facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2009-12-28
 

Adam Pustelnik - sezon 2009

Rok 2009 powitałem bez „parcia na cyfrę”, za to w gronie bliskich przyjaciół. Całe szczęście to pierwsze zmieniło się dość szybko, a drugie ani trochę.
Tekst: Adam Pustelnik
Zdjęcia: Andrew Burr, Tony Cappucino


Rok 2008 zafundował mi bliskie spotkanie z rzeczywistością. Na przełomie grudnia i stycznia udało mi się wyjechać do Finale. Morze, plaża, wicher... naprawdę ekstra. Ta niepowtarzalna atmosfera sprawiła, że wiatr niemalże wywiał mi z głowy jakąkolwiek chęć do wspinania. 2009 powitałem bez „parcia na cyfrę”, za to w gronie bliskich przyjaciół. Całe szczęście to pierwsze zmieniło się dość szybko, a drugie ani trochę.

Projekt „300% Normy” powstał w styczniu, kiedy to leżałem sobie ciepło opatulony kołderką, łykając co jakiś czas aspirynę. Anka, która bez dobrej organizacji żyć nie potrafi, wyciągnęła ze mnie, co to ja niby chciałbym robić w bieżącym roku. Przeprowadziła wywiad, zmotywowała... Usiedliśmy, powstał plan… Na papierze wszystko wygląda o wiele prościej niż w rzeczywistości. Łatwo mówi się o tym, jakie są cele i jak będzie się je realizować. Trudności pojawiają się zawsze wtedy, kiedy trzeba zacząć wcielać plany w życie. Te jednak się weryfikują. Nie wszystko zawsze się udaje, a czasem priorytety zmieniają się lub trzeba je zmienić :). W tym roku wspinanie poprowadziło mnie w różne miejsca. To był naprawdę dobry rok z dużą ilością emocji, a co najlepsze – jeszcze się nie skończył.

Skoro dano mi taką możliwość, to chciałbym podzielić się refleksjami nad tym, jak rodzi się motywacja do realizowania swoich marzeń oraz jak zawiłe potrafią być ścieżki prowadzące do szczęścia.

Action Directe

Mimo wielu powtórzeń Action Directe pozostaje symbolem wspinaczki ekstremalnej (choć bardzo nie lubię tego słowa), a Waldkopf jest jak pomnik wspinania sportowego. Ludzie przyjeżdżają tam chociażby po to, żeby zrobić sobie zdjęcie pod drogą.

Dla mnie Wolfgang Güllich jest największym autorytetem. Kiedy poznawałem wspinanie, wiedziałem, że chciałbym robić takie rzeczy jak on. Później, gdy w ciemnych frankońskich lasach szkoliłem się we wspinaczce sportowej, bardzo lubiłem podążać jego ścieżkami, poznawać historię tych skał przez pryzmat jego dokonań. Próbować drogi, które on poprowadził i wyobrażać sobie, jak musiało to wyglądać wiele lat temu. Naturalnie marzyłem też o zrobieniu Action Directe. Fascynowała mnie wizja skoków do dziurek na jeden palec oraz pokonania przewieszonej skały z użyciem właśnie tylko pojedynczych palców. Przez kilka lat wspinania na Frankenjurze i solidnego treningu na campusie chyba trochę podświadomie kierowałem się w tę stronę. Patrząc z perspektywy czasu, wszystko wskazywało na to, że powinienem był ją spróbować dawno temu, kiedy byłem w szczycie formy i właśnie na Frankenjurze pokonywałem rekordowo trudne dla siebie drogi. Nie podjąłem tego wyzwania z kilku powodów. Na pewno bałem się zarówno konfrontacji z mitem, jak i tego, że nie będę w stanie wykonać poszczególnych ruchów. Nie potrafiłem podejść do tej drogi na luzie. Funkcjonowała ona dla mnie jako abstrakt, symbol czegoś niemożliwego i tak to traktowałem. Nie umiałem popatrzeć na nią jak na kolejną skalną drogę, taką, która z chwytami, stopniami, i na której można poruszać się do góry. W 2001 roku, przystawiłem się do niej raz, ale brakło mi wiary i w połowie wysokości zjechałem. Powiedziałem sobie, że spróbuję ją dopiero wtedy, kiedy będę miał na tyle dużo siły, aby pokonać ją szybko. Wiedziałem jednocześnie, że to może nigdy nie nastąpić. I tak skonstruowałem w sobie minipotwora wspinaczkowego pod postacią tej właśnie drogi. Było to również pewne rozwiązanie tematu, bo dało mi spokój wewnętrzny i uśpiło moje sumienie. Jednak do czasu…

