
Od ponad roku biegam w trzeciej wersji modelu Salomon Ultra Glide. W zróżnicowanych warunkach i na różnych dystansach, dzięki czemu zdobyłem mnóstwo doświadczeń. A to zapewnia dobry punkt odniesienia do oceny czwartej, najnowszej odsłony Ultra Glide. Co się zmieniło, a co pozostało w sprawdzonej formie? No i jak się biega po szlakach na grubej podeszwie? O tym poniżej.

ZMIENNA NATURA TRENDÓW
Koniec pierwszej dekady XXI wieku zwieńczyło w bieganiu prawdziwie archimedesowskie olśnienie, że buty z możliwie najmniejszą warstwą amortyzacji to samo dobro. Trochę za sprawą oddolnych trendów, ale głównie dzięki fenomenalnej książce Christophera McDougalalla, „Born to Run”, biegowy światek zachłysnął się ideą minimalizmu. I od razu poszedł na całość, bez żadnych półśrodków. Jak to wpłynęło na konstrukcję butów? Właściwie... jakich butów? Przecież najlepiej biegać na bosaka, w ostateczności w sandałach wyciętych ze starej opony lub laczkach typu barefoot, wyglądających jak obuwie do kąpieli.
Trzeba jednak przyznać, że koncepcja minimalizmu jest bardzo sensowna. Jej główne przesłanie polega na tym, żeby zapewnić stopom możliwość funkcjonowania w naturalny sposób. Przede wszystkim chodzi tu o jak najmniejsze ingerowanie w rolę, jaką spełniają łuki tworzące sklepienie stopy – w tym ten największy, przyśrodkowy podłużny – a których praca zapewnia ciału odpowiednią amortyzację. Według tej idei nie trzeba sięgać po techniczne „protezy”, tylko nauczyć się, albo raczej powrócić do odpowiedniej techniki biegu, a przede wszystkim wywalić obuwie, które w tym procesie przeszkadza. Genialne, prawda?!
Jednak w życiu nie ma prostych rozwiązań, więc i w tej kwestii trudno uszczęśliwić wszystkich biegaczy za pomocą jednej recepty. To prawda, że cienka podeszwa pod stopami zapewnia „bezpośrednie przełożenie”, skutkujące zwinnością, reaktywnością i stabilnością. Problem jednak w tym, że większość z tych zalet może pozostać niewykorzystana. Z różnych powodów, ale najczęściej są to nasze możliwości fizyczne. Nawet jeśli opanujemy odpowiednią technikę biegu, to często zmienia się ona w zależności od nastromienia terenu czy rodzaju podłoża, a przede wszystkim – zmęczenia dystansem. Mówiąc inaczej, jakkolwiek byśmy się nie starali, na pewnym etapie biegu zazwyczaj przechodzimy do techniki mniej energochłonnej, czyli lądowania na pięcie. A tu już cienka podeszwa przestaje być naszym sprzymierzeńcem, bezpośrednio pogłębiając efekt zmęczenia lub, w dłuższej perspektywie, przyczyniając się do powstawania kontuzji. Oczywiście, wiele zależy od indywidualnych uwarunkowań, ale...
Pozostając w archimedesowskich klimatach można stwierdzić, że każda akcja rodzi reakcję. W tym przypadku nachalne parcie na minimalizm szybko zrodziło swojego adwersarza... Hmm, jak go nazwać – maksymalizmem? Tak czy owak dokładnie w tym samym czasie, gdy z wypiekami na licach czytaliśmy o sandałach Indian z plemienia Tarahumara, pojawiło się obuwie trailowe z bezwstydnie nadmuchaną podeszwą. Na początku była to często wyśmiewana ciekawostka. Niektórzy z biegaczy, uczestniczący w trudnych i długich zawodach, jak choćby TOR, chowali takie modele do przepaków, aby w drugiej części monstrualnego dystansu dać odpocząć zmasakrowanym stopom. Z tego okresu pamiętam jednak liczne wątpliwości, w rodzaju: „Czy takie koturny gwarantują jakąkolwiek stabilność?”, albo „Jak można biegać nie czując podłoża?”.
