facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS

Mont Blanc biegowo – na dwa sposoby

Jeśli czujemy nieodpartą potrzebę precyzyjnego nazywania rzeczy po imieniu, to będziemy mieli problem. Dlaczego? Bo w zasadzie nie powinniśmy określać mianem biegania osiągnięć, o których chciałem opowiedzieć. Bieganie to przecież „ruch, w którym występuje faza lotu”. A „faza lotu” nie brzmi dobrze w kontekście śmigania po oblodzonych graniach, szybkiego pokonywania popękanych lodowców lub błyskawicznego wkaszania skalnych odcinków o trudnościach dochodzących do V+. Przyznacie, że jest to trudny do spełnienia wymóg formalny, zwłaszcza gdy zmagamy się z wyzwaniem wysokim na 4810 metrów. Słowem, gdy wdrapujemy się, najszybciej jak się da, na szczyt Mont Blanc.

Kilian Jornet na grani Innominaty; fot. Summit of My Life


A JEDNAK BIEGANIE

Spece od marketingu, obserwując uważnie trendy i wymyślając nazwy dla nowych kategorii sprzętu, stwierdzili, że określenia alpine running albo adventure running powinny dobrze charakteryzować istotę nurtu w bieganiu, który polega na maksymalnie szybkim pokonywaniu bardzo trudnego, wysokogórskiego terenu. Etykiety lśnią nowością, ale można stwierdzić, że to nic odkrywczego – po wysokich górach ludzie biegają od dawna, od czasu do czasu realizując wyróżniające się fantazją pomysły.

 

Od kilku lata nurt ten jednak nabiera tempa, a trudności tras stają się coraz wyższe. Dosłownie i w przenośni. Czy jest to jeszcze bieg, czy już wspinaczka? Albo czy można nazwać bieganiem szybkie podejścia po bardzo stromych stokach? Myślę, że rozwiązanie tych dylematów powinien podsunąć nam zdrowy rozsądek. Na pewno bieganie w górach typu alpejskiego różni się znacznie od miarowego uklepywania beskidzkich ścieżek. Nawet najlepsi zawodnicy, mając do pokonania trudny odcinek, przechodzą z podbiegu lub zbiegu do szybkiego marszu. To kwestia zachowania bilansu zysków i strat pomiędzy wydatkiem energii a utrzymaniem tempa. Albo realna ocena bezpieczeństwa, bo chęć wykręcenia lepszego czasu może słabo uzasadniać ryzyko skręcenia kostki (oby tylko).

 

Pogódźmy się więc z tym, że na trasach typu alpinie running nie wszystkie odcinki są możliwe do przebiegnięcia. Podobnie jak w biegu na orientację, gdy do pokonania jest młodnik w lesie albo strome i błotniste jary, zgodnie z rozsądkiem przejdziemy do bardziej ekonomicznej formy ruchu. Nie zmienia to jednak faktu, że poziom zaangażowania fizycznego w tego typu aktywności jest nieustannie wysoki, a dystans pokonany biegiem, w kontekście całej trasy, przeważa nad odcinkami robionymi w wolniejszym tempie.

 

W teorii więc sprawa wydaje się prosta: biegniemy tam, gdzie teren puszcza, i napieramy maksymalnie, gdy robi się trudno. Ale to teoria. Prawdziwa magia zaczyna się w realu. Jak bowiem utrzymać średnie tempo około 5 km/h, odpowiadające szybkiemu marszowi na nizinach, gdy na trasie do pokonania są odcinki stricte wspinaczkowe, eksponowane jak dachy gotyckich kościołów granie i przewyższenia sięgające prawie 4000 metrów? To w zasadzie niemożliwe, chyba że dysponujemy nieograniczoną wydolnością cyborga.

 

Kilian Jornet na na śnieżno-skalnym odcinku Innominaty; fot. Summit of My Life

 

CROSS MONT BLANC

18 września 2012 roku, 3:58 rano. Choć w alpejskiej, głębokiej dolinie nadal panuje gwiaździsta noc, po wschodniej stronie nieboskłonu dostrzec można nieśmiałe zapowiedzi brzasku. Na placyku przed kościołem w Courmayeur (1000 m) samotnie stoi chłopak, którego wyżyłowaną sylwetkę podkreślają obcisłe trykoty. Plecak, nieznacznie tylko większy od biegowego, zabieranego zazwyczaj na trasy ultra sugeruje, że przed tajemniczym zawodnikiem całodzienna wycieczka. Typowy wizerunek alpejskiego biegacza nieco zaburza przypięty do plecaka czekan oraz podejrzanie solidne, jak na standardy dyscypliny, obuwie. W pewnym momencie światło latarki omiata zegarek na nadgarstku, słychać sygnał uruchomionego stopera i człowiek szybko znika pomiędzy budynkami. Rusza w głąb Doliny Aosty, kierując się w stronę Mont Blanc.