Kiedy w zeszłym roku dowiedziałem się o zaawansowanych próbach Konrada na Action, coś lekko zakłuło w sercu i problem niezrealizowanego marzenia powrócił. Ocknąłem się dopiero w sytuacji, w której ktoś inny udowodnił mi, że wszystko jest możliwe i nie ma dróg „zbyt trudnych”. W tym czasie jednak działo się zbyt wiele, żebym mógł rzucić wszystko i pojechać pod. Poza tym wspinałem się bardzo mało, a trenowałem jeszcze mniej. Zdecydowanie byłem bez formy, co na zmianę frustrowało mnie, jak i koiło sumienie, bo nie musiałem nic robić. Dopiero w październiku, na wspólnym wyjeździe z Konradem, bez żadnych oczekiwań stanąłem pod Action. Przystawiłem się na zupełnym luzie i od pierwszej próby zrobiłem wszystkie ruchy. Przy kolejnej byłem w stanie wykonać je w sekwencjach. Inaczej mówiąc, zaprzyjaźniłem się z drogą bardzo szybko. Motywowało mnie to, że mogłem dzielić się spostrzeżeniami z Konradem, który tak jak ja „wypacał” z siebie wszystko na Action. Motywacji starczyło mi do pierwszej kasacji fuckera… Nie rozgrzałem się wystarczająco dobrze i na pierwszym ruchu zrobiłem sobie „kuku”. Sezon się kończył i nie było zbyt wielu perspektyw na dalsze wspinanie, więc zamiast odpuścić sobie, doprawiłem palec kolejnymi próbami. Trwało to do momentu, w którym każda kolejna przystawka gwarantowała mi tzw. „zesranie się z bólu”.


Action Directe 9a, Frankenjura. Fot. Tony Cappucino

W tym roku pierwsza wizyta na Franken miała miejsce w maju. Męski wyjazd to jest to – krew, pot i niestety łzy… Najpierw Konrad skontuzjował się na pierwszym ruchu, a następnie ja na piątym. Pod Waldkopfem mogliśmy otworzyć mały szpital polowy. Nawet spray chłodzący nam się skończył, co nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się w skałach. Później jeszcze na jeden dzień w drodze powrotnej ze Szwajcarii wstąpiłem na Frankenjurę, ale bez rewelacji. Każdej próbie towarzyszyło uczucie, że cel jest blisko, że może się uda. Na ostatnim wyjeździe w sierpniu moje próby na Action zaczęły przypominać Modę na sukces, kiedy publiczność niemalże błaga: „Ridge, zrób to”. Stało się to tak nudne, że nawet Anka nie wytrzymała i pierwszy raz od trzech lat zdecydowała się wspinać z liną. Niestety, smutna prawda wygląda tak, że ciągle czasu jest za mało. Zawsze brakuje dwóch, trzech dni. Do tego wyjazdy na Franken były tak rozrzucone w czasie, że często miałem wrażenie, iż muszę patentować od początku. I tu przyznaję, że odwykłem dość mocno od wiszenia na jednej drodze i patentowania do bólu. Wiem już, dlaczego przestałem być tylko i wyłącznie wspinaczem sportowym. Po prostu nudzi mi się. Action to taka moja niedokończona sprawa z przeszłości. Nie ścigam się, nie mam parcia na cyfrę ;), nic innego tylko niewyrównane rachunki. Dlatego pewnie nie przystawiam się na siłę do innych 9a, czy 8c+: to już nie moje podwórko, tylko te 16 ruchów i jadę dalej.

