Tekst i zdjęcia: Bartek Latasiewicz www.mogadorstudio.pl
Oczywiście nie popadajmy w przesadne uwielbienie, bo jak sama nazwa wskazuje – Niski jest niski, a miejsc naprawdę nadających się na skitury jest niewiele. Jednak jako autochtonowi przyszło mi się zastosować do przysłowia: „jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. I z takim nastawieniem kilka lat temu wyruszyłem na okoliczne górki uzbrojony w foki. Po wielu próbach, poszukiwaniach, zawodach i radościach, jaką daje zimowa turystyka narciarska, wyłonił się numer jeden na mojej liście tras w Beskidzie Niskim.
Tura ta jest moją ulubioną i w każdym sezonie staram się ją przejść przynajmniej raz, za każdym razem ciesząc się nią na nowo. Dostarcza mi zarówno emocjonujących długich zjazdów, jak i lekko zapacających podejść. Dodatkowo działa na mnie nobilitująco z powodu faktu, iż wszędobylscy oraz wszędzie pomykający w Beskidzie narciarze biegowi i śladowi raczej nie mają czego na niej szukać. W lżejszym sprzęcie zjazdy na tej trasie są – delikatnie mówiąc – lekko karkołomne.

Start na łąkach w Hańczowej
Wszystko zaczęło się we wsi. We wsi, ale nie byle jakiej, bo mowa o Hańczowej – to od jej nazwy niektórzy znawcy tematu nazywają ten teren Beskidem Hańczowskim. Wysiadłem z pekaesu, niedzielno-marcowe słonko miło podpiekało. Poranny mrozik lekko szczypał policzki, sielanka taka, że aż żal się ruszać. Jak przystało na działanie w stylu light & fast, skorupy ubrałem w domu. Ruszyłem drogą w stronę mostku za czerwonym szlakiem. Na przystanku zaczepił mnie staruszek i zaczął przekonywać, że źle wysiadłem i że na narty na Magurę Małastowską muszę jechać dokładnie w drugą stronę i że za 20 minut będzie pekaes. Oj, i jak tu wytłumaczyć, że ja na skitury przyjechałem – na takie narty z fokami....
Przekroczyłem mostek, a tam – cudowne dotknięcie bieli. Ruch posuwisty czas zacząć! Zabudowania szybko zostały za mną. Śnieg chyżo umykał pod fokami. Nie trwało to długo i zapadłem się w las. Las beskidzki – las bukowy, szare pnie lekko mokre od topniejącego w słońcu śniegu. Idąc dalej za znakami, doszedłem do bardziej stromego odcinka. Tu trzeba mocno zadać z kija. Po kilkudziesięciu minutach łagodniejszym lesistym stokiem dochodzi się do głównego grzbietu. Szlak czerwony łączy się z zielonym i razem podążają na szczyt. Nazwę szczytu Kozie Żebro podobno nadali jeszcze austriaccy kartografowie, którzy znaleźli tu szkielet sarny, nazywanej potocznie kozą. Szczyt rzadko zalesiony jest dobrym miejscem na odpoczynek. Przy dobrej widoczności widać nawet Tatry!
Szybka transformacja sprzętu na opcję „zjazd” i w dół, dalej szlakiem czerwonym.
Ten odcinek jest uważany za jeden z najbardziej stromych zboczy w Beskidzie. Przez wiele lat i pokoleń łazików obrósł wręcz w legendę „wyciskacza potów wszelakich”. Na szczęście ja pomykam w dół, a nie w górę. Początek zjazdu biegnie szerokim zboczem pomiędzy buczkowymi pniami. Gdzieniegdzie można zauważyć resztki okopów z pierwszej wojny światowej. Dalsza cześć trasy zmienia się w leśną drogę, niestety dość wąską – przy cięższym śniegu lub szreni trudną do opanowania w zjeździe. Następnie szlak wyprowadza nas na szeroką łąkę, roztaczającą się aż do drogi w Regetowie. Po drugiej stronie dolinę zamyka piękny szczyt Rotunda.
W tym miejscu opuszczam szlak czerwony, by podążyć dalej żółtym na południe – w górę doliny aż do Przełęczy Regetowskiej. Kiedyś ta łagodnie wznosząca się dolina z wielkimi łąkami po bokach była zaludniona, teraz pozostała tylko mała cerkiewka z dwoma cmentarzykami. Już z połowy doliny widać majaczącą sporą sylwetkę Jaworzyny Konieczańskiej. Masyw jest prawie samotny, co dodaje mu powagi i zwiększa wrażenie wysokości szczytu na tle całej doliny. Po czterech kilometrach osiągam przełęcz a zarazem granicę Polski. Tu kolejna zmiana koloru szlaku – na niebieski. W zamierzchłych czasach był to jeden z przemytniczych przesmyków na drugą stronę karpackiego grzbietu. Stąd prosta, oznaczona dodatkowo słupkami granicznymi droga wyprowadza mnie na szczyt.