 

Kilian Jornet, bo właśnie jego charakterystyczną sylwetkę mogli rozpoznać nieliczni cierpiący na bezsenność mieszkańcy Courmayeur, rzeczywiście miał w planach wycieczkę biegową. 42 kilometry nawet w alpejskich warunkach nie są dystansem, który może imponować w świecie mistrzów długiego biegania. Toż to nawet nie jest ultra! Mniej więcej taką odległość trzeba pokonać, żeby z Courmayeur dobiec na przykład do La Fouly. Obie te miejscowości to bardzo charakterystyczne punkty na trasach zawodów UTMB lub CCC, więc osoby, które w nich uczestniczyły, doskonale wiedzą, że dystans ten może stanowić miłą, wręcz relaksującą opcję na niedzielny trening.

Kilian ma jednak zamysł inny niż banalna wycieczka do La Fouly, gdzie pewnie znalazłby się po nieco ponad 3 godzinach. Szybko pomyka w kierunku doliny Val Veny (1500 m), gdzie zaczyna się stromy szlak prowadzący do schroniska Monzino (2590 m). Lekko rozgrzany Katalończyk pojawia się przy schronisku o godzinie 5:25. Dalej droga podbiegu, przeplatanego niewiele wolniejszymi podejściami, zmierza w stronę schronu Bivac Eccles (4041 m), powyżej którego rozpoczyna się zasadnicza część zabójczo ambitnego, jak się okazuje, projektu – Filar Innominaty. Klilian zamierza go „przebiec” drogą Innominata Ridge (960 metrów, IV, 2, M3, 5c), jedną ze stu najładniejszych klasyków w masywie Mont Blanc.

 

Po pokonaniu ciągle jeszcze zmrożonego lodowca wchodzi w filar, mając do dyspozycji 20-metrową linę, którą chce się asekurować na najtrudniejszych odcinkach. Pomimo obaw okazuje się, że warunki w ścianie są idealne, a w rozwinięciu szybkiego tempa nie przeszkadza ani śnieg, ani lód. Lekkie zwolnienie i maksymalne skupienie uwagi wymusza tylko techniczny odcinek o trudnościach V+, na którym Kilian asekuruje się liną, oraz bardzo wąska grań z oszałamiającą ekspozycją na obie strony. Na szczęście w wyższych partiach również nie ma lodu ani zbyt dużej ilości śniegu, więc po pokonaniu filara droga na Mont Blanc jest już tylko formalnością. Na szczycie Jornet pojawia się o godzinie 10:15, czyli po 6 godzinach i 17 minutach od momentu opuszczenia placyku przed kościołem w Courmayeur.

Ale to nie koniec przygody, bo do pełnowartościowego trawersu Mont Blanc konieczne jest jeszcze zbiegnięcie do Chamonix. Oczywiście w najlepszym możliwym czasie, co gwarantuje klasyczna, najczęściej dobrze przetarta droga prowadząca przez Dom du Goûter. Po pięciominutowej przerwie na szczycie, poświęconej głównie na przepakowanie rzeczy i krótki odpoczynek, Kilian zaczyna zbiegać znaną sobie trasą do Les Houches, by w końcu zameldować się w kultowym miejscu, czyli przed kościółkiem w Chamonix (995 m). Tu stoper zatrzymuje się po 8 godzinach, 42 minutach i  57 sekundach, co oznacza, że zbiegnięcie ze szczytu zajęło zmęczonemu – przynajmniej tak sobie wyobrażam „normalnego” człowieka po pokonaniu Filara Innominaty – Kilianowi 2 godziny i 19 minut.

 

Imponujące?  Jasna sprawa! Ale też trudne do wyobrażenia. Gdy podaję wszystkie te międzyczasy, jestem trochę „znieczulony”, bo są one dla mnie równie abstrakcyjne, jak odległości liczone w latach świetlnych. Tego typu trawers szczytu Mont Blanc drogą Innominata Ridge klasycznemu zespołowi wspinaczkowemu może zająć około trzech dni. Oczywiście, warunki w Alpach są nieporównywalne, standardowo dźwiga się ze sobą ciężki sprzęt, no a Kilian ma moc jak koń. Wszystko to niby wiadomo, ale pozostaje wrażenie, że chyba i tak mamy do czynienia z kosmitą :).

