facebook
 
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2017-04-09
 

Matka Afryka – Bouldering in Africa

Z jakiegoś powodu zawsze opuszcza mnie szczęście, kiedy tylko planuję dłuższy pobyt wspinaczkowy za granicą. Mój pierwszy wyjazd skończył się po dwóch dniach, wtedy to strzaskałem sobie piętę. Drugie podejście zakończyło się podobną klapą. Tym razem koniec bulderowania związany ze stanem troczka w jednym z moich palców. Powodem był oczywiście brak rozgrzewki. Ale jako że nie można się zasiedzieć, postanowiłem spróbować po raz trzeci. Jak to mówią? Do trzech razy sztuka! Pozwólcie, że opowiem wam tę historię od początku.


Co powiesz o bouldering w Afryce???
Chociaż studiuję geografię, nigdy nie myślałem, że będę uprawiał buldering w Afryce. Pierwsze skojarzenia jakie nasuwają się, kiedy myśli się tym kontynencie, to: słońce, upał, węże, pająki i jeszcze raz upał! Fotografie wspinaczkowej scenerii w Rocklands, do których mieliśmy dostęp, dobrze harmonizowały z następującą wizją: ludzie gromadzą się na tle rozległego krajobrazu, ubrani jedynie w szorty bez koszulek. Dla mnie, bulderowca gustującego w temperaturach oscylujących wokół zera stopni, bynajmniej nie były to wymarzone warunki. Jednak Fred Nicole i Mary Gabrieli wielokrotnie przekonywali mnie, że Afryka – a konkretnie Rocklands – naprawdę nadaje się do bulderingu. Wiedziałem, że Mr. Nicole, który jest prawdziwym bulderowym estetą, zrobił tam wiele trudnych problemów, toteż moje wątpliwości zaczynały się powoli rozwiewać i wkrótce byłem gotów na trzecią zamorską wyprawę.

 

Scott Milton na Campground Boulder fot. Sandra Studer


Któregoś dnia ubiegłego lata wsiadałem więc na pokład samolotu do Afryki, zostawiając za sobą europejskie upały. Samolot jest dla mnie jednym z najmniej komfortowych środków podróży. Moim zdaniem siedzenia stają się tam mniejsze z roku na rok; wyjątkiem jest, jak przypuszczam, pierwsza klasa. Inna sprawa, że po kilku lampkach wina zapomina się o klasowych dysproporcjach, które dotykają biednego bulderowca. Piętnaście godzin później, z lekkim bólem głowy, wylądowałem w Capetown, ale z jakiegoś powodu mój bagaż nie podążył w ślady właściciela. Okazało się, że w przeciwieństwie do moich jego plany podróżnicze były skromniejsze i postanowił udać się do Londynu. Na szczęście sympatyczni pracownicy Air France dostarczyli go do Rocklands już dwa dni później. Biorąc pod uwagę fakt, że camp nie posiadał adresu, spisali się na medal. Na lotnisku miałem naprawdę uroczy komitet powitalny. Fred, Mary, Sandra Struder, Scott Milton i Justin Hawkins przyjechali z Rocklands, aby mnie odebrać. To naprawdę miłe, kiedy przybywasz do obcego kraju i wita cię grupka przyjaciół. Było późne popołudnie, gdy w końcu opuściliśmy Cape town, udając się szosą N7 w kierunku Rocklands. Niesamowite, jak mając za sobą tyle godzin siedzenia w samolocie, można cieszyć się zwykłą przejażdżką samochodem. Choć równocześnie muszę przyznać, że prowadzenie samochodu w Afryce jest wyjątkowym doświadczeniem. Drogi nie są w najlepszym stanie, tubylcy potrafią udać się na przechadzkę z koszem z supermarketu po autostradzie, a w obszarze zabudowanym nie ma chyba żadnego ograniczenia szybkości. I samochody jeżdżą prawą lewą stroną jezdni... Jednak Scott, który mieszkał tam od kilku miesięcy, był już przyzwyczajony do takiego stylu jazdy. Po trzech godzinach szczęśliwie dotarliśmy do Clanwilliam, małej wioski w górach Cederberg.


Po kolacji w barze Cedar Inn, już w ciemnościach, wsiedliśmy do auta, aby pokonać ostatnie dwadzieścia minut naszej podróży. Przez cały ten czas siedziałem z nosem przyklejonym do szyby, starając się rozpoznać kształty niezliczonej liczby skał, które mijaliśmy. Wszystko wydawało się nieco nierealne. Fred, Mary, Scott i Sandra mieli ze mnie niezły ubaw, bo od czasu, kiedy, jak ja w tamtej chwili, po raz pierwszy zobaczyli to miejsce, minęło już sześć lat. Kiedy byliśmy na miejscu, szybko rozłożyłem swój namiot. Po tak długiej podróży, kładąc się na materacu, czułem się jak w pięciogwiazdkowym hotelu. Mimo że byłem naprawdę wykończony, długo nie mogłem zasnąć. Pokłoniła mi się moja pani – ciekawość. Po prostu próbowałem sobie wyobrazić, jak wygląda nowe otoczenie, ale było to w pewnym stopniu niemożliwe.

