Proszę czekać...
facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2014-02-20
 

Aconcagua - część III i ostatnia

Ruszamy. Od razu rytmicznym, miarowym, równym i dobrze zaaklimatyzowanym krokiem. W górę, tam gdzie już tylko wicher wieje. Gdy zatrzymaliśmy się na pierwszy pięciominutowy postój, upłynęło dobre dwie godziny.

Tekst: Robert Jurczak

Zdjęcia: Maciej Berbeka, Emilia Haraszczuk, Ryszard Siwecki, Maciej Orzażewski, Ryszard Chmura, Krzysztof Pierożak, Jacek Gowik-gościnnie, Robert Jurczak

 

Aconcagua, Andy 2009.
Oficjalne logo wyprawy w składzie: Maciej Berbeka, Emilia Haraszczuk, Ryszard Siwecki, Maciej Orzażewski, Ryszard Chmura, Krzysztof Pierożak, Robert Jurczak





Tango w śniegach pokutujących

Dzisiaj oddajemy się prawdziwej przyjemności. Rezerwujemy w jedynym dostępnym miejscu w obozie kąpiel w ciepłej wodzie. Łaźnia wyposażona jest w dwie kabiny prysznicowe oraz dwie umywalki. Woda podgrzewana jest z baterii słonecznych, energii czerpanej z wiatraka oraz małej termy zasilanej gazem z butli. Cóż to za radość, kiedy za dziesięć dolarów amerykańskich, każdy z nas może napawać się ciepłym prysznicem przez długie piętnaście minut. Aby zaoszczędzić wodę należy wziąć prysznic i jednocześnie zrobić pranie. W tej sytuacji pranie kładzie się na podłożu, a depcząc je podczas zażywania kąpieli pierze ubrania - pełny automat. Potem, jeśli wystarczy jeszcze ciepłej wody, można się ogolić, choć niektórzy zaklinają się, że uczynią to dopiero po zejściu ze szczytu. Na kolejny tydzień kąpiel i pranie z głowy. Po obiedzie wybierzemy się do odległego o godzinę marszu schroniska Refugio Plaza de Mulas. Atmosfera wnętrza jest wyjątkowa. Od piętnastu lat gromadzone są tam rekwizyty i symbole zdobywców Aconcaguy. Jedni wieszają narodowe flagi z podpisami, inni koszulki z wierszami, jeszcze inni pozostawiają naklejki i wizytówki z kontaktem do siebie. Można tam znaleźć również polskie akcenty. Po powrocie do bazy okazuje się, że jeden z naszych kolegów zachorował. Decyzja grupy jest jednogłośna. Czekamy, aby nasz kompan mógł wydobrzeć i w kolejnym dniu wyruszyć kompletną grupą. Z tą perspektywą wieczór spędzamy przy winie wpatrując się w morze gwiazd, z wyraźnie zarysowanym Krzyżem Południa.

