facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2016-12-25
 

Trawers Denali

„Panie i Panowie, proszę o uwagę! Na pokładzie naszego autobusu mamy dwóch alpinistów z Polski, którzy weszli na sam szczyt Mount McKinley, a potem przeszli całą drogę aż tutaj, do Wonder Lake! Należą im się oklaski!” Potem gromkie brawa, gratulacje, „wow!”, „amazing!”, uściski dłoni, krótka wymiana zdań i wreszcie mogę odpłynąć, patrząc przez zaparowane okna na krajobraz, który zostawiamy za sobą...  

Takim powitaniem przyjęli nas amerykańscy turyści w autobusie zmierzającym do wylotu bram Parku Narodowego Denali. Tak też zakończyła się nasza wyprawa, którą bez wątpienia mogę nazwać najniebezpieczniejszą przygodą mojego życia”. Nie da się ukryć, że Mount McKinley, nazwany teraz już oficjalnie Denali, to popularna i tłumnie oblegana góra. Jest najwyższy w Ameryce Północnej, należy do Korony Ziemi, tak że prędzej czy później każdy alpinista, ambitny czy nie, przylatuje na Alaskę, żeby się z nim zmierzyć. Z ponad tysiąca osób rocznie, na szczyt statystycznie wchodzi połowa. 90% zdobywców wspina się drogą normalną – West Butress, nieliczni atakują najłatwiejszą drogę wspinaczkową na szczyt – West Rib, słynną Grań Cassina lub inne, mniej znane ściany. Co roku kilka zespołów wchodzi również drogą pierwszych zdobywców, przez przepiękny, ale bardzo popękany lodowiec Muldrow. Co ciekawe, w 2009 roku Polacy byli drugą co do liczebności nacją na stokach Denali.  

 

 

Zawsze uważałem siebie za ambitnego amatora. Chciałbym zdobywać najwyższe szczyty, najtrudniejszymi drogami, w najlepszym stylu. Bądźmy jednak realistami. Nie mam jeszcze ani dużego doświadczenia, ani wysokich umiejętności. Szybko odmarzają mi ręce i dodatkowo wolno się aklimatyzuję. Jednak pasja do chodzenia nieprzetartymi szlakami, próba zmierzenia się z własnym strachem powoduje, że czasem decydujemy się na rzeczy, które nie mieszczą się już w komfortowej strefie bezpieczeństwa i przewidywalności. Nie inaczej było w tym przypadku. Bardzo łatwo można się zainspirować czymś, co prowokuje nas do działania. Często jednak początkowa energia wypala się szybko i w konsekwencji sprowadza raczej do słomianego zapału. Ja nawet do momentu zdobycia szczytu nie byłem pewny, czy rzeczywiście TO zrobimy. TO oznacza Trawers Denali. Od basecampu na Kahiltna Glacier, aż do Wonder Lake po drugiej stronie masywu. Prawie sto kilometrów i kilka tysięcy metrów przewyższenia. Dla mnie i mojego przyjaciela, Bena, inspiracją był pewien film znaleziony przypadkiem w Internecie, którego główną postacią jest Marek Klonowski, młody chłopak z niesamowitym samozaparciem. Niczym bohater książki Krakauera „Wszystko za życie” porzuca dobra cywilizacji, dojeżdża na Alaskę autostopem z Nowego Yorku, znajduje dorywczą pracę, kupuje buty górskie i rusza na Denali. Wchodzi na szczyt samotnie z Wonder Lake przez Muldrow Glacier, co więcej, szczęśliwie z niego schodzi, wprawiając w zdumienie nawet najstarszych bywalców Taalketny. Nikt przed nim tego nie dokonał. Co jest po drugiej stronie przełęczy? To odwieczne pytanie zawładnęło naszą wyobraźnią. Po kilku latach i szczytach zdobytych „po drodze” byłem pewny, że jestem gotowy na tę przygodę. Co roku na obmyślonej przez nas trasie można spotkać kilka zespołów. Miałem nadzieję, że będziemy mieli nawet wydeptaną ścieżkę w powrotnej drodze przez lodowiec Muldrow. Nadzieja okazała się jednak matką głupich. Nikt w tym sezonie nawet nie doszedł do Lower Icefall. Warunki na lodowcu były tragiczne w pełnym tego słowa znaczeniu. Wszystkie zespoły, które planowały wchodzić z Wonder Lake, wycofały się, nie widząc szans na bezpieczne przejście. Niestety, dowiadujemy się o tym w miejscu, z którego wycof był już niemożliwy.  

