Proszę czekać...
facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2014-02-03
 

Aconcagua - kolos z Ameryki

Przebywamy w miejscu, gdzie dziesiątki wspinaczy ze wszystkich zakątków świata, przez kilkanaście dni pozostaną pod okapem rozgwieżdżonego, czarnego jak smoła andyjskiego nieba. Razem z pracownikami obozu, strażnikami, tragarzami, poganiaczami mułów, przewodnikami i kucharzami wydeptywać będziemy obozowe ścieżki i dzielić pomiędzy siebie wodę, wypływającą z piargów topniejącego lodowca.

Tekst: Robert Jurczak
Zdjęcia: Maciej Berbeka, Emilia Haraszczuk, Ryszard Siwecki, Maciej Orzażewski, Ryszard Chmura, Krzysztof Pierożak, Jacek Gowik-gościnnie, Robert Jurczak

 

Aconcagua, Andy 2009.
Oficjalne logo wyprawy w składzie: Maciej Berbeka, Emilia Haraszczuk, Ryszard Siwecki, Maciej Orzażewski, Ryszard Chmura, Krzysztof Pierożak, Robert Jurczak

 



Kiedy po raz pierwszy ujrzałem tamte zdjęcia, nie sądziłem, że za kilka lat osobiście przeżyję podobną przygodę.
Było wczesne przedpołudnie, gdy po całonocnej pracy przy kongresie kardiologicznym w Gdyni, usiedliśmy do śniadania. A może spóźnionej kolacji o poranku. Teraz, z perspektywy czasu wiem jedno. Gdy Jacek Gowik otworzył laptopa i zaczął opowiadać o wyprawie, byłem nieco zaskoczony. Moje wspomnienia z gór związane były z krajobrazami Tatr, Sudetów, Pienin, Beskidów i Bieszczad. Z ich bujną zielenią, kosodrzewiną, turniami i połoninami. Obrazy Jacka przedstawiały pejzaż obozowego życia i górę kamieni, skadrowanych ręką wytrawnego fotografa.
- Jak można fascynować się otoczeniem skał - pomyślałem
- A na dodatek tak entuzjastycznie i żywiołowo o nich opowiadać
Z zaciekawioną miną przytaknąłem raz i drugi, by nie zrobić przykrości mojemu rozmówcy, choć wewnętrznie odbierałem jego opowieść i foto-relację z wątpliwym jednak zainteresowaniem.
Wtedy właśnie, po skończonym śniadaniu, a może późnej kolacji, wtedy gdy jakiś czas później wylegiwałem się na dzikiej plaży wsłuchując się w szum bałtyckich fal, uzmysłowiłem sobie, że Jacek przywołał i na nowo zaszczepił w mojej duszy tęsknotę do gór. Do przeżyć z czasów szkolnych, wędrówek z przyjaciółmi i ludźmi napotkanymi na szlaku. Wtedy nie sądziłem jeszcze, że oto odradza się we mnie umiłowanie do gór. Również tych wysokich, z którymi przygodę rozpocząłem już jakiś czas temu!

Zanim Buenos Aires przywitało nas upałem styczniowego lata, w Warszawie zapanował arktyczny chłód. Na Okęcie Jacek wpadł jedynie na krótką chwilę. Już nie pamiętam, czy słowa "Cześć, Panowie", wypowiedziane w jego w stoickim stylu, były powitaniem czy padły nieco później, na do widzenia.

Z piekła Sahary na piaski Atacamy. Na mecie Dakaru, rajdu po raz pierwszy rozgrywanego na przełęczach Andów i pustyniach Ameryki Południowej

W stolicy Argentyny, po niewygodach podróży, docieramy do taniego hotelu, a stamtąd udajemy się na kolację do restauracji w centrum miasta, gdzie serwują ponoć najlepsze argentyńskie steki. Zarówno steki, jak i wino smakują wyjątkowo. Podobnie jak wyjątkowa będzie możliwość uczestnictwa w opóźnionej o dwa dni, dwudniowej ceremonii finału rajdu Dakar. Po raz pierwszy rozgrywanego na przełęczach Andów i pustyniach Ameryki Południowej. W warunkach porównywalnych do Dakaru znanego z piekła Sahary!

