facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2012-10-18
 

Bieszczady kolorami pomalowane...

Bieszczady - góry, które pozostają oazą dzikości. W pełni tego słowa znaczeniu. Nie są trudne. Nie są tak wysokie jak Tatry i zwłaszcza jak Alpy. Nie o wysokość zresztą w tym wszystkim chodzi. Dlaczego? No, bo tak. Bo coś w nich jest.
To „coś” powoduje, że przyjeżdżasz, jesteś, wyjeżdżasz i chcesz wracać. Tak było ze mną. No i bawią oko bieszczadzkie kolory. Bukowe lasy jesienią oszałamiają orgią barw. Zapraszam do przeczytania relacji i foto-galerii z kilkudniowej wyprawy w Bieszczady.

Co wydarzyło się ciekawego w Bieszczadach jesienią Anno Domini 2012 podczas naszej skromnej, kilkudniowej wyprawy? Było tego trochę. Po pierwsze magiczny był dom, w którym mieszkaliśmy. "Przystanek Cisna" Kasi i Andrzeja. Ludzi, którzy świadomie ponad 20 lat temu wybrali Bieszczady i mieszkanie w dzikim miejscu. W otoczeniu niepowtarzalnej i dzikiej przyrody. Dom pełen fajnego ciepła, z kominkiem i trzaskającą watrą. Cały z drzewa:) a w nim? Dużo zdjęć, starych mebli, kwiatów. I wspaniała wegetariańska kuchnia, ale tak dobra, że chyba ze 2 kilo mi przybyło, trudno – wartało. Wspaniały dom, w takim domu dobrze by było spędzić jesień swojego życia... Poznaliśmy w nim wielu fajnych ludzi. Dzięki nim ten pobyt miał taki wyjątkowy smak. Nad domem lesista góra Hon i szlak czerwony na Chryszczatą. I złote, jesienne rydze. I schronisko chata pod Honem - takie turystyczne, siermiężne, ale stoi. I stary wyciąg narciarski.
 

Fot. Wojciech Szatkowski
 
Połonina Wetlińska była celem wyprawy numero uno. Czas szlakowy podaje, że powinno się tam iść 2,5 godziny z Wetliny (na szczyt Smereka), my wyszliśmy na Smerek w 50 minut. Sapaliśmy porządnie, ale szło OK. Pierwsze wrażenie było wspaniałe. Wielka przestrzeń, wiatr, czerwone buki, piękne lasy i jakże mało domostw. Pustaci. Pustki. Dzicz. Tego już brak w Tatrach. Coraz trudniej o dzicz. Ze Smereka "potuptaliśmy" przez całą połoniną aż do  schroniska "Chatka Puchatka". Znowu wspaniałe widoki, wielki błękit i morze gór. Uwielbiam morze gór, więc było OK. Ciepło, około 15 stopni i wiatr, lubię góry z wiatrem. Refreshing. Świetne było zejście do Wetliny wspaniałym bukowym lasem i piwo u Zygmunta na parkingu, i spotkałem koleżankę mojej mamy z kadry narciarskiej Polski, Stefanię Biegun, 3-krotną olimpijkę w biegach narciarskich. Wyobrażacie sobie, znałem tylko jedną osobę w Wetlinie (słownie jedną) i spotkałem ją przy szlaku, niesamowite. 
 
Drugi dzień to Rozsypaniec, Halicz i Tarnica - najwyższe w polskich Bieszczadach. Piękna połonina, trawy i widok - Jezu, boski, jeszcze większe morze gór. Widziałem kolejne pasma, i pomyślałem, że ten widok jest tak królewski, jak w Tatrach, na miarę Moich Gór, bo Tatry są moim Domem, a może nawet jeszcze rozleglejszy? Na pewno królewski. I całodniowa wyprawa i wiatr, i para młodych na Tarnicy, i pies, i spotkanie znajomego. To był najpiękniejszy dzień naszej bieszczadzkiej przygody. Od godziny 10 do 18 w Górach, czyli, tak po prostu, piękny, górski dzień. I wspaniałe naprawdę towarzystwo Basi i Wieśka. Ich dowcip, poczucie humoru i dobra kondycja powodowały, że szybko znaleźliśmy wspólny język i razem zwiedzaliśmy góry. A po drodze spotkaliśmy naszych znajomych: Magdę i Andrzeja.
 