Zabijając czas w dodatkowym dniu odpoczynku, dyskutujemy o górskich technikach i metodach wspinaczkowych. W pewnym momencie dyskusja schodzi  na temat wspinaczki metodą klasyczną i hakową. Maciej Berbeka uśmiecha się jedynie co jakiś czas z politowaniem nad nami i nie wtrąca ani słowa. Choć jako himalaista, alpinista, andynista i polski nestor wspinaczki wysokogórskiej miałby wiele argumentów, by naszą zagorzałą dyskusję jeszcze bardziej zaostrzyć, bądź zwyczajnie uciąć. Pozwolił jednak, abyśmy w słownej prawie trzygodzinnej potyczce dali sobie taką ilość argumentów, która wyciszy nas nawzajem i rozejdziemy się do swoich zajęć. Już po chwili udajemy się ponownie na obchód okolic obozu. Trochę dla aklimatyzacji, trochę dla zmiany otoczenia, najbardziej dla odnowy ducha. Po dotarciu do Refugio oddałem się słodkiej drzemce. Podparty na myśliciela, w zaciszu klimatycznego kilkunastoletniego, targanego wichrami Andów schroniska, czas upłynął niemiłosiernie szybko. Zaledwie po chwili, choć upłynęły dobre trzy godziny, już wracaliśmy do obozu. W dobrych nastrojach, spakowani na cztery najbliższe dni górskiej wędrówki, nie kończymy dzisiejszego dnia w śpiworach. Szukamy zacisznego miejsca, gdzie moglibyśmy jeszcze pogadać. Dla nas to ważne, bo Maciej wyjątkowo skupiony na swoich kulinarnych obowiązkach, niewiele powiedział nam o czekających nas trudnościach powyżej 5500 metrów. Późnym wieczorem trafiamy do gwarnego namiotu Gauchos. Po wejściu do wnętrza dostrzegamy zespół Finów, który uzgadnia z gospodarzami warunki zniesienia ekwipunku do Penitentes. Gdy tylko stanęliśmy za kotarą drzwi, od razu wyrósł przed nami gospodarz. Latynos, o ogorzałej od słońca twarzy, wskazał miejsce przy stole. Wewnątrz namiotu, w grupie świetnie bawiącego się towarzystwa, panowała niecodzienna atmosfera. W powietrzu wyczuwalny był posmak palonej trawy. Nawet nie zdążyliśmy wypowiedzieć słowa trunek, a w jego rękach zobaczyliśmy dwie butelki czerwonego wina. Doborowe towarzystwo i tylko brak muzyki. Jakby czytając w myślach, jeden z Gauchos uruchomił na zewnątrz agregator prądotwórczy i na wysokości 4300 metrów n.p.m. popłynęły dźwięki. Tak poznaliśmy Tanghetto, zespół grający nowoczesne, wyrafinowane, argentyńskie tango. Zarażeni panującą atmosferą wymieniamy poglądy, a Maćka Berbekę ciągniemy za język, by opowiedział o swoich przeżyciach. O zdarzeniach z ekspedycji i z wypraw wysokogórskich.
Odpowiedział w swoim stylu.
- Wszystkie moje wyprawy są inne i mają wiele do zaoferowania. Poznałem trochę ludzi, wśród nich Nepalczyków - górali otwartych na gości. U podnóża Himalajów tradycja i kultura jest niepowtarzalna. Zapraszam jeszcze tej jesieni do Nepalu. Sami zobaczycie, co wam będę gadał.

Muzyka, którą słuchaliśmy, a która płynęła z głośników, była niezwykłym tłem do słów Macieja. I ta nietuzinkowa muzyka tak zauroczyła Emilię, że postanowiła wejść w jej posiadanie. Przez kilkanaście minut przekonywaliśmy Gouchos, że koniecznie powinni odstąpić nam płytę. Choć nie bez trudności, ostatecznie udało się nam ich przekonać. Wieczór zakończyliśmy około 24:00. Wprawieni w dobry nastrój opuszczamy namioty Gauchos, a idąc ze śpiewem na ustach, nie usłyszeliśmy, jak lecą w naszym kierunku salwy niecenzuralnych słów.
- Nie dość, że mamy tu chorego człowieka, to jeszcze chwile nocnej ciszy wyrywacie nam ze snu - słyszymy, gdy łapiemy nieco tchu pomiędzy sylabami klasyka "Góralu, czy ci nie żal". Pieśń, śpiewana a cappella płynęła czystą nutą i niosła się nad wyraz donośnie. Nie oznaczało to nic innego jak to, że jesteśmy już wystarczająco dobrze zaaklimatyzowani.

O poranku, gdy wychyliliśmy głowy z namiotu zerkając w stronę Aconcaguy, dostrzegliśmy sylwetki pierwszych wspinaczy. Większość z nich już o wczesnej porze rozpoczęła walkę z górą i samym sobą, stawiając mozolnie krok za krokiem na piarżystym podłożu. My mamy czas, gdyż dzisiejsze wyjście zaplanowane jest na godzinę 11.00, a opuszczając obóz ze smutkiem żegnamy kolegę, który nie doszedł do formy i pozostanie w Plaza de Mulas.
 
Zachodnim żebrem Kamiennego Strażnika

Maszerujemy zwartą sześcioosobową grupą. W odległości kilkuset metrów odrywa się jeden z seraków, a spadając na piargi lodowca tworzy lodowo-śnieżną lawinę wzniecając tumany pyłu. Jako ostatni domykam karawanę. Podczas postoju wypijam kubek kawy, jem kilka okienek ciemnej czekolady i wypijam rozpuszczoną w wodzie tabletkę energetyczną. Po takiej miksturze ruszam w górę. Po uchwyceniu własnego rytmu, nie zatrzymując się obok odpoczywających w odległości dwustu metrów pozostałych członków zespołu, razem z Ryszardem-Vikipedią docieram po godzinie 16:00 na wzgórze, z którego już tylko parę kroków dzieli nas od Nido de Condores.

