmawiać z Lisą, która połączy się przez radio powiadamiając Sheldonów o naszym dotarciu do bazy, na dwa dni przed umówionym terminem.

Dzień 18
28.05.2011 BaseCamp -> Talkeetna


Prognoza pogody na dzisiejszy dzień jest nieciekawa. Znajdujemy się w otulinie chmur, a jeżeli wiatr ich nie rozwieje, pozostaniemy tu dłużej. Bagaże już mamy zważone, przygotowane do transportu. Coraz mocniej zacina śnieg z deszczem. Jesteśmy zadowoleni z wyboru nocnego marszu po lodowcu, bo teraz breja śnieżna mocno by nas spowolniła i zwiększyła zagrożenie zaznajomienia się ze szczelinami. Rysiu ze sterty zgromadzonych sań zrobił sobie tymczasowe legowisko, przykrywając się nimi jak parasolem. My skuleni na otwartej przestrzeni czekamy.

Mija kilka godzin, gdy daje się słyszeć z oddali ledwo słyszalny warkot silnika Cessny. To samolot Talkeetna Air Taxi. Nasi piloci z Sheldon Air Service: Jok Bondurand i David Lee wylądują w odstępie półgodzinnym przed godziną pierwszą w południe. Zaledwie po kilku minutach, kiedy płozy samolotu oderwią się od lodowca Kahiltna, śnieżne pola poprzecinane szczelinami ustąpią amfiteatralnej scenerii gór Alaski. Przelatujemy ocierając się o urwiste ściany, muskając szczyty powiewem wiatru z wirującego, niewidocznego śmigła naszej Cessny. Nareszcie, po dwóch tygodniach pobytu w kolorycie bieli śniegu, pojawiają się najpierw ciemniejsze plamy rzeźbionego lodowcem podnóża gór, by przejść w coraz bardziej zielone tereny tundrowe ze strzelistymi, nieco karłowatymi świerkami, brzozami. Gdzieś pod nami płynie Łoś pozostawiając na tafli jeziora ślad poruszonej wody.

Po 40 minutach zbliżamy się do lotniska w Talkeetnie. Wiosna w pełni, prawdziwy polski maj rozpoczął się tu na Alasce właśnie teraz w przededniu czerwca. Gorące ciastka podane przez Holly, dopiero co wyjęte z piekarnika, jakże smakują po monotonnej górskiej diecie. Wspólne zdjęcie z zespołem pilotów i obsługą Sheldon Air Service na zawsze utrwali nasz tutejszy pobyt. W chwilę potem lokujemy się w ogrodzie na tyłach hangaru. Tutaj będziemy topnieć, suszyć śpiwory, namioty, ubrania. Tutaj też przez kilka godzin będziemy celebrować nasz szczęśliwy powrót na niziny.

Wieczór na zaproszenie Dave’a – pilota, a jak się później okaże, również męża Holly Sheldon, spędzimy w tawernie, urządzając mu - jak nam wyjawi - najlepsze urodziny, jakie kiedykolwiek celebrował. Kończąc wieczór po 24.00, Holly podsumowuje: Świat się zmienia, ale wy Polacy potraficie być niepowtarzalni. Miała na myśli zapewne swoje wspomnienie roku 1974, kiedy polska wyprawa Alaska’74 po udanym ataku szczytowym na McKinley’a, celebrowała zwycięstwo, bawiąc się przez trzy dni w domu jej ojca Dona Sheldona. Noc spędzamy w Bunkhousie zapadając w mocny, niczym niezmącony sen.

Dzień 19
29.05.2011  Talkeetna


Odmeldowujemy się u Rangersów po południu, pozostawiając naszą biało-czerwoną flagę w stanicy parku. Zmieniamy plany. Zamiast dzisiaj wyjechać samochodem do Anchorage, postanawiamy, że jutro pojedziemy na pokładzie przeszklonego pociągu Alaska Explorer. Jeszcze dzisiaj zorientujemy się, w jakich godzinach odjeżdża pociąg i w jaki sposób i kiedy powinniśmy nadać bagaże.

