facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2010-02-17
 

Bałkany 2009 / 2010

Od jakiegoś czasu korciło nas, by wybrać się zimą w Przeklęte góry... Co z tego wyszło i dlaczego "przeklęte"...? - zapraszam do lektury.

Od świąt aż po Wielką Orkiestrę Owsiaka – Bałkany 2009/2010.

Wszystko zaczęło się w październiku, kiedy to Jasiu zaprosił mnie do wzięcia udziału w wyprawie na Bałkany, a dokładnie do Albanii w Przeklęte Góry i jej najwyższy szczyt - Maja Jezerce 2694 m n.p.m. Długo się zastanawiałem nad tym projektem. Jadąc zostawiłbym dziewczynę samą, nie jadąc zostawiłbym bagaż nowych doświadczeń i super wrażeń. Podejmując decyzję o wyjeździe miałem nadzieję, że laska to zrozumie – w końcu wiedziała, że kocham góry. Niestety przed wigilią, gdy jej oznajmiłem, że jadę w góry, zerwaliśmy ze sobą. Cóż, takie życie.

A więc 26.12 wyruszyliśmy wieczorem dwoma autami do Czarnogóry. Przez Słowację, Węgry, Serbię i Czarnogórę jechali: Jasiu, Zizi, Jojo, Maciek, Tomek i Piotrek. Późnym wieczorem 27.12 dojechaliśmy do miasteczka Gusinje, gdzie po negocjacjach po niemiecku doszliśmy do porozumienia z szefem hotelu i spaliśmy za 10 EU od osoby. Luksusy były więc i cena nie najgorsza. Niestety prawie od początku podróży cały czas był z nami deszcz. Dziwne jak na tę porę roku, ale przecież jechaliśmy na południe. Po rozlokowaniu się i kąpieli poszliśmy do knajpki, gdzie wypiliśmy po browarku przy śpiewie pań dziwnie wyzywająco ubranych. Choć głosik miały całkiem niezły.

28.12 rankiem znowu obudził nas deszczyk. Jednak im później, tym pogoda polepszała się. Wyruszyliśmy więc po przepakowaniu się do Vusanje, gdzie na parkingu obok posterunku Policji zostawiliśmy auta i ruszyliśmy z ciężkimi plecakami do doliny 6 jezior. Mieliśmy tam spędzić co najmniej 10 dni, wśród śniegów i jezior i przepięknych dziewiczych gór Przeklętych, które zimą są raczej bardzo rzadko przez kogokolwiek odwiedzane. Pogoda coraz lepsza więc i humory dopisują. Wspinamy się więc powoli do góry (plecaki nam ciążą), do Zastanu mamy prawie lato (ja szedłem w podkoszulku). Od Zastanu, gdzie mijamy granicę czaronogórsko-albańską, zaczyna się regularna zima. Im wyżej, tym więcej śniegu. Pod koniec gubiąc szlak brniemy w śniegu zapadając się czasem po plecak w śniegu. Zmieniamy się torując drogę. Około 15.30 dochodzimy do doliny, gdzie rozbijamy namioty. Gdy zachodzi słońce, robi się bardzo zimno. Jesteśmy na wysokości 1800 m n.p.m.

Po obfitej kolacji, z nadzieją, że kolejnego dnia przy pięknej pogodzie uda nam się troszkę poeksplorować nasze góry, idziemy lulać. Niestety jak to z pogodą – (czasem się psuje), zaczęło silnie wiać, śnieg zaczął prószyć. Namiotem pomiatało na wszystkie strony. Rankiem po śniadanku zbieramy się na pierwsze wyjście w otchłań Przeklętych Gór.

Niestety pogoda nie dopisuje. We mgle ruszamy w stronę sporego żlebu, który mieliśmy nadzieję doprowadzi nas w pobliże Maja Jezerce. Niestety niewiele było widać. Gdy osiągnęliśmy ok. 2100 zaczęliśmy się zastanawiać, w którą stronę iść dalej. Gdy tylko troszkę się przejaśniało od razu szukaliśmy podobieństw do naszej wymarzonej góry, którą widzieliśmy na niejednym zdjęciu w internecie.