Bezsenną noc zawdzięczamy szalejącym wiatrom, które niczym w przypływie morskich fal, co moment uderzają o ściany namiotów nie pozwalając zmrużyć oka ani na chwilę. O godzinie 8.45, gdy słońce ogrzało pobliskie wzgórza, jesteśmy gotowi do wyjścia. Namioty, ze względu na porywiste podmuchy wiatru zwijamy po kolei sześcioosobową grupą. Niepostrzeżenie wysuwa mi się z łapawic pokrowiec na namiot, służący do tej pory również jako pojemnik na śnieg. Przy tym wietrze odfrunął w skalne ostępy i trudno byłoby mi znaleźć w sobie tyle odwagi i siły, by próbować go złapać, nim zniknął z pola widzenia. Ruszyliśmy żwawo w stronę Plaza Colera i Plaza Berlin. Przed nami 4-5 godzinna wspinaczka na coraz bardziej stromym i wymagającym szlaku. Choć ten odcinek jest znacznie krótszy od wczorajszego, to musimy wziąć pod uwagę wpływ wysokości, którego objawem jest szybsze męczenie się. Marsz wyraźnie staje się wolniejszy. Ścieżka wspina się trawersem w kierunku wschodnim, gdzie omijamy skalne wyniesienia. Z każdym krokiem widok staje się bardziej imponujący. Docieramy do Żółtego Balkonu (5800 m n.p.m.). Ta skalna formacja zaprasza do odpoczynku. Po chwilowym odsapnięciu idziemy niejako w letargu, myśląc jedynie o postawieniu kolejnego kroku. Tak docieramy do rozwidlenia szlaków. Na prawo Berlin, na lewo Colera. Skręcamy w lewo, skąd od obozu dzieli nas niespełna godzina marszu. Przekraczając skalne stopnie, docieramy do osłoniętego biwaku - Plaza Colera, gdzie dostrzegamy kilka szarpanych na wietrze namiotów. Andy słyną z bardzo silnych wiatrów rozpędzonych z jednej strony po wodach Oceanu Atlantyckiego i równinach Ameryki Płd., z drugiej Oceanu Spokojnego.

Zbieramy się całą grupą, by rozłożyć po kolei każdy z trzech namiotów. Musimy uważać na rękawice, czapki i inne części ekwipunku, by wiatr dochodzący w tej chwili w porywach nawet do 100 km na godzinę, nie zawłaszczył ich sobie na wieczność. Gdy rozbiliśmy ostatni namiot, umocowali kamieniami ich sztormowe obrzeża, z ogromną ulgą i przyjemnością wsunęliśmy się do wnętrz. Zaopatrując się w śnieg zebrany gdzieś nieopodal, przygotowujemy posiłki. Nim jednak odpaliłem kartusze z gazem przez dwie godziny leżałem w bezruchu, chcąc dojść do jakiejkolwiek użyteczności. Jednorazowe zupki, choć szybkie w przyrządzaniu dają nam minimalną energię rzędu 100 kilokalorii, a przy tak dużym wysiłku winniśmy spożywać posiłki dające przynajmniej 3000 kilokalorii. Już do dnia dzisiejszego moja waga spadła o 7 kg, a nie jest to przecież jeszcze koniec wyprawy. Po napełnieniu termosów, na chwilę postanawiam wyjść z namiotu przy minus 25 stopniach Celsjusza, a w dodatku przy szalejącym wietrze. W botkach, z odzieniem do śpiwora. Tu w tych warunkach, na wysokości ponad 6000 metrów n.p.m., potrzeby fizjologiczne urastają do poważnych wyzwań. Nie tylko nie ma toalet, ale trudno też znaleźć w pobliżu skałę, w zaciszu której można by się schronić. Ciecz zamarza w locie, więc najprostsza czynność fizjologiczna wywołuje prysznic opadających wokół drobin lodu. W obozie przybywa namiotów. Dotarło też dwoje Polaków z klubu wysokogórskiego, którzy podobnie jak my na jutro zaplanowali atak szczytowy. Wichura szarpie namioty z niewyobrażalną siłą. Lód i śnieg wciskają się między przeszycia w zamkach, pokrywając nas i wszystko, co się znajduje wewnątrz namiotu coraz grubszą warstwą szronu. Wicher uderza falami w tropik próbując rozszarpać, rozedrzeć go na strzępy i zrzucić wraz z zawartością w otchłań nocy.