 

 

Opisywanie wejścia drogą West Butress to tak, jakby pisać pocztówkę z wakacji. Jest super pogoda, gra muzyka z radia napędzanego korbką. Mamy nowych kumpli z Ameryki, którzy jako pierwsi w historii planują wnieść na szczyt dmuchaną lalę. Jest kilka polskich zespołów. Są chłopaki z KW Jastrzębie, którzy na szczyt wejdą w sześć dni. Są dwie niezwykle zmotywowane komercyjne ekipy. Kilka innych grup niezależnych. Są wspaniałe warunki. Na „windy corner” nie ma wiatru. Wszystkie chmury znajdują się poniżej nas. Liofilizaty są zaskakująco dobre, a herbata smakuje wyśmienicie. I tak aż do 6194 m n.p.m... Doskonale zaaklimatyzowani dosyć szybko, bo już  dziesiątego dnia wyprawy, zdobywamy szczyt. Razem z nami dmuchana lala. Pierwsza w historii. Zdjęcia, uśmiechy, uściski,gratulacje. Schodzimy. Chmury się podnoszą. Chyba nachodzi zapowiadane załamanie pogody... Statystki mówią, że najwięcej wypadków w górach zdarza się podczas zejścia ze szczytu. Zdobywcy, oszołomieni sukcesem, tracą czujność, popełniają błędy, bez sensu giną. Jesteśmy tego świadomi, a mimo to ruszamy obładowani ogromnymi plecakami na drugą stronę Denali Pass. W stronę nam nieznaną. Trasą, na której nie ma jednak wydeptanej ścieżki. Amerykanie dopytują: „Po co właściwie tamtędy wracacie? Przecież możecie zejść do basecampu, samolotem wrócić do Taalketny i za dwa, trzy dni będziecie na dole!” „Nie mamy kasy na lot powrotny”, odpowiadam. W ten sposób nie muszę nikomu ani sobie tłumaczyć, po co właściwie to robimy. Skoro sam do końca tego nie mogę zrozumieć, to jak mam to komuś wyjaśnić?  

 

 

Pogoda się zepsuła. Właściwie to jest dupówa. Idziemy w rakietach śnieżnych przez górną część lodowca Harper. Beno krzyczy, że czasami nie widzi mnie na końcu liny. Ja w czasie prześwitów wyznaczam kierunek drogi. Z góry dostrzegłem, że szcze-liny są po bokach lodowca, a na środku wydawało się, że nie. Każde podejrzane „wklęśnięcie” w śniegu badam kijkiem, ewentualnie omijam dużym łukiem. Mimo to idziemy całkiem szybko. Powinniśmy się zatrzymać na noc. Może zawrócić. To nie jest pogoda na chodzenie po lodowcu. I nagle, zanim zdążyłem o tym pomyśleć, tracę grunt pod nogami. Zatrzymałem się na plecaku i ramionach. Beno instynktownie rzucił się na śnieg. Bezwładnie macham nogami szukając oparcia, ale cholerne rakiety w tym nie pomagają. Nie dam rady. Czuję, że tracę siłę, obsuwam się. „Ziom, lecę! Trzymaj!” Zawisam bezwładnie w zaklinowanym plecaku, pasek piersiowy podsunął mi się pod szyję. Duszę się. Nie mogę znaleźć zapięcia. Jest. Spadam. Zatrzymałem się. Dyszę ciężko z wysiłku, jesteśmy ciągle na ponad 5000 m n.p.m. Próbuję uspokoić oddech i ogarnąć trochę sytuację. Stoję na półce śnieżnej, która wąskim stokiem opada na dół. Kończy się po kilku metrach, a potem... ciemno. Lina jest naprężona, Beno mnie trzyma. Nie ma sensu krzyczeć, przecież w tej wichurze nic nie usłyszy. Plecak na szczęście zaklinował się na górze przyczepionymi do niego plastikowymi sankami. Muszę podejść po linie jedynie trzy metry. Jest spoko, nie ma co panikować. Przypinam małpę i tibloca. Przerzucam ciężar ciała na linę i... lecę. Nie wiem czy trwało to ułamek sekundy czy kilka. „Lina się urwała”, tyle zdążyłem pomyśleć. Zatrzymuję się nagle zaraz przy krawędzi czeluści. W jakimś amoku zaczynam się czołgać po śnieżnym stoku w kierunku półki. Znowu czuję, że lina się napręża, a następnie ciągnie mnie do góry. Metr, dwa. Co się dzieje? Jezu, muszę się uspokoić. Byłem pewny, że lina się zerwała albo Beno też gdzieś wpadł. Okazało się później, że próbował zbudować stanowisko z dziaby, a ja obciążyłem linę w najgorszym momencie. On sam spanikował, ale jakąś nadludzką siłą udało mu się mnie wyciągnąć dwa metry do góry tylko za pomocą małpy! Prawie dwie godziny zajmuje mi wyjście z tej bezdennej otchłani. Straciłem już czucie w rękach. Rzęsy mi się posklejały. Po wyjściu leżę przez kilka minut na śniegu, ciężko dysząc. Rozbijamy namiot. Cali przemoczeni, z bąblami na palcach, zmęczeni do granic możliwości próbujemy śmiać się z całej sytuacji. „Gorzej już być nie może”, pocieszamy się. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że jestem w błędzie, to pewnie byśmy zawrócili. Jednak nikt taki się nie znalazł, więc nazajutrz ruszamy dalej.  