Fot. Wojciech Szatkowski
 
Trzeci dzień był treningowy.... choć to niepoprawna nazwa. Pojechaliśmy tym razem autem do Brzegów na parking, z planem wejścia na Rawki. Tam trochę przyspieszyłem. Gocha z Wiesiem i Basią zostali nieco z tyłu, a ja z "młodymi" walczyłem na podbiegu na Małą Rawkę, czas 25 minut. I lodowaty wiatr, a ja w spodniach tylko po kolana, ale się schowałem w trawy i poczekałem na resztę. Potem przez Dział poszliśmy do Wetliny. Przez kolorowe lasy, wśród takich małych polanek, pełnych krzaków borówek. Niby tylko krzaki, ale czerwone, pomarańczowe, żółte. Kolorowy dzień przez to stał się moim/naszym dniem. I znakomity smak niesłodzonej herbaty, i zbieganie do Wetliny:) fajne to było. I za każdym razem było w Bieszczadach inaczej. I nowi znajomi, liczę, że się spotkamy za rok w Cisnej. I wesołe rozmowy z Wiesiem i Basią, i uśmiechy, i fajny powrót. Taki był ten z bieszczadzkich dni.
 
W nasz ostatni dzień  w Bieszczadach pojechaliśmy z osobami, które poznaliśmy w "Przystanku Cisna", tj. Wieśkiem i Basią z Tychów i Magdą i Andrzejem z okolic Wrocławia, do pięknej cerkwi prawosławnej we wsi Łopienka. Właściwie dużo powiedziane wsi - pozostała w tym miejscu tylko murowana cerkiew. W niej wisiała kiedyś cudowna ikona, teraz jest gdzie indziej, w kościele w Polańczyku. Wieś położona była w pięknej dolinie. To jeden z najpiękniejszych rejonów Bieszczadów, u podnóża dwóch lesistych szczytów: Łopiennika i Jamy. Wokół szerokie pola uprawne, mnóstwo buków po prawej i lewej stronie, szemrzący czysty potok, wijący się czasami mniej, a czasami bardziej leniwie po dolinie. Nad nami niewielkie wzgórze porośnięte lasem po prawej stronie, węglarze wypalający węgiel drzewny - jednym słowem, inny świat. Kiedyś, przed II wojną światową, w tej urokliwej dolinie tętniło życie, były drewniane domy. Ludzie. Pachniał chleb.
 


Fot. Wojciech Szatkowski

Miejscowa ludność zajmowała się rolnictwem. Pasterstwem krów. Uprawiała jęczmień i inne uprawy. Dolina tętniła życiem, a od 1936 r. istniała szkoła z językiem ukraińskim. Było kolorowo i pięknie. W czasie II wojny światowej wieś ominęły nieszczęścia. Ale niestety na krótko. W 1946 r. w czasie Akcji "Wisła" wysiedlono wszystkich mieszkańców Łopienki. Uszkodzono cerkiew, a drewniane domy, albo się rozleciały same, albo rozebrali je i zniszczyli mieszkańcy okolicznych wsi. Akurat jak tam byliśmy, był prawosławny odpust w cerkwi i mnóstwo ludzi. Pełno aut. Podeszliśmy aż pod Łopiennik. Tam spotkało mnie coś niezwykłego. Naprawdę wyjątkowego. Nie wiem jak to określić, ale to było silne, nigdy czegoś podobnego nie doświadczyłem.
 
Słyszałem je trochę. Głosy przeszłości. W pewnym momencie odszedłem na bok. Zamknąłem oczy i słyszałem. Dalekie odgłosy z tamtego, pamiętnego dla Łopianki i jej mieszkańców 1946 r. Rozpacz Rusinów i wywłaszczanych i wywożonych, płacz kobiet i dzieci, zabieranych z domów, i ryk bydła, które pozostało. Krzyki, jakieś strzały. Wojsko polskie, ciężarówki. Wyraźnie czułem "coś" i wyobrażałem sobie, gdzie stały domy mieszkańców Łopienki, gdzie cerkiew. To było silne, czy to jakaś choroba? I myśl najważniejsza. Straszne to, że taka piękna wieś nie istnieje. Z powodu nienawiści Polaków i Ukraińców, działalności UPA i OUN, mordowania i zabijania. Akcji „Wisła”. Wojny. Wyraźnie obrazy przebijały mi się przez głowę. Jakbym wtedy tam był, aż to było straszne trochę. A może to fakt, że jestem historykiem i znam trochę historię tej ziemi, je wywołał. Całkiem możliwe. Zatkało mnie na chwilę.
 


Fot. Wojciech Szatkowski

Odchodząc, pomodliłem się za mieszkańców tej pięknej ongiś wioski i powiedziałem nad Potokiem: - wybaczcie. Może to przeproszenie Ukraińców za nasze (Polaków) błędy, coś da? Nie wiem, ale chciałem to zrobić i zrobiłem. Myślę, że to ma sens. Nienawiść nie może być przecież drogą. Ukraińcy mordowali nas na Wołyniu. Okrutnie i w wymyślny sposób. Tysiącami. My wysiedliliśmy ich z Bieszczadów podczas akcji „Wisła”. Rachunki krzywd... Jest ich trochę. Ale przeszłością żyć się nie da. A zwłaszcza nienawiścią. Może czas, by pobratymcze narody się zbliżyły do siebie. Ale pamiętajmy – nic na siłę. Jeżeli ma być zbliżenie, musi być rozliczenie historii z obydwu stron. Tak myślę. Zachęcam też do lektury tekstu o Łopience: http://www.twojebieszczady.pl/sor/lopinka.php jest tam zresztą więcej tekstów o dziejach tej wsi.
 