Widmo Brockenu

Pobudka, zgodnie z planem o godz. 5.30. Trudno mówić jednak o przebudzeniu, kiedy czuwało się całą noc. Gdy wszechobecny wiatr nie pozwolił wypocząć przed najważniejszym dniem wyprawy. W czasie jak napełnialiśmy termosy świeżą kawą, kilkukrotnie krzyknęliśmy do sąsiadów, których namioty oddalone były zaledwie o dwa metry. W huku zawieruchy usłyszeliśmy, a może zdawało się nam, że usłyszeliśmy odpowiedź, która świadczyła o ich przebudzeniu. Wszyscy powinniśmy być gotowi i w pełnym rynsztunku, za pół godziny. W przeciwnym wypadku na zewnątrz nikt nie będzie czekał na maruderów. Ostatnią porcję zagotowanej wody przeznaczamy na zalanie jednorazowych kubków. To może być cały nasz dzisiejszy posiłek. Spakowani z Krzysztofem do wspólnego plecaka, będziemy nieść go na zmianę. O godzinie 7.00 czekamy gotowi na zewnątrz namiotu. Kiedy Ryszard-Vikipedia z Emilią ukazują się na zewnątrz, pozostaje nam jedynie czekać na Macieja i Ryśka-Wojtka. Po około pięciu minutach ktoś postanowił zajrzeć do ich wnętrza. Wtedy Maciej Berbeka przecierając oczy, bardziej chyba ze zdumienia niż z zaspania, zadał pytanie
- Co jest? Dlaczego nas nie zbudziliście? Całą noc nie spaliśmy, a dopiero teraz - zaledwie przed godziną - udało nam się zmrużyć oczy.
- Dajcie nam pół godziny!
W tej sytuacji nie pozostało nic innego, jak kluczyć po obozie, kryjąc się przed okrutnym wiatrem. Zdjęcie raków i ponowne wsunięcie się do namiotu, nie dawało szans na powtórne pozbieranie się. Gdy tak krążyliśmy po obozie, nagle nad zachodnim pasmem Andów pojawił się niezwykły widok. Cień góry zawieszony w pyle śnieżnym (zjawisko to znane jest szerzej jako Widmo Brockenu).

Amerykanka ze swoim klientem, których namiot rozbity był tuż obok nas, nie wyszli na zewnątrz. Jako ostatni zespół, już powinniśmy wyruszać, bo przedłużony o jeden dzień pobyt w Base Camp spowodował, że wczorajszy dzień był ostatnim do przeprowadzenia ataku szczytowego w przyzwoitych warunkach pogodowych. W tej chwili pomimo mocnego wiatru, pogoda jest jeszcze znośna. Na niebie dostrzegamy niewiele chmur, ale załamanie ma przyjść wczesnym popołudniem.

Wietrznym szlakiem

Ruszamy. Od razu rytmicznym, miarowym, równym i dobrze zaaklimatyzowanym krokiem. W górę, tam gdzie już tylko wicher wieje. Gdy zatrzymaliśmy się na pierwszy pięciominutowy postój, upłynęło dobre dwie godziny. Stąd szlak wznosi się na grań, która kieruje nas na północno - wschodnie zbocze góry. Dalej wspinaczkę kontynuujemy aż do kluczowego punktu drogi, Independencji (6380 m n.p.m.). W momencie przekraczania przewyższenia uderzenie wiatru jest tak potężne, że z trudem wytrzymujemy jego napór. Każdy z nas ubrany jest na cebulę, wielowarstwowo, zarówno w kurtki puchowe, jak i warstwy goretexowe. Jednak i te warstwy niewiele pomagają. Mnie osobiście tak przewiało, że przemarzłem do szpiku kości. Teren, którym się poruszamy, jest wystawiony na poranny wiatr wiejący od doliny, a wznosząc się gwałtownymi porywami powoduje silny spadek odczuwalnej temperatury. Są momenty, gdy zadaję sobie pytanie, co ja tu robię, szczególnie gdy widzę przed sobą nieskończenie długi, dwukilometrowy odcinek La Canaletta. Pomimo ogromnej determinacji nachodzą mnie myśli zwątpienia. Na końcu tej drogi przywita nas skała La Cueva (6650 m n.p.m.). Nie wyobrażałem sobie, że idąc po dziesięć kroków zdołam tam kiedykolwiek dotrzeć. Ostatecznie do ściany La Cueva docieramy w kilkuminutowych odstępach. Nie zatrzymujemy się tu jednak na dłuższą chwilę - jest 13:15, niebawem przyjdzie załamanie pogody. A do szczytu mamy jeszcze godzinę marszu. Zrzucamy plecaki, zabieramy ze sobą jedynie czekany. Właśnie teraz wyjdzie nasza kondycja, sprawność i rezerwy energii. Wchodzimy w skalistą ścieżkę od północnej strony na skalne stopnie. Te prowadzą już na sam szczyt. To podejście wyrwało z nas resztki sił, zwłaszcza przez ostatnie sto metrów. Polacy z klubu wysokogórskiego są już na szczycie, znikają nam z oczu.