 

Ekwipunek Kiliana Jorneta

Plecak 15 l, lina 20 m (grubość 7 mm), pętla dyneema 120 cm, kask, czołówka, raki aluminiowe, czekan, zegarek, rękawice, okulary przeciwsłoneczne, czapka, kurtka typu hardshell, spodnie GoreTex, długie legginsy, skarpety na zmianę, koszulka z długim rękawem, jeden żel, bidon z wodą 0,4 l, buty z integralnymi stuptutami. Całkowita waga ekwipunku: 2512 g.

 

Trawers Mont Blanc, Courmayeur – Chamonix / czasy

Courmayeur – Val Veni: 40 minut

Val Veni – schronisko Monzino: 1 godzina i 30 minut

Monzino – Bivac Eccles: 3 godziny i 30 minut

Bivac Eccles – Mont Blanc: 6 godzin i 17 minut (5 minut na szczycie)

Mont Blanc – schronisko Goûter: 6 godzin i 50 minut

Goûter – Les Houches: 8 godzin i 15 minut

Les Houches – Chamonix: 8 godzin, 42 minuty i 57 sekund

 

Kilian Jornet na grani Innominaty - fragment wspinaczkowy; fot. Summit of My Life

 

TERAZ POLSKA

Może i Kilian jest kosmitą, a może ja jestem po protstu zbyt egzaltowany, bo okazuje się, że nie trzeba szukać daleko, aby znaleźć podobnego mu „cyborga”. Jacek Żyłka Żebracki, ratownik Grupy Podhalańskiej GOPR, skiturowiec oraz górski biegacz, w ubiegłym sezonie po raz pierwszy przystawił się biegowo do klasycznej drogi przez Dom du Goûter i… wykręcił imponujący wynik, a przy okazji pobił rekord Polski w wersji „tam i z powrotem”.

 

Oczywiście, droga przez Goûter to nie to samo, co Filar Innominaty. Ale jako cel biegowy jest trasą bez porównania bardziej logiczną, ma mniej więcej tyle samo metrów przewyższenia (około 3800), odcinki lodowcowe oraz skalne, no i oczywiście słynny Kuluar Śmierci, który trzeba pokonać dwukrotnie. Jest więc wszystko, co z ambitnego celu czyni poważne wyzwanie. Alternatywą dla Drogi Klasycznej miała być droga przez lodowiec Bossons i schronisko Gran Mulets – trochę krótsza i łatwiejsza, a więc i szybsza do pokonania – która jednak ze względu na bardzo wysokie temperatury i wytopienie lodowca latem 2015 roku okazała się nie do przejścia.

 

15 lipca 2015 roku, 5:00 rano. Choć w alpejskiej, głębokiej dolinie nadal panuje gwiaździsta noc, po wschodniej stronie nieboskłonu dostrzec można nieśmiałe zapowiedzi brzasku. Na placyku przed kościołem samotnie stoi chłopak, którego sylwetkę podkreślają obcisłe trykoty…

Hej, już to skądś znamy! Tym razem to nie Courmayeur, lecz położone w odległości 10 kilometrów od Chamonix Les Houches, a biegaczem jest Jacek Żebracki. Wśród „10 szczegółów” różniących obie opowieści można też odnotować, że Jacek na wyposażeniu nie posiada czekana (rekonesans dokonany dwa dni wcześniej na Białej Górze wykazał, że nie będzie on potrzebny), natomiast na nogach ma całkiem standardowe buty biegowe, w jakich wielu z nas latem śmiga po parkach.

 

Ekwipunek Jacka na Mont Blanc; fot. arch. Jacek Żebracki

 

Długość Drogi Klasycznej, którą chce pokonać Jacek, wynosi około 28 kilometrów. Staruje ona z miejscowości Les Houches (1025 m), a następnie leśną ścieżką wyprowadza na Col du Mount Lachat (2077 m), skąd dalej, wzdłuż torów kolejki zębatej, podąża na Nid d'Aigle (2372 m). To właściwie dopiero początek, który większość turystów skrzętnie sobie odpuszcza, wybierając dojazd kolejką. W tym wypadku o kolejce nie może być mowy, bo bieganie to „faza lotu”, której raczej nie zaznamy, wożąc tyłek tramwajem.

