facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2012-11-25
 

Barbara Zangerl - Z bulderów na duże ściany

23-letnia Barbara Zangerl zyskała sławę jako pierwsza kobieta, która pokonała bulder o wycenie 8B (2008). Przez dobrych kilka lat nazwisko czterokrotnej zwyciężczyni Melloblocco było wymieniane tylko przy okazji doniesień związanych z małymi formami.
Nic więc dziwnego, że wielu komentatorów światowego wspinania nie posiadało się ze zdumienia, kiedy pod koniec ubiegłego sezonu wyszło na jaw, że Austriaczka poprowadziła słynną wielowyciągówkę Hotel Supramonte na Sardynii. Okazało się, że nagła, diametralna zmiana dyscypliny ma swoje drugie dno – wynika ze schorzenia kręgosłupa, które zdiagnozowano u wspinaczki. Mimo tych przeciwności losu Austriaczka nie poddała się i potrafiła znaleźć sobie nowe miejsce – w świecie wspinaczki wielowyciągowej i sportowej. Właśnie o tej transformacji opowiada w poniższym wywiadzie. 
 
W przeszłości byłaś znana głównie jako specjalistka od bulderingu, a teraz złapałaś bakcyla na drogi wielowyciągowe. Jak to się stało?
 
Od dwóch lat cierpię na zwyrodnienie krążka międzykręgowego. Zdiagnozowanie u mnie tego problemu wiązało się ze sporymi zmianami. Przede wszystkim nie wolno mi bulderować, a dotychczas koncentrowałam się głównie na tym. Niestety, ten sport wiąże się ze zbyt dużymi obciążeniami kręgosłupa, szczególnie podczas zeskoków z bulderów. Dlatego zaczęłam od łatwych wspinaczek sportowych, które były niejako formą terapii leczącej mój uraz. W ten sposób, początkowo najnormalniej w świecie czerpiąc radość z robienia czegoś nowego, odkryłam swoją nową pasję. W pobliżu mojego domu jest mnóstwo rejonów sportowych, a nawet wielowyciągówki – mam je wszystkie nieomal pod ręką. Okazało się, że nagle znalazłam nowe cele, projekty i wyzwania. Chociaż nigdy nie wyobrażałam sobie, że odejdę od bulderingu, który od zawsze był moim największym hobby. Ale dziś mogę powiedzieć, że możliwość połączenia wszystkich umiejętności i odkrycia różnych stylów wspinania jest bardzo motywująca. Teraz jestem najbardziej wkręcona w drogi wielowyciągowe – to jest prawdziwa przygoda, w sam raz na letnie miesiące. 
 


Barbara Zangerl. Fot. Radek Capek
 
Jak to jest zmienić buldering, gdzie masz pod sobą kraszpada, na wspinanie ze sporą ilością powietrza pod nogami?
 
Na początku w ogóle nie miałam wytrzymałości, już po dziesięciu metrach moje przedramiona były kompletnie zakwaszone. Ale po intensywnym treningu w miesiącach zimowych poprawiłam się w tym zakresie i byłam w stanie prowadzić trudne drogi sportowe. Tyle że wspinaczka alpejska stawiała jeszcze większe wymagania. Wysokie wyjścia nad ostatni przelot oraz napieranie na granicy możliwości fizycznych w dużej ekspozycji – to był prawdziwy test dla moich nerwów. Na początku ciężko było zachować zimną krew. Ale z czasem oswoiłam się z tą sytuacją i nauczyłam się radzić sobie ze stresem, a co za tym idzie – zaczęłam czerpać z takich wspinaczek dużo większą przyjemność. Oczywiście ciągle zdarzają się sytuacje, w których się boję – na przykład na drodze Silbergeier, kiedy robiłam odcinki, których dobrze nie znałam i nie wiedziałam, czy jestem w stanie dojść do kolejnego przelotu, a odpadnięcie groziło sporym lotem. Z drugiej strony takie chwile są dokładnie tym, co sprawia, że ten sport stanowi prawdziwe wyzwanie i jest tak bardzo interesujący. A cała otoczka tej dyscypliny – podejście pod ścianę, a później spędzenie na niej całego dnia na pracy nad trudnymi wyciągami – jest czymś zupełnie odmiennym od tego, czego miałam okazję zakosztować w bulderingu. Wymaga mnóstwo wytrzymałości w każdym sensie tego słowa.
 
Ludzie, z którymi się wspinasz, zawsze wypowiadają się w samych superlatywach o twoich możliwościach fizycznych. Jakie są twoje mocne strony?
 
Moim atutem jest to, że kiedy uwierzę, iż jestem w stanie pokonać wszystkie sekwencje danej drogi lub bulderu, to potrafię znaleźć w sobie wiele motywacji, dać z siebie wszystko i doprowadzić ów plan do szczęśliwego końca. A jeśli chodzi o kwestie techniczne, to jestem naprawdę mocna na małych krawądkach. 
 
Opowiedz coś więcej o trudnościach Hotelu Supramonte.
 