Z NISZY NA SALONY
Minęło kilkanaście lat od tych pierwszych wspólnych doświadczeń związanych z bujaniem się po górach na potężnej amortyzacji. W między konstrukcje te zostały ulepszone i obecnie chyba już nikogo nie dziwi gruba podeszwa butów biegowych. Co więcej, z własnych obserwacji mogę wysnuć wniosek, że stanowi ona zdecydowaną większość na nogach uczestników zarówno biegów ulicznych, jak i trailowych, zwłaszcza tych spod znaku ultra. Ponadprzeciętne grube podeszwy zaczęły nawet pojawiać się w obuwiu trekkingowym, co oznacza, że większość ludzi dostrzega korzyści płynące ze stosowania takiego rozwiązania podczas pokonywaniu długich dystansów w trudnym terenie. Wydaje się więc, że w tej kwestii nie ma odwrotu, a jedynym kierunkiem jest rozsądna ewolucja... Choć pluralizm to piękna sprawa i każdy może biegać w czym mu się żywnie podoba.
RODZINKA ULTRA GLIDE
Po moich ubiegłorocznych doświadczeniach z Ultra Glide’ami w wersji 3 – a pokonałem w nich niemal 1000 kilometrów w różnorodnym terenie i na wszelkiego rodzaju podłożach (niestety, również na asfaltach) – mogę stwierdzić, że konstrukcja ta pasuje mi idealnie. Dobra, wiem, że nie brzmi to wiarygodnie, bo zazwyczaj recenzje w mediach to pochwalne peany, w których ewentualne problemy są skrzętnie pomijane. Nie mam z tym problemu, bo UG 3 pozwoliły mi bezproblemowo pokonać na przykład górską „setkę”, mimo że dręczy mnie przewlekłe zapalenie ścięgna Achillesa. Zresztą ten problem zdrowotny udało się w miarę opanować, co zbiegło się właśnie z przejściem na buty o większej amortyzacji, jak i ze zmniejszeniem tempa... Ale to opowieść na inna okazję.
Wracając do niewątpliwych zalet tego modelu Salomona, to poza ogólnym komfortem pokonywania długich dystansów, na pewno muszę docenić trwałość dzianinowej cholewki, na której nadal nie pojawiły się przetarcia, mimo że często napieram przez krzaki i błoto. Warto też wspomnieć o większej dynamice, jaką zapewnia sprężysta podeszwa, choć w tej kwestii nie jestem najlepszym autorytetem, ze względu na wspomniane zluzowanie tempa. Co jeszcze? Oczywiście genialna podeszwa zewnętrzna, w której nie pośliznąłem się ani razu – co bywa trudne, jeśli często zbiega się na rympał po ekstremalnie stromych leśnych zboczach podczas imprez na orientację. Generalnie podeszwa, zarówno zewnętrzna jak i środkowa, to mocny atut tych butów. Ich synergiczne połączenie zapewnia świetną trakcję na suchym lub błotnistym podłożu, ale też dużą stabilność bez względu na nierówności terenu. W zasadzie ta ostatnia właściwość jest dla mnie sporym zaskoczeniem, bo niejednokrotnie już w swojej biegowej karierze podwinąłem lub skręciłem kostkę (tak, to ta z chorym Achillesem), ale w tym modelu Salomonów nigdy coś takiego się nie wydarzyło. Mimo grubej podeszwy, sytuującej stopę ponad 3 centymetry ponad gruntem... Dziwne, ale prawdziwe, z czego bardzo się cieszę.
Skoro szermuję obiektywizmem, pozostaje wspomnieć o wadach. Owszem, są takie. A właściwie jedna duża niedogodność, która związana jest z systemem, którego działanie bardzo cenię – sznurowaniem wiązania QuickLace. Cienkie linki systemu po mocnym zaciągnięciu zdecydowanie zbyt mocno uciskają na wierzch stóp, zwłaszcza podczas zbiegów. Ale w zasadzie ta część nóg zawsze była wrażliwa i sprawiała mi problem na dłuższych dystansach, więc mogę przypuszczać, że stosunkowo niewielka w tym wina systemu QuickLace.

Sprawdzona rodzinka, czyli model Ultra Glide w wersji 3 i 4
NOWE ULTRA GLIDE’Y
Przyznam, że nie dostrzegłem istotnych różnic konstrukcyjnych, pomiędzy ubiegłoroczną a najnowszą wersją Ultra Glide. Ta sama jest podeszwa środkowa, wykonana ze spienionego tworzywa EVA i olefiny, w technologii Energy Foam. Oczywiście nadal posiada ten sam kształt – Reverse Camber, grubość – około 30 milimetrów pod piętą, oraz drop (spadek pięta-palce), który wynosi 6 milimetrów.
