Proszę czekać...
facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2017-11-10
 

Arwa Tower - uderzenie błyskawicy

Ten położony w pobliżu chińskiej granicy rejon jako pierwsi zagraniczni wspinacze odwiedzili Mick Fowler i Steve Sustard. Z posiadanych przez nich informacji wynikało, że na tym zamkniętym przez wojsko terytorium znajdują się fantastyczne szczyty. Informacje okazały się prawdziwe, wspinacze znaleźli „zaginioną dolinę”, jak ją nazwali, a wraz z nią Arwa Tower. 

Położony pomiędzy dwoma grzbietami górskimi szczyt jest prawie niewidoczny z doliny, prowadzącej w kierunku Arwa Spire i przełęczy Kalindi. Zdjęcia, które przywiózł ze sobą Mick Fowler obiegły cały świat. Najpopularniejsze z nich, pokazujące północną ścianę Arwa Tower, znalazło się na okładce American Alpine Journal z 2000 roku. To tam – będąc z wizytą u amerykańskiego kolegi, posiadacza pokaźnej wspinaczkowej biblioteki – ujrzałem po raz pierwszy północną ścianę Arwa Tower. Jej sylwetka tak mnie zafascynowała, że sfotografowałem okładkę. Jednak decyzja o zdobyciu szczytu musiała we mnie dojrzeć. Na przeszkodzie stały inne projekty, które chciałem zrealizować, ograniczał mnie również budżet. Koszty pozwolenia na wspinanie w tamtym, objętym zakazami rejonie przekraczały wtedy moje możliwości.

 

 

Droga z bazy do bazy wysuniętej. Zawsze z widokiem na majestatyczną piramidę Arwa Tower

fot. Visual Imapact/Heinz Aemmer

 

Gdy jednak władze indyjskie obniżyły ceny pozwoleń na wejście na szczyt, stało się jasne, że po moim sukcesie na Thalay Sagar w 2005 roku, nadszedł czas na kolejne wyzwanie. Czasochłonne okazało się już samo planowanie i przygotowanie wyprawy. Jednak w końcu udało nam się pozałatwiać wszystkie formalności, ustalić skład zespołu, otrzymać pozwolenie i wysłać cargo. 28 kwietnia wsiedliśmy na pokład samolotu z Zurychu do Delhi. Ze stolicy Indii (218 m n.p.m.), podróżując autobusem po wyboistych i krętych drogach, udaliśmy się do Rishikesh (356 m n.p.m.), dalej poprzez Josimath (2200 m n.p.m.) do Mana (2665 m n.p.m.), skąd w towarzystwie tragarzy ruszyliśmy pieszo w kierunku bazy na wysokości 4350 m n.p.m. Dotarliśmy tam 5 maja. I chociaż posiadaliśmy znacznie więcej informacji niż Mick Fowler, nie byliśmy pewni, czy wybór miejsca na bazę był optymalny.

 

Jednak już na początku mieliśmy inne zmartwienia...!
Naszą grupę tworzyły dwa zespoły. Kobiecy, w skład którego wchodziły Ines Papert i Anita Kolar (które chciały spróbować swoich sił na Drodze Francuskiej, prowadzącej przez zachodnią ścianę) oraz męskiego, który tworzyli ThomasSenf,Denis Burdet i ja. Naszym celem było wejście na szczyt drogą prowadzącą przez lity granit dziewiczej północnej ściany.

 

Już pierwszego wieczoru w bazie zrobiło się niespokojnie. Anita zaczęła cierpieć z powodu choroby wysokościowej. Nie pomagały lekarstwa, jej stan pogorszył się do tego stopnia, że postanowiliśmy znieść ją na niższą wysokość. Ułożyliśmy Anitę w olbrzymim haulbagu i w ten sposób, niosąc i ciągnąc ją za sobą, udało nam się przenieść ją do pustej o tej porze roku bazy wojskowej w Gastoli. Zajęło to nam sześć wyczerpujących godzin. Dzięki wsparciu podróżującego z nami zespołu fil mowców (operatora Christopha Frutigera oraz fotografa Heinza Aemmera) oraz dziewczyny Denisa Burdeta udało nam się tego dokonać, unikając – mimo braku aklimatyzacji – skutków choroby wysokościowej. Zmiana wysokości korzystnie wpłynęła na samopoczucie Anity i już następnego dnia, wraz z Ines Papert, zeszła przez Mana do Josimath, my zaś po kilku godzinach snu udaliśmy się z powrotem do naszej bazy.

 

Nie był to jednak koniec naszych zmartwień. Następnego dnia, 7 maja, wszyscy w bazie cierpieli z powodu dolegliwości żołądkowych. Denis rozchorował się tak bardzo, że musiał pozostać w bazie, podczas gdy ja z Thomasem udaliśmy się na poszukiwanie odpowiedniego miejsca na ABC. Po kilku godzinach poszukiwań odnaleźliśmy małą przełęcz, która doprowadziła nas do „zaginionej doliny”. Stąd ujrzeliśmy potężną ścianę Arwa Tower – jej widok zaparł nam dech w piersiach. U stóp północnej ściany, ponad lodowcem na wysokości 5300 metrów, znaleźliśmy odpowiednie miejsce dla naszej bazy wysuniętej. Zrezygnowaliśmy jednak z tej miejscówki, gdy w trakcie transportu naszych rzeczy do bazy wysuniętej, odkryliśmy dogodne miejsce na płaskiej jak stół powierzchni lodowca. Kiedy po raz ostatni, korzystając z nart i sań, wnosiliśmy tam nasz szpej, na kalendarzu widniała data 18 maja. Było to wyjątkowo wyczerpujące zajęcie, zwłaszcza że nie mieliśmy do dyspozycji żadnego tragarza.

