facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS

Piramida Carstensza – góra co z dżungli wyrasta

Ci, którzy byli na Piramidzie Carstensza, uprzedzali: góra fajna, ale dostaniesz nieźle w kość. Nawet nie tyle przy wspinaniu, ile na dojściu, w dżungli. Sprawdziło się. Dżungla Papui łatwa nie jest, ale dla takiego szczytu warto się pomęczyć.

Przejście przez dżunglę to głównie błoto i pokonywanie powalonych drzew



Mało kto „Carstensza” kojarzy, właściwie głównie ci, którzy zdobywają Koronę Ziemi. Ja sama niewiele o tej górze wiedziałam. Tylko tyle, że znajduje się w indonezyjskiej części Nowej Gwinei (tzw. Papua Zachodnia), że jest najwyższym szczytem Australii i Oceanii (a zarazem całego obszaru między Himalajami a Ameryką Południową), że ma 4884 metrów (na starych mapach zdarza się też czasem 5030 metrów), a jej nazwa upamiętnia holenderskiego podróżnika Jana Carstensza (zwanego też Carstenszoon), który w 1623 roku, żeglując u wybrzeży wyspy, wypatrzył górę z zaskakującym jak na klimaty równikowe lodowcem (nic dziwnego, że w Europie nie chciano uwierzyć w owo „odkrycie”). Co jeszcze wiedziałam? Ano to, że przynajmniej według Wikipedii góra ma drugą nazwę – Puncak Jaya, co na miejscu okazało się akurat pomyłką. Według prowadzących wyprawy lokalnych przewodników, Puncak Jaya to zupełnie inna góra, oddzielona od Piramidy Carstensza głęboką doliną.


Jeśli przymierzamy się do Korony Ziemi, Piramidę Carstensza wypadałoby zdobyć. „Wypadałoby”, bo Korona ma kilka wariantów i skoro „Seven Summits” to najwyższe szczyty wszystkich siedmiu kontynentów, wielu wspinaczy uznaje, że wystarczy zaliczyć łatwą i nieobciążającą finansowo Górę Kościuszki, najwyższy szczyt Australii. Ambitniejsi odpuszczają Kościuszkę, uznając, że nie tylko o Australię chodzi, ale o Australię z Oceanią, a w tym wariancie najwyższa i bez porównania dużo trudniejsza jest Piramida Carstensza. Najambitniejsi (okej, ja też ) zdobywają obie dyskusyjne góry.



Słynna tyrolka to bardziej adrenalinowe urozmaicenie niż rzeczywista trudność


 

Topografia i logistyka

Piramida Carstensza to punkt kulminacyjny ciągnących się przez Papuę Gór Śnieżnych. Biorąc pod uwagę, że szczyt znajduje się na czwartym równoleżniku (4°05′ S 137°11′ E), mniej więcej 450 km na południe od równika, nazwa masywu brzmi dość abstrakcyjnie, ale faktycznie – śnieg się tam zdarza (przy nas też padał). Niestety, z dawnych lodowców, które widział kapitan Carstensz, nic na Piramidzie nie zostało, choć na położonym naprzeciw szczycie Puncak Jaya ich resztki jeszcze zalegają. 


Największy problem w wyprawach na Carstensza to logistyka. Bo sam atak szczytowy, okej, wymaga sporo wspinania, ale to kwestia raptem jednego dnia. Paradoksalnie cywilizacja znajduje się bardzo blisko, zaledwie kilka kilometrów od góry, a jest nią... kopalnia! Nie byle jaka, tylko największa w świecie odkrywkowa kopalnia złota, a oprócz tego także miedzi i uranu, dzierżawiona przez Amerykanów i bardzo pilnie strzeżona. Na podejściu do obozu bazowego, a potem ze szczytu kopalnię (a raczej ogromną dziurę w ziemi) widać, jednak zapomnijmy o możliwości wejścia na jej teren. Jeszcze przed wyprawą podpisuje się dokumenty, że tego nie zrobimy. A jeśli zrobimy? Poza tym, że grożą nam kary więzienia i wysoka grzywna (kilka tysięcy dolarów), narażamy na wielkie problemy organizującą wyprawę agencję. Jedyna możliwość wejścia do kopalni to uzasadniona sytuacja związana z ratowaniem życia.


Nie powiem, skrót przez kopalnię korci, zwłaszcza przy powrocie. Droga przez nią do Timiki, miasta, z którego zaczyna się wyprawa, to zaledwie trzy godziny jazdy samochodem, podczas gdy przejście przez dżunglę to kilka dni wyczerpującej wędrówki i przelot niebudzącym zaufania samolotem.