Silbergeier

Moje tegoroczne wyjazdy koncentrowały się mocno wokół ludzi i na ludziach. Cele wspinaczkowe były jakby tłem, okazją do spotkania i wspólnego działania. Tak było np. z Silbergeierem. Całą moją przygodę z tą drogą najłatwiej mi określić po prostu jednym słowem…WOW!

Wyjazd do Rätikonu z Nico, to pomysł sprzed kilku lat i przez cały ten czas raczej traktowałem go jako plan na przyszłość, na bliżej nieokreślone „kiedyś”. Szansa, że to „kiedyś” w ogóle nadejdzie była coraz mniejsza. Trochę brakowało mi wiary w siebie, we własne siły, generalnie w możliwości zorganizowania takiego wyjazdu, który do tego miałby się zakończyć sukcesem. Ale skoro i tak już poniosła mnie ułańska fantazja z Action, to czemu by nie Silbergeier? Nico nie trzeba było długo namawiać, raczej ja sam musiałem wziąć się w garść, żeby nie zwiać, gdzie pieprz rośnie przed tą drogą. Ale klamka zapadła.

Jesteśmy na miejscu. Rätikon jest miejscem niezwykłym... odludnym i wyjątkowo urokliwym. Przez pierwsze cztery dni naszego pobytu nie spotkaliśmy nikogo. Spokój, jaki tam panował, był porażający. Do tego ściany, które otaczają camp, mają niesamowitą siłę przyciągania. Chce się na nich wspinać!

Myślę, że wiele osób ma kompleksy... ot i odkrycie. Trochę bałem się konfrontacji. Niby trenowałem systematycznie od początku roku. Jak tylko były możliwości, wyjeżdżałem na Franken, do Labaka, gdy czasu było mało to w polskie skały. Z jednej strony byłem rozwspinany, ale z drugiej był Nico, który do Rätikonu wyskoczył pomiędzy poważnymi wyjazdami wspinaczkowymi. Na całe szczęście trzęsienie portami i freudowskie przemyślenia zamieniły się w działanie.

Silbergeier prowadzi przez środek ściany Kirchlispitze. Skała tam jest idealnie lita, przez większość czasu pionowa lub co najwyżej delikatnie przewieszona. Wspinanie po niej jest niezwykle wymagające technicznie. Kluczy się między rzadko rozrzuconymi małymi stopniami i ostrymi krawądkami, które jak na złość nigdy nie działają na nachwyt. Wspinanie wymaga dużej precyzji ruchu, dobrego poczucia równowagi, silnych palców, a także dużej ilości skóry. Droga nie jest zbyt długa, za to trudności są skumulowane. Zaczynają się wraz z pierwszymi ruchami, a odpocząć można dopiero przy ostatnim przelocie. Warto być bezbłędnym, inaczej szanse na drodze szybko maleją.


Silbergeier 8b+, Rätikon. Fot. Tony Cappucino


Pomimo tego że Nico o wiele szybciej i sprawniej rozprawiał się z poszczególnymi wyciągami, nie traciłem woli walki. Zmotywowało mnie to jak cholera! Wiedziałem, że się da. Zabrakło mi trochę czasu i warunków pogodowych. Zachęcony postępami, ale zniechęcony tym, że wracam z pustymi rękami, zrzędziłem Ance przez telefon, że do dupy, że szkoda, że bez sensu... Wracając, nie zdążyłem przekroczyć granicy Polski, a już wiedziałem, że zorganizowana jest grupa, termin kolejnego wyjazdu i transport! A więc Imperium Kontratakuje! I to w doborowym towarzystwie :). W zespole z Piotrkiem Żuchowskim rozwspinaliśmy się nie bez przygód na kilku innych drogach. Nie ukrywam, że pogoda naprawdę dopisała, a i pewnie dużo dało mi to, że te dwa wyjazdy nastąpiły dość szybko po sobie, więc nie było takiej sytuacji, w której musiałbym ponownie zapoznawać się z drogą. Byłbym naprawdę fajtłapą, gdybym nie dał rady przy tak sprzyjających okolicznościach. Całe szczęście udało się, fajtłapą nie jestem i Anka pewnie pokaże się ze mną na ulicy bez żadnej żenady. Można wracać, tym razem z tarczą, nie na tarczy!