Odpoczywamy, serwując sobie spacer nad przełom trzech rzek z pięknym widokiem na łańcuch gór Alaski. Kolację jemy tym razem z przypadkowo spotkanym pilotem Jokiem Bondurand. Jeszcze przed paru godzinami namawiał nas, abyśmy pojechali razem z nim na kajaki. Nie mieliśmy jednak sił, choć sama propozycja była niewątpliwie kusząca. Wieczór spędzamy przy muzyce country life w Historic Fairview Inn. Tam spotkamy kolejne grupy wspinaczy, m.in. dziewięcioosobowy zespół Litwinów, którzy 26 maja weszli całym zespołem na szczyt. Zarówno z nimi, Amerykanami, jak i Niemcami do późna wymieniamy górskie przeżycia. W jasną noc wrócimy do Talkeetna Hostel, naszego nowego miejsca noclegowego, oddalonego o ok. dwa kilometry od centrum. Kilka lat temu, ślad w tym miejscu pozostawiło wielu wspaniałych wspinaczy, także polskich, m.in. Kinga Baranowska i Martyna Wojciechowska.

Dzień 20, 21
30-31.05.2011  Talkeetna -> Anchorage


Po śniadaniu obowiązkowo przechadzamy się centralną ulicą Talkeetny. Popołudniem żegnamy się z zespołem Sheldon Air Service, a Holly odwozi nas z bagażami na pociąg. Trzygodzinny przejazd, wolno sunącym po torach pociągiem Alaska Explorer, odkrywa przed nami uroki dzikiej przyrody w swej pełnej okazałości. Pośród pasażerów jesteśmy jedynymi wspinaczami podczas dzisiejszej podróży. Konduktor kilkukrotnie podchodzi, przedstawiając nas współpasażerom jako wspinaczy - zdobywców McKinley’a. Jest to dla nas wyjątkowo sympatyczne i miłe wydarzenie. W Arctic Hostel nie ma już miejsc, szukamy więc dowolnego lokum noclegowego. Udaje nam się go znaleźć dosyć szybko. Tu, w Anchorage spędzamy dwa pełne dni, zanim odlecimy do kraju. Na pożegnalną kolację udamy się w przededniu wylotu, do Simon & Seaforts, najprawdopodobniej najlepszej tawerny w mieście.

Dzień 22-24
01-03.06.2011  Anchorage -> Nowy Jork -> Monachium -> Kraków/Warszawa


Wieczorem, pierwszego czerwca, opuszczamy Alaskę. Do Nowego Jorku docieramy nazajutrz, drugiego czerwca wczesną porą. Kilka godzin spędzamy spacerując po Manhattanie. W dalszą drogę ruszamy wieczorem do Monachium, gdzie pożegpożegnamy się odlatując w kierunku Warszawy i Krakowa. Niezwykłe to uczucie wrócić do kraju z tarczą w ręku.

Robert Jurczak

Dziękujemy wszystkim, którzy wsparli nas i naszą wyprawę. Szczególne podziękowania składamy naszym bliskim za zaangażowanie, cierpliwość i oczekiwanie.

Partnerom naszej wyprawy: Górskiemu Magazynowi Sportowemu GÓRY oraz Yeti – producentowi odzieży i śpiworów puchowych.


Wyprawa „Denali White Eagle Caravan 2011” w składzie: Edward Lichota, Jacek Gowik, Ryszard Chmura, Krzysztof Pierożak, Robert Jurczak miała miejsce w okresie 11.05. – 03.06 2011. Uczestnicy zdobyli szczyt McKinley’a drogą West Buttress w dniu 25 maja o godz. 21.45.

 
 
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-10
HYDEPARK
 

Górskie wyprawy fotograficzne

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-04-03
HYDEPARK
 

Zwyciężyć znaczy przeżyć. Ćwierć wieku później

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-03-14
HYDEPARK
 

Denis Urubko – „Skazany na góry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-12-18
HYDEPARK
 

Kurtyka. Sztuka wolności

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com