 

Kolejnym charakterystycznym punktem na trasie jest schronisko Tête Rousse (3167 m), powyżej którego zaczyna sie bardzo strome i techniczne podejście po skałach do schroniska Goûter (3817 m). Na tym odcinku należy pokonać niebezpieczny Kuluar Śmierci Od schroniska Goûter trzeba jeszcze podejść na Dom du Goûter (4304 m), następnie minąć schron Vallot (4362 m) i po kolejnych 500 metrach podbiegu przeplatanego podejściem (lub na odwrót) stanąć wreszcie na szczycie Mont Blanc (4810 m). Droga ta zajmuje dobrze zaaklimatyzowanym turystom wysokogórskim co najmniej dwa dni. Jackowi Żebrackiemu zajęła 4 godziny i 17 minut! W drodze na górę Jacek zakłada raki dopiero w okolicach schronu Vallot, bo szlak jest dobrze przedeptany, a warunki niemal idealne. Z tego też powodu nie używa stuptutów, choć, jak się później okazuje, podczas zbiegania śnieg jednak przedostał się do butów, co spowodowało otarcia na stopach.

 

Osiągnięcie szczytu to dopiero połowa trasy – do zaliczenia całości trzeba ją jeszcze pokonać w dół. Wydawać by się mogło, że skoro płuca nie walczą już o kolejny haust rzadkiego powietrza, serce nie wali dobre 20 uderzeń więcej od HRmax, a uda nie płoną żywym ogniem od prawie 4000 metrów podejścia, to właściwie luz i czysta formalność. Truchcikiem w dół po śniegu, lekko jak kozica po skałach poniżej Goûtera i pełnym piecem po ubitej ścieżce… Nic z tego, to nie ta bajka! Przynajmniej dla większości z nas, dla których osiągnięcie szczytu w czasie choćby dwukrotnie dłuższym sprawiłoby, że nogi mielibyśmy jak z waty. U Jacka efekt waty prawdopodobnie objawia się inaczej, bo na dole, przy kościółku w Les Houches zjawia się już po 2 godzinach i 14 minutach, zamykając całą trasę w czasie 6 godzin, 31 minut i 18 sekund. Jednak, jak sam stwierdza, zbieg był najtrudniejszym etapem, podczas którego ból mięśni i kolan był niemal nie do zniesienia. Przez cały czas trzeba było też mieć maksymalnie wytężoną uwagę, zwłaszcza na odcinku od schroniska Goûter oraz na osypujących się kamieniach poniżej. Mimo to nie udało się uniknąć kraksy – w dolnej, właściwie już łatwej części trasy chwila nieuwagi podczas pokonywania przepustu wodnego sprawiła, że Jacek zaliczył wywrotkę na szutrowym szlaku. Na szczęście niegroźną.  

 

Jacek Żebracki pod szczytem Mont Blanc; fot. arch. Jacek Żebracki

 

W przygotowaniach oraz podczas samego biegu Jacka Żebrackiego wspierali koledzy i koleżanki z Grupy Podhalańskiej GOPR: Kaśka Smoczyk, Tomek Gac, Grzesiek Kwiatek, Łukasz Giemzik i Kamil Kubik.

 

Ekwipunek Jacka Żebrackiego

Plecak 20 l, kurtka z windstoppera, spodnie przeciwwietrzne, ocieplacz typu primaloft, dwie pary rękawic, czapka typu buff, czołówka, bukłak i bidon z piciem, batony energetyczne i żele, raki aluminiowe, okulary przeciwsłoneczne, GPS, telefon, płachta NRC oraz stuptuty (nieużywane podczas biegu).

 

Tekst / Piotr Gruszkowski

 

Artykuł z Magazynu GÓRY nr 249




 

KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Łukasz Ziółkowski
 
Łukasz Ziółkowski
 
2016-04-18
GÓRY
 

Imponujący zjazd w masywie Mont Blanc

Komentuj 0
Łukasz Ziółkowski
 
Łukasz Ziółkowski
 
2016-03-08
GÓRY
 

Pierra Menta 2016 z udziałem Polaków

Komentuj 0
Łukasz Ziółkowski
 
2016-01-22
GÓRY
 

Mont Blanc w 3D i "streetview"

Komentuj 0
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com