To był mój pierwszy wielowyciągowy projekt o tak dużym stopniu trudności. Kiedy zaczęłam nad nim pracować, nie wierzyłam, że jestem w stanie poprowadzić tę drogę. Wręcz przeciwnie – czułam przed nią ogromny respekt. Chciałam po prostu spróbować i zobaczyć, ile będę w stanie „urobić”. Ostatecznie byłam naprawdę zaskoczona, że udało mi się powtórzyć tę linię tak szybko. Największym wyzwaniem było poprowadzenie wielu trudnych wyciągów z rzędu. Wszystkie długości liny na Hotelu są wymagające i prawie każda oscyluje wokół dziewiątego stopnia trudności w skali UIAA, a niektóre go przekraczają. Wspinanie ma bardzo atletyczny charakter, bo skała jest przewieszona. Potrzeba więc sporo wytrzymałości siłowej. W rezultacie nie mogłam sobie pozwolić na więcej niż jedną spaloną próbę na kluczowym czwartym wyciągu, czyli jeden zjazd do stanowiska i ponowną przystawkę. Gdyby to zdarzyło się więcej niż raz, to poprowadzenie całości stałoby się jeszcze bardziej karkołomne. Hotel Supramonte nie wybacza błędów.
 
Co zafascynowało cię w tej drodze?
 
Już dwa lata temu miałam okazję odwiedzić ten niezwykły wąwóz. Wtedy nawet mi się nie śniło, że kiedykolwiek spróbuję Supramonte, nie mówiąc o jego poprowadzeniu. Wydaje mi się, że jest niewiele tak bardzo przewieszonych dróg o charakterze alpejskim. Do tego dochodzi niezwykła struktura skały. Linia ta wygląda bardzo spektakularnie od podstawy ściany, ale dostarcza także niesamowitych wrażeń podczas wspinania.
 
Jednym z projektów, nad którymi pracujesz, jest Silbergeier – droga, która od wielu lat zaliczana jest do najtrudniejszych skalnych wspinaczek w Alpach. Szwajcarce Ninie Caprez, z którą pracowałaś nad drogą, udało się ją poprowadzić. Pójdziesz w jej ślady?
 
Latem byłam niezwykle zmotywowana, aby rozprawić się z Silbergeierem wspólnie z Niną. Jej udała się ta sztuka w czerwcu – zapisała na swoje konto pierwsze klasyczne przejście kobiece tej drogi, za co należą jej się wielkie gratulacje! Ja, niestety, musiałam zrezygnować, bo znowu
odezwał się mój dysk. Rehabilitacja zajęła większą część lata, a to oznaczało przerwę w pracy nad projektem. Raz w tygodniu poddawałam się specjalnej terapii i Silbergeier musiał poczekać... Niemniej jest to dla mnie ciągle wielki cel i to, że ma już przejście kobiece, jest bez znaczenia. Droga się przez to nie zmieniła i inspiruje mnie w taki sam sposób, jak wcześniej. Wszystko wskazuje na to, że będę musiała jeszcze trochę poczekać, zanim będę mogła na niego wrócić, bo specyficzne ruchy w kluczowym miejscu okazały się szkodliwe dla mojego kręgosłupa. Muszę więc być cierpliwa i wyczekiwać, aż nadejdzie właściwy moment. W międzyczasie zajmę się innymi wspaniałymi drogami, których przecież nie brakuje. Natomiast Silbergeier, jako jeden z moich najpiękniejszych projektów, pozostanie na samym szczycie listy planów i będę wyglądać dnia, kiedy znowu stanę pod tą drogą.

 

Barbara na drugim wyciągu Hotelu, który – wbrew wycenie – okazał się 
dla niej najtrudniejszy na całej drodze. Fot. Radek Capek
 
Jak wyglądają przygotowania do takiego projektu?
 
Nie trenuję specjalnie pod drogę. Po prostu wspinam się na Silbergeierze, próbując brać coraz mniej bloków, aż wreszcie będę w stanie przejść tę drogę w ciągu. Taki proces jest intensywny. Poznałam już wszystkie wyciągi, więc teraz muszę wspinać się na tej drodze od podstawy do topu.
 
Prowadząc latem drogę o  trudnościach 8c w Vorarlbergu, udowodniłaś, że możesz wspinać się na bardzo wysokim poziomie, jeśli chodzi o cyfrę. Opowiedz proszę o tej linii.
 
Nazywa się Erntezeit, ma mniej więcej dwadzieścia pięć metrów i jest przewieszona. Ma raczej bulderowy charakter z trudnymi sekwencjami. Dziesięć lat temu wytyczył ją Rochus Mathis, a ja zrobiłam pierwsze kobiece przejście.
 
Jak długo nad nią pracowałaś?
 
To było pięć dni wspinaczkowych, podczas których wykonałam dużą liczbę prób.

Co możesz powiedzieć o kluczowym miejscu tej linii?
 
Składa się z bulderów. Szczególnie pierwsza bulderowa sekwencja dała mi w kość. Chociaż pojedyncze ruchy przychodziły mi dość łatwo, to podczas pierwszych prób nie mogłam ich połączyć w całość. Zawsze odpadałam na przechwycie do dziurki na dwa palce. Kiedy udało mi się zapatentować ten odcinek, reszta poszła już dość gładko – drugi crux poddał się bez bólu. Polega on na sięgnięciu z trzypalcowej krawądki do oblaczka. Później, tuż przed topem, kiedy było już „mniej więcej” po wszystkim, trochę mnie zgrzało, bo nie zapatentowałam tych ruchów wystarczająco dobrze i musiałam walczyć o to, żeby dość do łańcucha. Ale po pięciu dniach mogłam świętować przejście mojej pierwszej drogi o wycenie 8c.

Rozmawiała: Sonja Güldner-Hamel
Zdjęcia: Radek Capek
 
Całość wywiadu znajdziecie w GÓRach nr 214 (marzec, 2012)
Goryonline
 
2018-11-14
GÓRY
 

Zmarł Paweł Zadarnowski, ratownik TOPR

Komentarze
0
 
Bartek Pasiowiec
 
2018-10-30
GÓRY
 

David Lama zdobywa samotnie Luang Ri w Himalajach!

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com