No dobrze, skoro przez kopalnię nie można, to jak dostać się pod górę? Dolecieć helikopterem? To opcja nie tylko bardzo kosztowna, ale chyba też jakaś taka... niehonorowa. Alternatywą jest wspomniane dojście przez dżunglę. Kilka dni naprawdę męczącej drogi – my pokonaliśmy ją w tydzień, idąc każdego dnia 5–8 godzin) – w błocie i ciągłym deszczu, narażając się nie tylko na urazy, obtarcia i skaleczenia, ale też na malarię, zakażenie amebą i różne inne choroby. Kiedy dochodzimy do obozu bazowego, jesteśmy już zwykle w takim stanie, że zdobywanie szczytu nabiera zupełnie innego wymiaru, niż gdybyśmy tam dopiero co dolecieli z cywilizowanego świata, wypoczęci, wyspani, dobrze odżywieni, czyści i w zupełnie suchych ciuchach. A potem jeszcze powrót. 

Kiedy na naszej wyprawie padło pytanie, kto po tygodniu w dżungli i ataku szczytowym ma dosyć, przytaknęli wszyscy. Ale kiedy zapytano, kto chciałby zamówić helikopter, z dziewiętnastu osób zgłosiły się tylko trzy. Nawet nie o pieniądze chodziło – uznaliśmy po prostu, że to nie fair w stosunku do góry. Skoro zdecydowaliśmy się na jej zdobywanie, powinniśmy akceptować ją z tak zwanym „dobrodziejstwem inwentarza”, także z tą mniej miłą otoczką. Walcząc z kryzysami, przeszliśmy dżunglę jeszcze raz. Chęć jak najszybszego powrotu do cywilizacji wzięła górę nad zmęczeniem i postanowiliśmy wydłużyć dystanse, skracając drogę do trzech i pół dnia.


A co do helikoptera, to i tak nie udało się go ściągnąć, nawet do akcji ratunkowej. Holender, który miał po dżungli poważne problemy, zainfekowane do kości rany grożące ponoć gangreną i utratą nogi, ostatecznie poszedł z jednym z przewodników szukać pomocy w kopalni. Nie obyło się bez problemów, w końcu jednak pomocy udzielono i Holendra zabrano (przewodnika odesłano, aby wracał przez dżunglę, dopiero później łaskawie zgodzono się, by pojechał ze swoim podopiecznym do szpitala).


Jeszcze do niedawna wspinacze korzystali ze szlaku zaczynającego się i kończącego w wiosce Illaga, jednak obecnie ze względu na separatystów papuaskich startuje się z Sugapy, co jest wariantem trudniejszym (bardziej męczący odcinek dżunglowy), ale dającym większe szanse, że nikt wyprawy nie przyblokuje.

 


Wreszcie na grani, do szczytu zostało 40 minut



Bez agencji ani rusz

Ze względu na trudności organizacyjne (liczne zezwolenia, dojście przez dżunglę, kontakty z lokalsami etc.) nie da się dotrzeć do Piramidy Carstensza na własną rękę – trzeba skorzystać z pomocy którejś z kilku lokalnych agencji. Sama się zdziwiłam, kiedy zgłaszając się w pojedynkę do Adventure Indonesia dowiedziałam się, że ostatecznie jest nas dziewiętnaścioro, w tym czworo z Polski! Była to ponoć najliczniejsza ekipa w historii tamtejszych wypraw, nie jest to bowiem góra, na którą jeżdżą tłumy. W 90% są to wspinacze kompletujący Koronę Ziemi – u nas wejściem na Carstensza cel ten osiągnęły trzy osoby. 



To tylko fragment artykułu. Całość, a także szczegółowe informacje praktyczne znajdziecie w GÓRACH nr 242 (1/2015, styczeń-luty).



KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Verayher
"Niestety, z dawnych lodowców, które widział kapitan Carstensz, nic na Piramidzie nie zostało" - jak płynął Carstensz to trwała mała epoka lodowcowa i na zamarzniętym Bałtyku stawiano karczmy.

Goryonline
 
2017-03-15
GÓRY
 

Skitouring: trzy kroki na dobry początek

Komentarze
0
 
Maciek Szopa
 
2017-03-15
GÓRY
 

Ganesha 8c - nowa wielowyciągówka wytyczona solo!

Komentarze
0
 
Maciek Szopa
 
2017-03-14
GÓRY
 

Daila Ojeda debiutuje w górach

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Goryonline
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com