Wróciliśmy z żoną do Zako. I... Jakoś nie ciągnie mnie teraz w Tatry. Hmmm, ciekawe, ale jednak nie. Mam Bieszczady w głowie, i obrazy. Łopiankę, i Sine Wiry, i połoniny Wetlińską, Caryńską i Tarnicę z jej widokami. W tych górach można się zakochać, i tak się stało. Tylko 6 dni, ale jakich:) i myślę już tylko o przyszłorocznych Bieszczadach. O nowych wyprawach tam. I nowych przyjaźniach/znajomościach. Co to znaczy? Pomysłów jest wiele. Że może warto by było tam zamieszkać? Choć na chwilę, może na miesiąc, chętnie pojechałbym tam, z Gochą, przyjaciółmi. Albo czasami sam. Chciałbym pobyć w świecie, gdzie nie ma jeszcze przesytu ludzi, życie jest trudne, ale przyroda wymarzona. Tego już nie znajduję w Tatrach. Tu widok z grani jest inny, mnóstwo domów w Kotlinie Zakopiańskiej, pełno ludzi.  Tak to odbieram, ale pozostanę w Zakopanem. Pewne jest jedno, nawet Alpy nie wywarły na mnie takiego wrażenia. Jadąc w Bieszczady nie spodziewałem się aż takiego Czegoś. A To przyszło.

W Łopiance i na Tarnicy. Dałem się Temu porwać. Nie broniłem się, że Tatry najpiękniejsze, najwyższe itd. Po prostu przyszło i nie odpuszcza. Ciekawe doświadczenie. A może żeby lepiej zrozumieć Tatry, muszę zakochać się w Bieszczadach. Może, żeby lepiej kochać jedno, trzeba poznać i drugie. Jak w życiu. I stwierdziłem, że te Góry, ci ludzie, Kasia i Andrzej to nowe odkrycie. Miejsca  - bar "Siekierezada" w Cisnej, z bardzo ciężkim rokiem, oparami wódy i piwa, mogą być naszymi/moimi miejscami na równi z Dworcem Tatrzańskim, Muzeum Tatrzańskim, Kozińcem w Zakopanem. I bieszczadzka dzicz. Tatry nie wytrzymują z nią porównania. Puste dolinki, stokowe ścieżki, gdzie ryś ściga się z jeleniem, i zagubione potoki, ich przełomy. Tam tylko wiatr hula. I czyste powietrze. I ile tego jest. Na resztę życia starczy:) W tych Górach coś jest, coś ważnego chcą mi przekazać. Jeszcze nie do końca wiem, co, ale chcą. To wymaga czasu, dlatego za rok powrócę w Bieszczady. 
 
Ryszard Szociński – wiersz rozpoczynający rozdział POSZUKIWANIA:
może mi kilka daruje Pan lat
bym
mógł ocalać swoją duszę
być może
inny będzie świat
gdy
w wieczność samotnie wyruszę
gdy
już nakarmię swoje ego
galaktyk
i harmonii pyłem
i Głos usłyszę ten
dlaczego
na ziemi
między wami byłem
to skłonię przed Nim
czoło dumne
podam
swą duszę pełną strachu
i
po raz drugi jeszcze umrę
by zostać
na wszechświata dachu
 
Tekst i zdjęcia: Wojciech Szatkowski
 Fot. Wojciech Szatkowski
 Fot. Wojciech Szatkowski
 Fot. Wojciech Szatkowski
 Fot. Wojciech Szatkowski
 Fot. Wojciech Szatkowski
 
 Fot. Wojciech Szatkowski
 Fot. Wojciech Szatkowski
 Fot. Wojciech Szatkowski
 Fot. Wojciech Szatkowski
 Fot. Wojciech Szatkowski
 
 Fot. Wojciech Szatkowski
 Fot. Wojciech Szatkowski
 Fot. Wojciech Szatkowski
 Fot. Wojciech Szatkowski
 Fot. Wojciech Szatkowski
 
 Fot. Wojciech Szatkowski
 
Goryonline
 
2018-11-07
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”. Góry, wolność i niepodległość

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-19
HYDEPARK
 

Film „No Trace Tatra” na jesiennych festiwalach

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-10-16
HYDEPARK
 

Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com