 

 

Drugi dzień zejścia. Co chwila wpadam jedną nogą do mniejszych szczelin. Na bardzo stromym, lawiniastym zboczu Beno prawie gubi przytroczony do plecaka namiot. Rurki wypadły mu wcześniej, ale cudem zatrzymały się na naszych śladach i udało się je odzyskać. Schodzimy granią Carstensz w kierunku lodowca Muldrow. Stok jest bardzo stromy, upadek nie wchodzi w grę. Odpada jeden – odpadają obaj, a stok urywa się kilkusetmetrowym progiem. Natykam się przypadkiem na starą poręczówkę przykrytą warstwą śniegu. Co za ulga! Sześciomilimetrowa, stara, zniszczona lina, która pewnie nie wytrzymałaby lotu sprawia, że można chociaż poczuć się bezpieczniej.

 

Trzeci dzień. Typowy „whiteout”. Zero wiatru, tylko mgła, która ogranicza widoczność do kilku metrów. Odwodniliśmy się poważnie poprzedniego dnia, skutkiem czego twarze i ręce są opuchnięte, a usta popękane. Cały dzień siedzimy w namiocie. Wieczorem mgła podnosi się, ukazując, co czeka nas jutro. Ogromne szczeliny Great Icefall, a po dwóch stronach lodowca ściany, którymi schodzą bezustannie potężne lawiny kamienne. Jestem po prostu przerażony. Zdaję sobie sprawę, że teraz nie mamy się już jak wycofać. Możemy liczyć tylko na szczęście. Dodajemy sobie otuchy, ale oczy zdradzają, że nas to trochę przerasta. Mój wcześniejszy wypadek stanowił jednak pewien pożytek. Usprawniliśmy nasz „system ratowniczy”, uwzględniając ilość sprzętu, jaki posiadamy oraz ciężkie plecaki i sanki. Teraz jestem trochę bardziej przygotowany na potencjalną „wpadkę”. Prawda jest taka, że wcześniej nawet nie brałem pod uwagę, że mogę wpaść do szczeliny. Pewność siebie może być zgubna.  

 

 

(Na szczycie Denali)

 

Czwarty dzień. Z przełęczy, między ogromnymi serakami, znajduję drogę na lodowiec Muldrow. Pogoda ciągle się zmienia. Czasem jest kompletny „whiteout”, a człowiek czuje się jak w środku piłeczki pingpongowej. Gdzie nie spojrzysz – biało. Surrealistyczne doświadczenie. Czasem jednak widoczność poprawia się na kilometr. Wśród odgłosów spadających po bokach lawin wchodzimy na Great Icefall. Kluczymy w labiryncie szczelin, co chwilę cofając się, obchodząc, często wykorzystując trzymające się na słowo honoru mosty śnieżne, ostatecznie nawet desperacko skacząc z czekanem. Ciągły stres. Czy tym razem wytrzyma? Brniemy jednak do przodu, by po kilku godzinach horroru zostawić za sobą Great Icefall. Nie mogę uwierzyć, że tak „łatwo” poszło. Jakby ktoś pozostawił ostatni, mały most śnieżny nad ogromną szczeliną tylko po to, żebyśmy mogli wydostać się z tego lodowego piekła. Kolejna noc na lodowcu. Grozy dodają odgłosy lawin, niesłabnących nawet w nocy.