Na dachu Ameryki

Chwilę później pomiędzy godziną 14:15 na 14:30 docieramy całą szóstką. W tym czasie wokół gromadzą się złowrogie, ołowiane chmury. Wybuch radości, eksplozja emocji, niewyobrażalnie uczucie zwycięstwa. Z samym sobą, ze swoimi słabościami, marzeniami. Wszechobecne zimno i wysokość unieruchamia kamerę, którą pieczołowicie skrywałem przed wiatrem. Jedynie aparaty w zmarzniętych rękach pozwalają utrwalić moment pobytu na dachu Ameryki. Gdy piętnaście minut później rozpoczynamy zejście, robi się naprawdę groźnie. Para Polaków przed kwadransem rozpoczęła wycof. Schodząc uważamy na każdy krok. Źle postawiony, może spowodować upadek w dół. Gdy pokonujemy trudny odcinek we mgle, nagle przed nami wyrasta postać wspinacza, Francuza. Ubranego na lekko, z wyraźnym napisem na bluzie, doktor. Jest pół godziny od szczytu. Kiedy zwracamy mu uwagę, aby zawrócił i nie wchodził samotnie na szczyt, bo nastąpiło wyraźne załamanie pogody, nie słucha. Kilka metrów niżej minęliśmy pozostawiony przez niego plecak. Gdy po dwóch dniach dotarliśmy do obozu Plaza de Mulas, był już osobą zaginioną i poszukiwaną. Nie powrócił na czas ani do Plaza Berlin, ani Plaza Colera, ani też do Piedra Bandera od strony Lodowców Polaków.

Prawdziwe załamanie pogody nadeszło nagle. Idąc gęsiego we mgle tak gęstej, że nie widzieliśmy nic powyżej dwóch metrów, co chwilę musimy się nawoływać. Wtedy powtarzające się nawoływanie przyszło z innej, odleglejszej strony. Maciek Berbeka pozostawiając nas w grupie, sam postanowił odnaleźć zagubionych. Minęło dobre pół godziny, kiedy powrócił z dwójką Polaków, przywołany tym razem przez nasze nawoływania. Trudno sobie wyobrazić, co by się stało z tą dwójką. Byli bez śpiworów i, albo też - aż, w kurtkach puchowych. Nie sposób byłoby w tych warunkach przetrzymać nocy. Po pięciu godzinach marszu docieramy do nierozpoznanego obozu. Nikt z nas nie ma ochoty zejść sto metrów poniżej miejsca, gdzie się zatrzymaliśmy, bo gdybyśmy trafili na inny, aniżeli nasz obóz, trudno byłoby postawić kilkadziesiąt kroków, by podejść z powrotem do góry - tak bardzo jesteśmy zmęczeni. Gdy w końcu Maciej zdecydował się zejść, nie pojawił się ponownie w naszej grupie. Wtedy wszyscy udaliśmy się do obozu. Z przerzedzonej mgły wyłonił się obraz siedzącego na kamieniu Maćka. Wówczas rozpoznaliśmy nasze namioty i zrozumieliśmy, jak kruche jest życie człowieka. Przed paru godzinami, gdy schodząc co kilka kroków ktoś z nas, słaniając się na nogach, padał na śnieg i resztką sił wypowiadał słowa idźcie, ja tylko chwilę odpocznę, to ta chwila mogła zamienić się w wieczność. Potwornie zmęczeni chcieliśmy tylko jednego. Zrzucić raki i wejść czym prędzej do wnętrz namiotów, oazy w tej okrutnej rzeczywistości.