Co ma piernik do wiatraka?

Bo gdzie skały, góry, 9a i tym podobne, a gdzie układanie dróg na zawodach. Akurat tak się złożyło, że mają one dla mnie wspólny mianownik. Od kilku lat starałem się dostać na zawody rangi międzynarodowej w roli układacza dróg i nic dziwnego, że gdy w tym roku dostałem dwie propozycje takiej pracy, poczułem się naprawdę szczęśliwy.

Jaka jest właściwie rola układacza dróg, oprócz tego, że musi on dobrze kręcić kluczem imbusowym? Jak dla mnie jest ona decydująca dla powodzenia zawodów. Nie jest łatwo zorganizować zawody tak, aby były widowiskowe. Wpływ na to ma wiele czynników, a praca konstruktora jest jednym z nich. Udane zawody to coś więcej niż wyłonienie zwycięzców. To można zrobić nawet bez ścianki. Słyszałem o takich zwodach, w których superfinał został rozegrany na drążku. Tylko że nie na tym polega wspinanie. Jeżeli zawody mają jakoś opisywać rzeczywistość, to drogi na nich muszą być przemyślane, dopracowane tak, aby zwyciężał nie najsilniejszy, ale najlepszy wspinacz. Wytrzymałość i siła są, a raczej powinny być, tylko jednym elementem niezbędnym do tego, żeby wygrać. Ważne są również inne aspekty, takie jak technika, taktyka, umiejętność improwizacji, czytania drogi, opanowanie, koncentracja. W zasadzie wszystko to może zależeć od osoby układającej daną drogę lub bulder. Wyzwaniem samym w sobie jest takie ułożenie chwytów, żeby trzeba było się po nich wspinać, a nie tylko podciągać do góry.

Dlaczego układam drogi na zawodach, skoro skończyłem w nich startować dawno temu, i co więcej nigdy jakoś specjalnie za tym nie przepadałem? Dla pieniędzy? Jest to pewna praca i oczywiście należy się za nią odpowiednie wynagrodzenie. Ale chyba nie byłbym w stanie pracować w pełnym wymiarze godzin jako układacz linii na sztucznej ścianie. Pewnie dlatego, że ważniejsza jest satysfakcja, jaka przychodzi po udanych zawodach. Lubię się wspinać po ładnych drogach. Czuję się szczęśliwy, kiedy widzę, że droga, którą sam układałem przynosi podobne emocje innym. A kiedy zawody zamieniają się w widowisko, czuję się silny jak w skałach.

Poza tym zawody to ciągle rozwijająca się dyscyplina wspinaczkowa. Jest to jeszcze jeden
mały świat wspinaczkowy, z którym nie chciałbym stracić kontaktu. Dużo się tu dzieje, a w Polsce często nie mamy nawet świadomości tego, jak wyglądają profesjonalne zawody. Stąd też udział w takich imprezach, jak te w Valence i Puurs, jest dla mnie równie dużym sukcesem, jak przejście trudnej drogi.

Indian Creek
Wyjazdu do Indian Creek w ogóle nie planowałem. Nie to, żebym nie chciał tam pojechać, ale po prostu plany na ten rok były inne. Niestety, jak to często bywa, los płata nam figle i wyprawa do Patagonii stanęła pod znakiem zapytania...

Dokończenie artykułu w GÓRACH, nr 11 (186) listopad 2009

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Bartek Pasiowiec
 
Bartek Pasiowiec
 
Bartek Pasiowiec
 
2018-07-12
GÓRY
 

Sukces azjatyckiego zespołu na Nandze Parbat!

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2018 Goryonline.com