 

Dzień piąty. Lower Icefall, już nie taki straszny, ale za to zupełnie roztopiony, ze szczelinami szerokimi na kilka metrów. Znów jeden most stanowi jedyną możliwość. Albo wytrzyma, albo po prostu nie przejdziemy i będziemy musieli kilometrami szukać kolejnej szansy. Ostatnie sto metrów do moreny. Na każdym kroku wpadam do ukrytej szczeliny. Co za koszmar. Lodowiec chce nas przytrzymać do samego końca. Po kilku kilometrach dochodzimy moreną do upragnionej przełęczy McGonagall. Prawie na nią wbiegam, krzycząc ze szczęścia. Koniec lodowca, koniec stresu, koniec problemów! „Nie tak szybko” – coś szepcze mi do ucha. Jesteśmy 56 km od Wonder Lake, a nasza mapa urywa się na przełęczy. W dodatku praktycznie skończyło nam się jedzenie i właśnie zaczęło padać. Jeszcze długa droga przed nami.

 

Dzień szósty. Idziemy w deszczu wąską ścieżką wijącą się przez niekończące się wrzosowiska. Komary. Miliony komarów. Wykorzystują każdy skrawek ciała, żeby się bezlitośnie wkłuć. Na stopach ogromne odciski, plecaki wbijają już w ziemię. Wieczorem dochodzimy do okrytej złą sławą rzeki McKinley. Wygląda niewinnie, ale zginęło w jej wodach kilku alpinistów będących, tak jak my, u kresu podróży. Powinniśmy zaczekać, aby przejść ją rano, kiedy poziom wody jest najniższy. Nie czekamy, nie mamy jedzenia, chcemy jeszcze dziś dojść do Wonder Lake. Ruszam pierwszy, utrzymując równowagę przy pomocy kijków. Nie czuję się stabilnie, ale udaje mi się przejść. „Spoko ziom, nie jest źle!” – krzyczę. Beno idzie pewnie jako drugi. Przy samym końcu traci równowagę, obrócony przez nurt o 90 stopni błyskawicznie wpada z plecakiem do lodowatej wody. Na szczęście jest zaraz przy brzegu, więc szybko udaje mu się wydostać z opresji. Nasz głupi błąd ponownie skończył się tylko na kilku sekundach strachu. Rozbijamy namiot. Koniec atrakcji na dziś.  

 

 

Dzień siódmy. Ponieważ nie mamy mapy, nie wiemy, czy i gdzie jest dalsza ścieżka do Wonder Lake. Bez skutku szukamy wejścia na szlak wzdłuż granicy lasu. Droga nie może być daleko, więc postanawiamy iść na przełaj w kierunku domniemanej ścieżki. To chyba stres połączony z zupełnym wyczerpaniem podpowiada nam takie rozwiązanie. Po dwóch godzinach przedzierania się przez krzaki, bagna, zarośla w tundro-tajdze z milionem komarów siada mi psycha. Mam już kompletnie dość. Czuję, że niewiele brakuje mi, żebym rozpłakał się jak dziecko. Wszystko mnie boli, jestem głodny, pogryziony przez komary, chcę już dojść do tej cholernej drogi! Nie odzywamy się do siebie, ale wiem, że Beno przeżywa dokładnie to samo. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, znajdujemy ścieżkę. Jesteśmy uratowani. Nie mogę uwierzyć. Czy to naprawdę koniec? Dochodzimy do drogi. Udaje nam się złapać stopa, który dowozi nas na przystanek autobusowy. Dostajemy bułki z cynamonem, których słodki smak zostanie mi w ustach do końca życia. Osuwam się bezwładnie na siedzenie busa... „Panie i Panowie, proszę o uwagę! Na pokładzie naszego autobusu mamy dwóch alpinistów z Polski...”

 

Przechodzimy trawers masywu Denali jako drudzy Polacy oraz jako jedyny zespół w tym sezonie. Góra pozwoliła nam przejść, dając przy okazji mocniejszego klapsa – tak poczułem, patrząc za siebie na zachmurzone stoki McKinleya. Wiem, że to doświadczenie na zawsze mnie odmieniło. Zdaję sobie sprawę, jak niewiele brakowało nam do dramatu bez szczęśliwego zakończenia. Podjęliśmy ryzyko i dzięki temu zyskaliśmy coś, czego nie da się łatwo osiągnąć. Poczucie spełnienia. To właśnie uczucie pozwala od nowa cieszyć się życiem i doceniać nawet najmniejsze rzeczy, które otaczają nas w szarej codzienności. Czyżby była to odpowiedź na pytanie, dlaczego się wspinamy? Bo w góry idziemy po życie.


Tekst i zdjęcia:
Tomasz Kowalski

Magazyn GÓRY nr 204

 


 

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Monika Witkowska
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2017-04-26
Tylko w GÓRACH
 

Cho Oyu (8201 m n.p.m.)

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2017-04-24
Tylko w GÓRACH
 

W następnym wydaniu magazynu GÓRY: Boulderowy trip po Japonii

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com