Gdy wydawało nam się, że znaleźliśmy to, czego szukaliśmy, zaczęliśmy się wspinać bardzo stromym zboczem pod górę, a następnie po przejściu zerwy wyszliśmy na przełęcz. Weszło nas tam tylko 4, ponieważ pokonanie zerwy wymagało umiejętności i sprzętu. Z przełęczy weszliśmy na wierzchołek, który wg wskazań GPSa miał 2499 m n.p.m. Hmm, to przecież nie ta wysokość..., no i w linii prostej byliśmy oddaleni ok. 1 km od Maji. Cóż – widać to nie ta góra i nie ten żleb. Zaczęliśmy więc schodzić. Na dziś wystarczy. Po przyjściu budujemy iglo, które miało nam dać schronienie przed wiatrem na nadchodzącego sylwestra. Trochę rzeczy mamy już mokrych.

Ale następnego dnia tj. 30.12 znowu ruszamy pod górę. Tym samym żlebem co dnia poprzedniego. I znowu mgła i deszcz na dole, a wyżej śnieg. Tym razem idziemy dużo dalej niż dnia poprzedniego. Dochodzimy do przełęczy, gdzie droga nagle się urywa. Co w dole niestety nie było nam dane zobaczyć. Idziemy więc w prawo zboczem z nadzieją, że może tam będzie właściwa droga na szczyt. No bo przecież gdzieś ona być musi. Niestety wiatr coraz mocniejszy, marna widoczność i coraz późniejsza pora skłaniają nas do powrotu do bazy. Dziś znowu się nie udało.

Na dole już leje totalnie. Wszyscy przemoczeni. Nasze iglo zapadnięte. Podejmujemy decyzję, że rano wracamy do chaty pograniczników i tam spędzimy sylwestra i Nowy Rok z nadzieją, że pogoda się jednak poprawi, i że będzie nam jednak dane zdobyć górę. 31.12 schodzimy w dół z całym dobytkiem, który potem suszymy w chacie. Ja z Jasiem idziemy całkiem w dół do samochodu i zjeżdżamy do wioski, by zrobić zakupy na sylwestra. Wieczorem się przejaśnia, ucztujemy i bawimy się, robimy nocne, piękne zdjęcia okalających nas gór. Ok. 22.30 położyliśmy się spać. Niestety w nocy znowu zerwał się silny wiatr i znowu zaczęło padać. Tak padało, że dach zaczął przeciekać. I znowu miałem mokry śpiwór. Padało bez przerwy aż do popołudnia. Ah, te Przeklęte góry – niestety nie puściły nas.

Gdy doszliśmy do aut, przebraliśmy się w suche ubrania i ruszyliśmy w stronę Albanii. Po przekroczeniu granicy z Albanią zastały nas ciemności, deszcz i olbrzymie dziury, które sprawiały, że jeździliśmy jakbyśmy byli po kilku głębszych. Dojechaliśmy do Szkodry, gdzie drogi były już dużo lepsze. Tam spaliśmy w hotelu, którego pokoje przypominały te prosto ze stolicy Indii Delhi z ta różnicą, że tu płaciliśmy w EU, a w Indiach w Rupiach. Po rozlokowaniu się poszliśmy na miasto trochę pozwiedzać.

Nazajutrz wybraliśmy się do kafejki internetowej w poszukiwaniu terenów z ładną pogodą. Jeśli takowej byśmy nie znaleźli, to rozważaliśmy wcześniejszy powrót do Polski. Całe Bałkany w deszczu wg weather.com poza… Grecją. W pobliżu Olimpu miała być super pogoda przez następne 10 dni..., czyli na odwrót niż w pozostałej części Bałkanów. Tak więc pokrzepieni tą wiadomością ruszyliśmy w stronę Grecji. Przez Macedonię i prześliczne miasteczko Ohryd nad Jeziorem Ohrydzkim, gdzie znaleźliśmy gościa, który przenocował nas w swoim mieszkaniu przeznaczonym pod wynajem. Tego dnia jeszcze zwiedziliśmy część starego miasta z Zamkiem i pięknie oświetloną cerkwią, wokół której odbywały się wykopaliska. 3.01 zwiedzamy jezioro Ohrydzkie i miasteczko położone nad jeziorem. Sporo tam starych świątyń i zameczków. Wokół piękne góry. Do południa nie padało. A potem niestety znowu to samo.

