facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2017-08-08
 

Waldemar Kowalewski relacjonuje zdobycie Broad Peak 8048 m n.p.m - „Najtrudniejsza wspinaczka mojego życia”

Zaledwie tydzień temu donosiliśmy wam o ogromnym sukcesie Waldka Kowalewskiego, któremu pomimo złych warunków pogodowych panujących w Karakorum, udało się zameldować na szczycie Broad Peak 8051 m n.p.m.. teraz przyszedł czas na osobistą relację:


Kochani udało mi się zdobyć mój wymarzony pik, choć było mi bardzo trudno tego dokonać. Planowana "błyskawiczna" akcja zamieniła się w Katorgę, rekordowe ekstremalne "kible" na 7300, ból, cierpienie jakiego wcześniej nie doznałem, ale to już na szczęście koniec zwieńczony sukcesem z którego powoli zaczynam się cieszyć. 

 

Moja aklimatyzacja (druga) zmieniła się na solówkę, partnerzy pozostali w campie II 6200 m. Dalej poszedłem solo do wysokości 6800 m i zaliczyłem mój pierwszy "kibel", rano czułem się świetnie, więc postanowiłem wspinać się dalej i wyżej. Powyżej 6800 nie było żadnych lin, traseròw, NICZEGO kuźwa nie Było, okłamali mnie Austriacy. Dobrze się wspinało bo zbocze było mocno nachylone a śnieg twardy, zmrożony, niekiedy zlodowaciały, wspinałem się jak burza. O 1.00 w nocy wspiąłem się na wysokość 7300 m i nagle jakoś zabrakło mi sił żeby zrobić jeszcze 50 m, gdzie wypatrzyłam fajny serak pod którym chciałem rozbić namiot. Niestety nie miałem już "paliwa w baku" żeby pokonać ten odcinek, więc zaliczyłem ponowny "kibel" 7300 m, moja życiówka której nie chcę broń boże pobijać. Wykopałem czekanem w zboczu ściany dół i się do niego położyłem, było mi zimno jak cholera w prawą stopę, czułem jak paluchy mi odmarzają ale nie moglem nic zrobić, był potężny ból, płakałem i cierpiałem. 




Po około 3 godzinach usłyszałem potężny huk, to lawina która mnie zasypała, przeszła przez całe zbocze. Było mi obojętne, ale po kwadransie zaczęło brakować powietrza, uderzyłem mocno ręką w górę śniegu nade mną i przebiłem jego warstwę dzięki czemu miałem dostęp powietrza. Lawina okazała się dla mnie zbawienna, ponieważ zrobiło mi się w mojej jamie niezwykle ciepło i dlatego uratowałem stopę która już ledwo wytrzymywała (odmroziłem ją na Lhotse i lekarz mnie ostrzegał że będę to czuć w przyszłości na dużej wysokości, kurde miał rację ale nie spodziewałem się takiego bólu). O świcie wykopałem się z mojej jamy i zacząłem zejście zaliczając 3 poważne "wpady" do szczelin gdzie zahaczałem się wpadając na dwóch czekanach. Szczęśliwie doszedłem do obozu II i po nocy do Bazy głównej. 



 

Po około 10 dniach zebrałem ekipę Arman Irańczyk, Richard Peru i ja. Ruszyliśmy do ataku szczytowego, na wysokości 7700 w ścianie potężnego seraka którą właśnie łoliliśmy bo zgubiliśmy wcześniej właściwą drogę, Nasz atak się załamał ze względu na fatalną pogodę i zdecydowaliśmy całkowity odwrót. Przypiąłem linę do siebie, chłopaki na sztywnej asekuracji mnie trzymali i schodziłem na szpicy w całkowitym zamgleniu z widocznością 1 metra. Po 5 godzinach wypatrzyłem nasze namioty campu III wysokiego 7200. Spakowałem wszystko, namioty, śpiwór, puchy i zdecydowałem że wracam do domu, zniosłem cały mój szpej po 2 dniach do bazy. Kolega w bazie przyniósł mi swoje buty (większe) i po kilku dniach postanowiłem że jednak spróbuje pocałować szczyt.

 

 

Zorganizowaliśmy w naszej mesie miting z pozostałości wspinaczy rozsypanych w rożnych agencjach pod szczytem i zaproponowaliśmy ostatnią, wspólną próbę zaatakowania szczytu. Wspinacze z różnych krajów zgodzili się i 25.07 ruszyło nas z bazy 14 wspinaczy. Pomijając obóz I, wspięliśmy się od razu do obozu II 6200 m. Rano fatalny sztorm nas przytrzymał, przeczekaliśmy jeden dzień i ruszyliśmy do niestety niskiego obozu III 7000m. Dotarliśmy o godzinie 14.00 rozbiliśmy namioty i niestety zero spania w środku namiotu było + 43 stopnie, upał gorzej niż na Saharze. Po 18.00 słońce zaszło więc można było się zdrzemnąć chwilkę 2,5 godziny. O 21.30 ruszyliśmy na szczyt.

 

Pod przełęczą Amerykanie, się wycofali a pozostali na tlenie nas wyprzedzili, byliśmy ostatni. Jest tam taki komin do pokonania, po wspięciu się na niego miałem dosyć, jedynym pragnieniem było dotrzeć chociaż do przedwierzchołka Rocky Summit. Kiedy na nim stanąłem zobaczyłem dopiero szczyt Broad Peak, znalazłem w sobie jakieś ostatnie zapasy energii i po godzinie byliśmy na szczycie. 



Powrót to była męczarnia, aby tylko dotrzeć do obozu III gdzie spędziliśmy noc i rano rozpoczęliśmy zejście do obozu II i dalej do bazy. W bazie radość , kucharz przyrządził nawet tort, no i była upragniona Summit Coca cola. Po 2 dniach odpoczynku zaczęliśmy powrót przez wymarzoną przełęcz Gondogoro La, był to ciężki trening ale widoki wynagradzały podjęty trud. Trzeciego dnia treku Jeppem ruszyliśmy przez przepaściste tereny w kierunku Skardu. Dwa dni wcześniej niestety jeden Jepp spadł że skarpy z 5 ludźmi do lodowatej rzeki w okolicach Askole podczas powrotu do Skardu. No i wreszcie cywilizacja po 2 miesiącach, leci ciepła woda w kranie, nie do wiary. W Skardu pyszne mangoszejki do kupienia w uliczce u lokalnego sprzedawcy….


 

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Maciek Szopa
 
Goryonline
 
2017-08-04
GÓRY
 

Zodiac na El Capitanie klasycznie

Komentarze
0
 
Maciek Szopa
 
Goryonline
 
2017-08-01
GÓRY
 

Hansjörg Auer i jego „Day Off”… raz jeszcze

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com