Razem z Krzysztofem i Ryśkiem pojedziemy jeszcze dzisiaj na stadion, gdzie być może uda nam się uścisnąć dłoń polskich uczestników, w tym Hołowczyca, Kucharskiego, Sonika, Czachora, Przygońskiego i pozostałych członków oficjalnej reprezentacji grupy Orlen Team. Na miejscu zastajemy przygotowaną scenę i odgrodzone ulice, będące najlepszą areną dla ceremonii.

Aby poczuć klimat miasta, poznać jego architekturę, ludzi i atmosferę, wędrujemy kilka kilometrów. Maszerując, docieramy przed pałac prezydencki, gdzie w otoczeniu policji koczują w namiotach byli żołnierze, walczący o Falklandy. Domagają się od prezydenta realizacji niespełnionych obietnic dla argentyńskich weteranów.

Nazajutrz, osiemnastego stycznia, z VIP-owskim biletem w ręku, udaje nam się wejść w samo serce stadionu. W miejsce, gdzie dekoruje się uczestników rajdu. Nasza przepustka to zupełnie inna historia, bo otrzymując od nieznanej osoby dedykowane uczestnikom rajdu wejściówki, możemy mówić o sobie - szczęściarze.

Nie lada gratką jest sytuacja, gdy mimowolnie stajemy się teamem zespołu Renault, któremu weszliśmy centralnie w obiektyw podczas wykonywania grupowych zdjęć. Głodni wrażeń i towarzystwa zwycięzców, w otoczeniu ochrony, wchodzimy w miejsca przeznaczone nielicznym. Żałujemy jedynie, że niebawem musimy wracać, a przecież wino argentyńskie smakuje tak wybornie. Podobnie jak lunch przygotowany dla uczestników w przyległym hotelu, do którego udajemy się wchodząc po czerwonym dywanie. Zatraceni wielogodzinną ceremonią, późnym wieczorem docieramy do naszego hotelu, skąd już za kilka godzin rozpoczniemy wyprawę na najwyższą górę Andów - Aconcaguę.

Nazajutrz, po krótkiej wizycie na ulicach Buenos Aires przejeżdżamy na gigantyczny dworzec. Stamtąd dalekobieżny autobus zabierze nas do Mendozy. Pojedziemy nocą i żałujemy tylko, że przemierzając ten piękny kraj ze wschodu na zachód, nie możemy podziwiać malowniczych winnic oraz argentyńskich krajobrazów pampy, z jej trawiastymi równinami i kulturą Gauchos nacechowaną wolnością, dumą i indywidualizmem.
 
Panamerykańskim Highwayem

Poranek na skromnym dworcu w Mendozie wita nas rześkim powietrzem. Kilka chwil spędzamy w kolejce, czekając na taxi, które dowiezie nas do Windsora. Hotelu, któremu przyznanie jednej gwiazdki dokonało się w czasach jego świetności. Tu spotykamy ostatnią, siódmą członkinię wyprawy, Emilię.

Mendoza to miasto słońca, wina i dzieci, w którym ulice poprzecinane są strumieniami ujarzmionych górskich wód. Potoki tworzą sieć kanałów, a schładzając latem miasto przynoszą ulgę przybyszom oraz jego uśmiechniętym mieszkańcom. Atmosferę Mendozy tworzy nie tylko wielki park San Martin, w którym co dzień trenują sportowcy i spotykają się zakochane pary, ale także hałaśliwe kawiarenki przy Sarmiento, liczne fontanny na Plaza Independencia i wyśmienite wino zebrane ze słonecznych winnic przedgórza Andów.

Dzisiaj załatwiamy permity - pozwolenia na przekroczenie bram Parku Aconcagua w Dolinie Horcones wraz z opcją wejścia na szczyt. W chwilę później wybierzemy się na zakupy, aby zgromadzić zapasy na dwutygodniową wyprawę.
Śniadanie jemy pospiesznie w jednogwiazdkowym Windsorze z mało wykwintnym menu. Dwa słodkie rogaliki i sucharki z dżemem popijamy czarną kawą. Na popołudniową sjestę wybierzemy niewygodne fotele busa, którym tuż przed godz. 14.00 udamy się do Penitentes (2600 m.n.p.m.), miejscowości oddalonej o trzy godziny jazdy. Na wysokości Rysów spędzimy w Penitentes dwie noce aklimatyzacyjne.