Ruszyliśmy do Grecji. Wczesnym wieczorem dojechaliśmy do Litochoro, gdzie pożywiliśmy się w fast foodzie i ruszyliśmy ostro w górę. Dojechaliśmy na wys. 1000 m n.p.m., gdzie znaleźliśmy parking. Tam rozbiliśmy namioty i przenocowaliśmy. Następnego dnia w pięknej pogodzie wyruszyliśmy w górę. Im bliżej popołudnia, tym pogoda się niestety coraz bardziej psuła. Na wys. ok. 2650 m n.p.m. znowu zaczął padać śnieg. Na szczęście w miejscu, do którego doszliśmy, stały dwa schroniska. To większe na 2700 miało otwartą sień. Tam rozlokowaliśmy się i spędziliśmy 4 noce. Jak to dobrze, że śpimy w schronisku. Chroni nas ono przed potężnymi porywami wiatru i ciągle uderzającymi o okna odłamkami lodu. Gdybyśmy spali w namiotach, prawdopodobnie byłyby całkiem pocięte i porozrywane.

5.01 w pogodzie podobnej niestety do poprzednich dni poszliśmy zwiedzać szczyty po dwóch stronach schroniska. Najpierw zdobyliśmy Eliasza ok. 2800 m n.p.m., na którego szczycie stała przytulna świątynia Proroka. Następnie szczyt Touba oraz jakiś pomniejszy szczycik ok. 2750 m n.p.m. Tego dnia ok. 14 poszliśmy powspinać się na zboczach Eliasza, gdyż pogoda jakby zaczęła się poprawiać. Nie na długo.

Kolejny dzień to dwie próby zdobycia szczytu Mitikasa – najwyższej góry pasma Olimpu. We trójkę błądzimy we mgle i mocnym wietrze nie wiedząc, w której części leży nasz szczyt. Wg wskazań GPSa byliśmy bardzo blisko – ale znowu to nie był nasz szczyt. Kijowo jest nie widząc nic wokół siebie próbować zdobyć szczyt powyżej 2900 m n.p.m. przy tak stromych zboczach i wszechobecnych przepaściach. W drugim żlebie Jasiu jest pewien, że już jesteśmy pod szczytem. Długo przekonuje mnie, bym go przyasekurował, a on zobaczy, co znajduje się wyżej. Oczywiście to nie było to, ale musiał postawić na swoim... tak bardzo pragnął wejść na górę bogów. My z Piotrkiem nieźle przemarzliśmy stojąc w miejscu i czekając aż Jasiu wróci. Zeszliśmy do schroniska znowu pokonani.

A na polu znowu mocno wiało i nic nie było widać. To już naprawdę jakaś klątwa. Ale w nocy coś cichnie... jakby wiatrowi przestało chcieć się wiać, jakby miał już dość. Wstajemy bardzo wcześnie rano i wyruszamy na kolejną próbę zdobycia szczytu. Tuż po obejściu grani Tomek i Maciek wycofują się. My we czwórkę dalej idziemy na poszukiwania właściwej drogi. Wychodzimy na przełęcz, skąd widać Skolio. Zaczyna nam coś nie pasować w tym wszystkim, ale na szczęście mamy niezłą widoczność. Na przełęczy Jasiu spogląda w stronę ostrego szczytu, na którym spostrzega flagę. Natychmiast ruszamy w jego stronę. Widzimy jakieś oznaczenia szlaku, Jojo przypomina sobie drogę, którą pokonywał latem kilka lat temu. Idziemy dalej pod górę przy dobrej widoczności. Widzimy cały czas oznaczenia, których poprzedniego dnia nie widzieliśmy. Okazuje się, że dochodzimy na tę samą przełęcz, co za drugim razem dnia poprzedniego. Idziemy za znakami. Teren zaczyna być niebezpieczny, więc rozkładamy linę i poręczujemy drogę. Wszyscy w czterech niedługo znajdujemy się na szczycie..., ale niestety nie tym znowu!!!I Na dodatek widzimy nasz cel – szczyt Mitikasa z flagą. Jest ok. 20 m od nas..., ale dzieli nas spora przepaść i nie bardzo wiemy jak ją pokonać. Zarządzamy odwrót. Szybko schodzimy i szukamy kolejnego dużego żlebu, który prawdopodobnie doprowadzi nas na właściwy szczyt.