Przebudziłem się po około trzech godzinach tuż przed 23.00. Namiot nadal szarpany był huraganowym wiatrem. Narastające zmęczenie pozwalało jedynie na zmianę pozycji. W takich warunkach na wysokości 6000 metrów n.p.m. przetrwaliśmy noc po ataku szczytowym. O poranku powoli odpalamy Prymusa. Zaczynamy gotować wodę na herbatę. Czujemy jak na nowo zaczyna wstępować w nas życie. Pijąc herbatę przypominamy sobie doświadczenia dnia wczorajszego. Jesteśmy szczęśliwi, choć nie do końca jeszcze świadomi zdobycia szczytu. To zapewne przyjdzie za kilka dni!

Wiatr nie ustaje. Jego taniec widać i czuć na wirującym poszyciu namiotu. Chwilę później okaże się, że sznurki Marabuta nie wytrzymały naprężeń - zostały zerwane na wietrze, jak nić pajęcza. Podobnie wyglądają naciągi innych namiotów takich jak North Face czy Mammut. Przed godziną 10.00 wynurzamy się z namiotów nawołując jednocześnie kompanów, a umówieni parę chwil przedtem, aby wyjść na zewnątrz, przekrzykujemy huk rozszalałej wichury. Całą szóstką zabieramy się do demontażu każdego z namiotów, a nauczeni poprzednim doświadczeniem, uważamy, by nie pozostawić poza obciążeniem żadnego elementu. Po godzinnej walce oddalamy się od Colera. Zważamy na każdy uskok, stromą skalną grań, by nie upaść. Zejście zabiera nam siedem godzin. Podchodząc do Penitentów wiemy już, że za kilka kroków, na obolałych, z pęcherzami na każdym palcu - nogach, dotrzemy do wyczekiwanego miejsca.

Naprzeciw wybiega Maciej. Pokonał kilkaset metrów, by pomóc najbardziej zmęczonym znieść ciężkie plecaki. Opowiada, jak podczas tej czterodniowej naszej nieobecności, udało mu się zdobyć w stylu alpejskim, oddalony o kilka kilometrów od Base Camp, pięciotysięcznik. Wkrótce wszyscy zgromadzeni wokół kuchennego namiotu delektować się będziemy pozostawionym na tę okazję piwem. Wieczorem, po kolacji, do której ochoczo przystąpiliśmy z dawnymi siłami, długo jeszcze po zapadnięciu zmroku próbujemy na chłodno analizować atak szczytowy. Gdy wykonywałem ostatnie zdjęcie Krzyża Południa, tylko niektóre namioty były oświetlone czołówkami. Reszta zapadła w sen, o czym informowało donośne chrapanie, które potwierdzało jedynie doskonałą aklimatyzację śpiących tam wspinaczy.

My Naród

Rankiem zasiedliśmy do ostatniego górskiego śniadania. Przed opuszczeniem bram obozu wykonujemy grupowe zdjęcie, a po pożegnaniu z grupą z klubu wysokogórskiego rozdzielamy się na dwie grupy. Pięcioosobowa podąża w kierunku Penitentes. Ja z Krzysztofem, zanim wrócimy na szlak, chcielibyśmy odwiedzić, oddalone o godzinę marszu Refugio, by pozostawić tam znak naszej bytności. W schronisku nie możemy się oprzeć pokusie, choć mamy niewiele czasu, by usiąść z napotkaną grupą Ryszarda Pawłowskiego i zespołem Roberta Rozmusa. Pozostawiamy biało-czerwoną flagę. Z żalem rozstajemy się z tym miejscem, ale przed nami co najmniej 10-godzinny marsz. Żegnając się z napotkanymi grupami wspinaczy ze Słowenii, Węgier oraz Francji dowiadujemy się, że w ostatnich dniach jesteśmy jedną z nielicznych grup, która weszła na szczyt. To potwierdza tylko, że Aconcagua, choć bez szczególnych trudności technicznych, stanowi nie lada wyzwanie.

Wracamy, często zbaczając ze szlaku. Wielokrotnie wpadamy w sieć nowopowstałych strumieni i rzek spływających ze zboczy górskich lodowców. Przez to jesteśmy mocno spóźnieni. A jedyna czołówka, która jest w moim posiadaniu, będzie mocnym argumentem dla strażników w Confluencji, by pozwolili nam pójść dalej nocą.