Identyczna jest podeszwa zewnętrzna, z wzorem bieżnika All Terrain Contagrip i rozwiązaniem o nazwie Relieve Sphere. To charakterystyczne wgłębienia w powierzchni podeszwy, umiejscowione pomiędzy jej klockami, które mają zwiększać pochłanianie energii lądowania – na podobnej zasadzie, jak działają łuki stopy.
Wszystkie te rozwiązania działały świetnie w poprzedniej wersji butów, więc to, że zostały zastosowane w nowej bez większych zmian uważam za zdecydowaną zaletę. Podobnie jak brak innowacji w systemie QuickLace, w którym w zasadzie nie ma już co poprawiać. Natomiast nieco grubsza jest pianka w językach, co stanowi właśnie odpowiedź na moje zastrzeżenia dotyczące ugniatania wierzchu stopy. Czyli... Jak dla mnie super, bo jestem fanem dobrych i sprawdzonych projektów.
A jakie są zmiany? Bo przecież jakieś być muszą, co wymusza rynek, ale również wspomniana wcześniej rozsądna ewolucja. Nieco zmieniła się cholewka. Została wprawdzie technologia, w której jest wykonana, czyli nadal mamy tu jeden kawałek dzianiny – Engineered Mesh, wzmocniony wyściółką i systemem EndoFit. Bez jakichkolwiek szwów, poza tym na zapiętku. Dla mnie to kolejna dobra wiadomość, bo tego rodzaju dzianinowe cholewki są, moim zdaniem, bardziej trwałe od tych wykonanych z klasycznej siateczki. A przy tym są równie przewiewne i chyba lepiej dopasowują się do kształtu stóp. Nie wspominając o fakcie, że brak szwów ogranicza ryzyko otarć i zmniejsza wagę butów. Na dodatek technologiczna możliwość zróżnicowania splotu pozwala dowolnie umiejscowić strefy bardziej przewiewne lub bardziej gęste, bez potrzeby wprowadzania kolejnych szwów.
No i właśnie najbardziej widoczna różnica, pomiędzy nowym a ubiegłorocznym modelem, związana jest ze zróżnicowaniem stref dzianiny, jak i w samym splocie oraz rodzaju włókna. Obecnie dzianina jest bardziej szorstka, a w dotyku przypomina cordurę... Mam nadzieję, że oznacza to również taką samą trwałość, choć ta z poprzedniego modelu całkiem mnie satysfakcjonuje.
Dzianina cholewki ma inny wzór splotu, który tworzy nieco inne strefy przewiewne. Poza tym, co jest chyba największą nowością, to właśnie dzięki maksymalnemu zagęszczeniu splotu uzyskano minimalistyczne wzmocnienia wokół palców. Poprzednio było to oblanie z elastycznego tworzywa – nieco grubsze na czubku i cienkie po bokach. Początkowo brak tej wodoodpornej osłony wydał mi się optymalizacją właściwą dla obuwia na suche warunki, jednak kilka przebieżek po mokrej nawierzchni nie pozwoliło dostrzec znaczącej różnicy... Być może nieprzepuszczająca wilgoci warstwa jest pod dzianiną. Tak czy owak buty z siateczkową cholewką nie mają zabezpieczać przed dostawaniem się wody do środka, lecz maksymalnie szybko odprowadzać ją na zewnątrz i wysychać, co najskuteczniej zabezpiecza przed odparzeniami.
W nowym modelu zmieniony jest również charakterystyczny dla Salomona system EndoFit. To elastyczne taśmy opinające nogi na wysokości śródstopia, łączące język z podeszwą. Zapobiegają one przesuwaniu się stopy i gwarantują precyzyjne dopasowanie. W Ultra Glide 4 EndoFit wykonany jest z cienkiego tworzywa, z otworami w kształcie plastra miodu – co doskonale widać przez ażurową w tym miejscu cholewką. I czuć podczas biegu, bo dzięki temu rozwiązaniu nie muszę mocno zaciągać sznurowania, aby stopy były stabilne w butach.

WNIOSKI
...właściwie są krótkie – na tym etapie mojej biegowej przygody (kilka kontuzji, które nie wyleczyły mojego zamiłowania do katowania się długim dystansem) Ultra Glide to najwłaściwsze obuwie. Mówię to całkiem obiektywnie, bo kilka prób powrotu do starych schematów minimalizmu skończyło się dla mnie w sposób bolesny, albo przynajmniej małokomfortowy. A w tym modelu nadal napieram.
Testował / Piotr Gruszkowski
Zdjęcia / Piotr Drożdż