Wypożyczonym Land Roverem udajemy się do oddalonego o osiem kilometrów, niezwykłego miejsca Puente del Inca (2720 m n.p.m.), znanego z termalnych łaźni, do którego ciągnęły kiedyś setki kuracjuszy. Kamienny most to cud natury, w który można się wpatrywać godzinami. Jest jednym z nielicznych miejsc wokół którego wzburzone, rwące wody rzeki Cuevas, stworzyły niezwykłą formę kształtów i paletę barw od bieli, żółci, pomarańczy, po perłowe złoto.

Dotknąć 7 lat w Tybecie

W kolejnym dniu aklimatyzacyjnym, 22 stycznia, wstajemy wcześnie rano. Po okazaniu pozwoleń wydanych przez Dyrekcję Parku Aconcagua w Mendozie, strażnicy w Horcones rejestrując wejście, przekazują nam numerowane worki na śmieci. W niewielkiej odległości od bramy parku przechodzimy obok rwących potoków, utworzonych z wód topniejących lodowców i nagromadzonych na szczytach warstw śniegu. Zanim dotrzemy do pierwszego obozu, mijamy most przecinający rzekę Rio Horcones. Most ten wybudowany został na potrzeby filmu Siedem lat w Tybecie. Przechodzimy przez wąwóz Quebrada el Durazno, a w ciągu czterech godzin marszu i pokonaniu 400 m przewyższenia, docieramy do obozu Confluencia Camp (3390 m n.p.m.). Obóz składa się z ogrodzonego terenu z dużymi i niewielkimi namiotami. My w siódemkę będziemy spać w jednym z tych pierwszych. Na zewnątrz minus dziesięć stopni Celsjusza, zacina śnieg i wieje dość silny wiatr. Ten pośredni obóz, podobnie jak pobyt w Penitentes jest dla nas ważny ze względu na aklimatyzację. Tu, w górach wysokich odpowiednia adaptacja organizmu do wysokości jest niezbędna, szczególnie przy zdobywaniu góry wznoszącej się na wysokość prawie siedmiu kilometrów.

Plaza de Mulas.  Obozowe życie, fot. Krzysztof Pierożak

 




Noc minęła niespokojnie. W kolejnym dniu mamy do pokonania 900-metrowe przewyższenie i trasę o długości ponad 20 kilometrów. Dolina, którą wędrujemy, poprzecinana jest korytem rzeki Rio Horcones Interior oraz dużymi kamienistymi piargami. Kiedy dotarliśmy do starych moren i weszliśmy na Szeroką Plażę (Playa Ancha) dotarliśmy do miejsca, skąd możemy ujrzeć zaśnieżony szczyt Aconcaguy. Idziemy szlakiem wijącym się po prawej stronie rzeki Rio Horcones Superior. Przed nami trawersy usiane kamieniami i stroma ściana Cuesta Brava. Zmęczeni, chronimy się przy olbrzymiej skale, tuż obok ruin dawnego schroniska wojskowego Colombia (4070 m n.p.m.), zniszczonego przez gwałtowną lawinę. Gdzieś na horyzoncie ukazuje się sylwetka kondora. Czyżby posilał się jeszcze ciepłym cielskiem muła, który schodząc z Cuesta Brava ześlizgnął się i pozostał w miejscu upadku, stając się posiłkiem nie tylko dla latającego olbrzyma? Widok ten każe się nam zastanowić nad trudem, jaki wkładają mieszkańcy tego regionu, by zarobić na utrzymanie rodziny. Wspinamy się wyżej, odczuwamy coraz większe zmęczenie. Po zdobyciu Cuesta Brava wyrasta przed nami kilka kolejnych wzniesień i pespektywa co najmniej jeszcze godzinnej wędrówki. Postoje na wyrównanie oddechu robimy coraz częstsze. Krok po kroku osiągamy wreszcie bazę Plaza de Mulas.

c.d.n

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2017-11-09
HYDEPARK
 

Ostatnia w koronie. Z archiwum Jerzego Kukuczki

Komentarze
0
 
 
Łukasz Kocewiak
 
2017-09-28
HYDEPARK
 

Aconcagua. W cieniu Śnieżnego Strażnika

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com