Przed trzema godzinami do miejsca tego dotarli schodzący nasi kompani. Maciej Berbeka pozostawił dla nas list tej treści.
"Ku…! Czekaliśmy po drodze ponad dwie godziny!
- Albo śpicie tutaj lub dymacie na dół. Dajcie znać poprzez radio.
- Wasze permity zostawiam u bram parku. Tam, gdzie odprawialiśmy się, idąc w górę. Maciek B.

Przez radio jeden ze strażników informuje kolegów, że schodzimy jako ostatni zespół. Idziemy w ciemnościach. Zdajemy sobie sprawę, że do końca dzisiejszej udręki dzieli nas jeszcze szmat drogi. Stawiamy kroki ostrożnie, wzniecając chmurę pyłu dobrze widocznego w świetle czołówki. Szlak wije się pomiędzy wzgórzami. Do wartowni docieramy dobrze po północy. Po wylegitymowaniu poproszono nas o permity, które rzecz jasna są w posiadaniu strażników. Dzisiejszego dnia pokonaliśmy 38 kilometrów wliczając liczne przewyższenia, ale jeszcze od Penitentes dzieli nas 20 km. Maciej Berbeka dotrzymał słowa i wysłał po nas samochód. Kiedy ten ruszył, kierowca natychmiast otworzył wszystkie cztery okna. Niemożliwe abyśmy aż tak cuchnęli, zakołatała u mnie w tamtej chwili myśl?

Po dotarciu na miejsce, po szybkim odświeżeniu, biesiadować będziemy do późnej nocy. A raczej wczesnego poranka. Nie zapomnę dyskusji, która rozgorzała rozbudzona błyskiem intelektu i kończącej się właśnie kolejnej butelki wina, po postawionym przez Emilię pytaniu.
- Co to jest naród, czy państwo to naród, czy naród to państwo?
Zagadnienia te nie mogły pozostać bez odpowiedzi, tym bardziej bez wniknięcia w sedno sprawy. Naszą gorącą dyskusję zakończyliśmy przytoczonymi, przez jednego z rozmówców, słowami z preambuły najsłynniejszej konstytucji świata My, Naród… Słowa te rozwiały nasze wątpliwości oraz zakończyły definitywnie polemikę, a zaraz potem najprawdopodobniej ze zmęczenia, gdyż na zewnątrz świtało, chwiejnym krokiem rozeszliśmy się do swoich pokoi. Wczesnym popołudniem żegnając się z rodziną Grajalesa czujemy, że kończy się właśnie jedna z najwspanialszych przygód, jaką udało nam się wspólnie przeżyć.

Szczyt Aconcagua opisany w relacji Kolos z Ameryki został zdobyty szlakiem północno-zachodnim przez zespół w składzie: Maciej Berbeka, Emilia Haraszczuk, Ryszard Siwecki vel. Vikipedia, Ryszard Chmura vel. Wojtek, Krzysztof Pierożak, Robert Jurczak w dniu 2 lutego 2009 roku, o godz. 14.22 czasu lokalnego.


 Widmo Brockenu (cień szczytu Aconcagua zawieszony w pyle śnieżnym) widziane z obozu Plaza Colera
 Na szczycie dachu Ameryki Południowej (od lewej klęczą: Krzysztof Pierożak, Robert Jurczak; stoją: Ryszard Chmura, Ryszard Siwecki, Emilia Haraszczuk), fot. Maciej Berbeka
 U podnóża Lodowca Polaków, Fot. Jacek Gowik
 Widok na dolinę Horcones, fot. Robert Jurczak
 Doliną Horcones, Fot. Maciej Ożarzewski
 
 Szlakiem Plaza Canada, fot. Krzysztof Pierożak
 W obozie Plaza Canada, for. Krzysztof Pierożak
 Puente del Inca, fot. Robert Jurczak
 Andyjskim szlakiem Aconcagua, fot. Robert Jurczak
 W otoczeniu Gauchos, fot. Krzysztof Pierożak
 
 
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2017-11-09
HYDEPARK
 

Ostatnia w koronie. Z archiwum Jerzego Kukuczki

Komentarze
0
 
 
Łukasz Kocewiak
 
2017-09-28
HYDEPARK
 

Aconcagua. W cieniu Śnieżnego Strażnika

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Goryonline
 
Goryonline
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com