Dochodzę do większego żlebu, czekam na resztę i decydujemy się na ostatnią próbę. Jasiu jak zwykle jest optymistą. Droga idzie bardzo ostrym żlebem. Śnieg jest stabilny, więc idzie mi się dość dobrze i szybko. Za mną podąża Piotrek, potem Jasiu i Jojo. Po ok. 45 min wspinaczki wychodzę z zakrętu. Jest dobra widoczność i oto moim oczom ukazuje się flaga Grecji i szczyt Mitikasa. Zacząłem wrzeszczeć ze szczęścia tak głośno, że wszyscy usłyszeli, że tuż przed nimi jest szczyt, który w końcu udało się zdobyć. 2917 m n.p.m., góra wszystkich 12 bogów. Po kilku zdjęciach i filmikach oraz wpisaniu się do książki wejść zaczynamy schodzić. Jojo trochę się przestraszył tak ostrego zejścia, więc dałem mu swój czekan i sam zszedłem na jednym. Schodzenie zajęło mi ok. 25 min. Wolne i mozolne schodzenie (szczególnie, gdy równowagę łapie się podpierając ręką). Okazało się, że byliśmy druga ekipą, której udało się zdobyć szczyt w 2010 roku. Po zejściu do schroniska Jojo wraz z Tomkiem i Maćkiem zeszli na dół do auta i pojechali do Polski. My spędziliśmy jeszcze jedną noc w schronisku i drugiego dnia zeszliśmy do auta i również udaliśmy się w drogę powrotną do Polski. Powrót zajął nam 20 godzin. Ok. 10 rano byliśmy w Krakowie.

Tak oto zakończyła się przygoda z Przeklętymi górami i Górą Bogów. Zdobyliśmy ją, ponieważ Góry Przeklęte nas nie dopuściły do swego szczytu.

Zizi

 cerkiew w Czarnogórze
 poczatek gór Przeklętych
 super nie...?
 chata Zastan...niedaleko granica z Albanią
 jedyne piękne widoki jakie mieliśmy w Przeklętych górach
 
 ruszamy n apodbuj Maji Jezerce
 odcinek z zerwą przed przełęczą - Zizi
 niestety to nie Maja Ale też wysoka górka 2499...no i pewnie pierwsze polskie o ile wogóle wejście na ten szczyt...
 nasze IGLO!!!długo niestety nie postało
 kolejne zdjęcie pasma Przeklętych gór
 
 kolejny zdobyty szczyt przez nas ok 2300
 w chacie spędzamy sylwestra
 ruszamy w drogę do Albanii...ostatni widok na Prokletije
 cerkiew w Szkodże
 głóna ulica Szkodru...nasza Floriańska
 
 fontanna przed naszym hotelem
 w drodze do Ohrydu
 krzyż w drodze do Ohrydu
 zamek w Ohrydzie
 cerkiew i wykopaliska
 
 Ohryd nad jeziorem-część starego miasta
 zdjęcie na molo
 oj to chyba wspomnienia starożytne
 kolejna cerkiew nad jeziorem Ohrydzkim
 widok z góry na Ohryd i okalającego go jezioro i góry
 
 jesteśmy w Grecji...to już inny kraj...
 Morze Egejskie i miasteczka Grecji...widok z 2200 w drodze na Olimp
 główne pasmo Olimpu z najwyższym szczytem Mitikasem
 na szczycie Eliasza tuż przy świątyni
 hehe...łatwizna
 
 a to wschód...dzień w którym zdobyliśmy Mitikasa
 obchodzimy grań olimpu w drodze na jego szczyt
 Piotrek na zboczach olimpu
 wkońcu pod jak się potem okazało właściwym żlebem prowadzącym na Mitikasa
 wspinaczka na szczyt
 
 chłopaki dochodzą na szczyt
 nasza czwórka na szczycie Mitikasa 2917m npm
 tron Zeusa - Stefanos
 zachódsłońca nad zdobytym przez nas Olimpem
 
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2018-06-05
HYDEPARK
 

Hajzer. Droga Słonia.

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-22
HYDEPARK
 

Nowe „Tatry”

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2018-05-21
HYDEPARK
 

Wielicki. Jeden dzień z życia

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com