 

Przez długi czas wnikliwie studiowaliśmy ścianę, dyskutując o możliwościach wspinaczki i stylu. Wreszcie wybraliśmy najbardziej logiczną i bezpieczną linię. Zdecydowaliśmy, że nasza droga w dolnej części będzie biegła charakterystycznym wyłomem, który jak błyskawica przecina lity pancerz góry, jaki tworzy północna ściana (stąd późniejsza nazwa drogi Lightning Strike). Wyłom dawał nam dobrą ochronę przed niebezpieczeństwem spadającego lodu. Ponadto liczyliśmy, że znajdziemy w nim liczne rysy, które ułatwią wspinaczkę.

 

 

Droga do bazy wysuniętej. Dobrym pomysłem było zabranie ze sobą nart.

Nie miało to znaczenia przy podejściu, ale podczas zejścia ogromne!

fot. Visual Impact/Thomas Senf


 

Już na drugim wyciągu byliśmy zajęci czyszczeniem rys z zalegającego w nich, a naniesionego przez wiatr śniegu. Była to wyjątkowo czasochłonna praca, spowalniająca tempo naszej wspinaczki. Kolejnym problemem było to, że rysy rozszerzały się do tego stopnia, że nie wystarczał nawet największy camalot. Już na trzecim wyciągu musieliśmy opuścić wyłom. Dalej droga prowadziła przez gładką ścianę, oferującą wspinanie płytowe. Na szczęście wzięliśmy ze sobą na wszelki wypadek buty wspinaczkowe i wiertarkę. Szybko przekonaliśmy się jednak o tym, że rzeźba, która już na zdjęciach Micka Fowlera wyglądała skąpo, przekreśla nasze szanse na klasyczne pokonywanie wyciągów. Wszystkie możliwe chwyty były pokryte śniegiem i warstwą lodu, co powodowało, że mogliśmy ten odcinek pokonać jedynie stosując wymagającą i techniczną hakówkę. Czuliśmy się jak mrówki, które próbują wejść na słonia, jak ślimaki na zboczach góry. Byliśmy świadomi wyzwania, jakie stanowi północna ściana Arwa Tower, ale nawet w najgorszych snach nie przypuszczaliśmy, że już na pierwszych wyciągach wspinaczki będziemy musieli tak walczyć o każdy metr. W pierwszym dniu pokonaliśmy zaledwie 2 wyciągi (ok. 60-80 metrów)!

 

...jakby na to nie spojrzeć, nasz dorobek był mizerny, jak na 1000-metrową ścianę!
W sanskrycie Arwa znaczy koń. I to taki, którego trudno oswoić. Nazwa była adekwatna. Drugiego dnia w ścianie zaczął padać śnieg, na początku lekko, tylko chwilami, potem rozpętała się prawdziwa zamieć. Czwartego dnia mieliśmy problem z rozstawieniem naszego portaledge’a. W nocy co chwilę ścianą Arwa schodziły lawiny, a my walczyliśmy ze śniegiem zalegającym na naszym namiocie. Było go tyle, że obawialiśmy się o wytrzymałość szwów patladge’a i stabilność stanowiska, zbyt miernego jak na takie warunki pogodowe.

 

Poranek nie zapowiadał zmian, ściana nadal była pokryta śniegiem i zdradliwą warstwą lodu. Nieprzerwanie padało i uświadomiliśmy sobie, że nie zrealizujemy naszego planu, zakładającego przejście ściany w cztery dni. Liny które mieliśmy, akurat wystarczały, aby wycofać się z naszego stanowiska bezpiecznie do podstawy ściany.

 

Baza wysunięta. Stephan Sigrist (z lewej) i Denis Burdet porządkują szpej

przed wyruszeniem w dalszą drogę

fot. Visual Imapact/Heinz Aemmer

 

Jak się miało okazać dwa dni później, wycofując się ze ściany i decydując się na powrót do bazy, mieliśmy ogromne szczęście. Opady w tym czasie natężyły się do tego stopnia, że namiot kuchenny i trzy inne namioty nie wytrzymały i załamały się pod ciężarem śniegu. Wyobraziliśmy sobie jak teraz musi być w ścianie…! W kalendarzu odhaczyliśmy już 24 maja.

 

Dopiero 26 nastąpiła poprawa pogody i dwa dni później mogliśmy wrócić do naszej bazy wysuniętej. Chcieliśmy tam spędzić noc i z samego rana wbić się w ścianę. W związku z dużą ilością zalegającego śniegu wspinaczka była, obiektywnie patrząc, jeszcze bardziej niebezpieczna. Następny dzień miał zadecydować o wyborze taktyki. Wieczorem jednak Thomas dostał nagłego ataku gorączki i nie mieliśmy innego wyjścia jak tylko ponownie zejść do bazy.

1 | 2 |
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2017-11-20
Tylko w GÓRACH
 

Nowe GÓRY już jutro, a w nich Lhotse zimą Krzysztofa Wielickiego!

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-11-15
Tylko w GÓRACH
 

Kinga Baranowska - Lekcja pokory na Nanga Parbat

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-11-12
Tylko w GÓRACH
 

W zimowym numerze GÓR: mroźna północ Finlandii

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-11-09
Tylko w GÓRACH
 

W zimowym numerze GÓR: skiturowy trawers Tatr Wysokich

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-10-31
Tylko w GÓRACH
 

Meksyk - Zjazd z Gwiaździstej Góry

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com