Tydzień temu w weekend (od 17 do 29 kwietnia) zrobiłem sobie małą wyprawę skialpinistyczą do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Nie odbyło się bez przygód (zrzuciłem 3 małe lawinki :)), ale ogólnie było super! :)
1 zdjęcie
Jedno zdjęcie z którego jestem zadowolony
Dzień 1:
Przyjeżdzam do Zakopanego o 7:00 autokarem (po przesiadce z pociągu w Krakowie). Miałem plan, żeby wjechać kolejką na Kasprowy i dalej na Kościelca, a później na Zawrat, ale że kolejka nieczynna z powodu wiatru, to z Kościelca rezygnuję i ruszam z buta (nie mam turowych wiązań i buty też zwykłe alpejskie.
O 7:13 wyruszam Jaworzynką. Na Gąsienicowej jestem po 3 godzinach. Długo? Tak. Ale narty i plecak sporo ważyły.
Kilka fotek, chwila odpoczynku w Murowańcu i idę dalej.
Przy Stawie Gąsienicowym wiatr jest mocno odczuwalny. Przy silniejszych podmuchach muszę się zatrzymywać, żeby mnie nie zdmuchnęło. Tak w sumie wiało już cały czas, aż do samego Zawratu. Ale za to jest pięknie.
Idę cały czas dalej. A Zawrat wydaje mi się nieosiągalny. Wiatr i ciężki plecak dają się we znaki.
W końcu docieram na górę. I co? Załamanie pogody. Widoczność do 20 metrów. Śnieg z deszczem i strasznie lawiniasto.
Zjeżdzam. Razem ze mną 3 małe lawinki. Ale jakoś dało radę szczęśliwie dostać się na dół.
Około 19 jestem w schronisku w 5 stawach. Tak długo jeszcze nigdy mi żadna podobna trasa nie zajęła...
Dzień 2:
Teraz już lepiej. Plecak prawie pusty - tylko najbardziej potrzebne rzeczy. Po dwóch godzinkach jestem na Kozim Wierchu. Pogoda dobra. Trochę poprószyło kaszką, ale większość czasu słoneczko pięknie świeciło.
Trasa zjazdu z Koziego. Trudność to tylko - 2.
Po odpoczynku przed schroniskiem podchodzę jeszcze na Niedźwiedzia i dalej kawałek pod Miedziane.
Widok na wcześniejszy zjazd z Koziego.
Dzień 3:
To już krótki spacerek w palącym słońcu do Zadniego Stawu.
I dalej na Zawrat. Ponownie plecak załadowany do pełna, więc w sumie od schroniska aż 3 godziny.
Kilka fotek na Zawracie (tym razem z komórki).
Na koniec zjazd Długim Żlebem do Doliny Jaworzynki z Przełęczy między Kopami.
I do domu.
Podsumowując: Było lepiej niż można by sobie wymarzyć. Przynajmniej dla mnie. W schronisku wspaniali ludzie i pogawędki przy winie i piwku do późnego wieczora.
Już nie mogę się doczekać kolejnego wyjazdu...