 

Pierwszy poranek
Ze słodkich marzeń sennych wyrwał mnie hałas maszynki benzynowej. To Scott robił sobie kawę. W momencie, kiedy miałem się do niego dołączyć, inni zaczęli wyczołgiwać się z namiotów. Śniadanie o świcie zawsze jest miłe, szczególnie kiedy możesz zapaść się w przytulnym kokonie ciepłej kurtki. Upał, jaki panował w Europie, zdążył już dać mi w kość – w ciągu ostatnich tygodni zacząłem odczuwać zmęczenie i moja motywacja jęła się kurczyć, jak kawałek lodu wystawiony na działanie słońca. Rześkie powietrze, jakie poczułem pierwszego ranka, od razu obudziło moje ukryte zapasy energii i nie mogłem się doczekać momentu, w którym dotknę afrykańskiej skały.


Kemping jest pięknie położony w środku doliny. Potężne drzewa sprawiają, że przypomina oazę. Niewielki strumyk jeszcze potęguje to wrażenie. Na campie znajdziemy prysznice i toalety z ciepłą wodą. Jednak żeby skorzystać z tej ostatniej dogodności, trzeba mieć sporo szczęścia. Dla kogoś takiego jak ja, który zawsze ma ochotę na ciepły, a nawet gorący, prysznic, jest to spory problem. Po kilku nieudanych próbach postanowiłem ograniczyć swoje zabiegi higieniczne do niezbędnego minimum. Jak się okazuje, samotne mieszkanie w namiocie też ma swoje plusy!


Pierwsze głazy znajdują się zupełnie blisko namiotów. Około dziesięciu metrów od miejsca, w którym spałem, spoczywał sobie pierwszy głaz, czekając, aż ktoś się na niego wespnie. Ten, kto chce powspinać się jeszcze przed śniadaniem, może spuścić trochę pary w sektorze, który znajduje się praktycznie na miejscu. Wizytówką tego miejsca, ale też i całych Rocklands, jest Teapot, oferujący trudności od 6A do 8A. W tym miejscu znajduje się ponad pięćdziesiąt innych problemów, jak chociażby The Arch, John Denver i Kingdom in the Sky, a każdy z nich po prostu trzeba spróbować. Wszystkie zaliczają się do grona „klasyków” bulderowych.

 

Rocklands – bulderowy raj fot. Radek Capek


Tymczasem my spakowaliśmy nasze bety i po pięciu minutach dojechaliśmy do Rakhius Pass, gdzie rozpocząłem moją pierwszą afrykańską sesję bulderową. Ach, co to było za miejsce na pierwsze kroki w Rocklands... Praktycznie nie sposób opisać tego rejonu komuś, kto nie widział go na własne oczy. Nigdy wcześniej nie widziałem tak wielkiego skupienia głazów w jednym miejscu. Nie wiem, co miał na myśli dobry Bóg, kiedy stworzył ten krajobraz, ale pomyślałem sobie, że powinien podzielić skałę bardziej sprawiedliwie. Choćby niewielki procent z tych zasobów mógł zrzucić w austriackim Tyrolu.

 

 

W końcu – kontakt
Z parkingu powoli udaliśmy się ku naszej „ziemi obiecanej”. To naprawdę niesamowite miejsce, które wydaje się być zaprojektowane specjalnie pod kątem bulderingu. Skały w takim otoczeniu po prostu zapierają dech w piersiach. Po raz pierwszy w życiu miałem wrażenie, że jestem w miejscu nietkniętym ludzką ręką, w którym jedynym śladem obecności człowieka zdawała się być droga do niego prowadząca.


Po dwudziestu minutach marszu doszliśmy do naszego celu, sektora Roadcrew. Fred z przyjaciółmi odkryli to miejsce rok wcześniej. W tym momencie istnieje tam około czterdziestu bulderów o trudnościach od 5A do 8A i więcej. Najsłynniejsze to Ulan Bator, Rooi Klaver, Umbuli etc. Jeśli tylko masz oczy szeroko otwarte, możliwości wytyczania nowych problemów są ogromne. Mając tak wielkie pole do popisu, musisz dokonać swego rodzaju selekcji – jedynym sensowym wyjściem jest skoncentrowanie się na najlepszych liniach.


Po zwiedzeniu terenu z Fredem nie mogłem już czekać i musiałem wreszcie rzucić się na problemy. Tamtejsze buldery oferują niesamowitą różnorodność ruchów. Mocno przewieszone okapy z dużymi klamami, podobne do tych w Hueco, dziurki i dosłownie wszystko, co można sobie tylko wymarzyć. Piaskowiec bywa bardzo szorstki, toteż z każdym zrobionym bulderem moja skóra stawała się coraz cieńsza. Ale oprócz tej szorstkiej skały znajdziemy tam również przyjemne ścianki kwarcytowe, które są gładsze i mniej skórożerne. Jeśli masz jeszcze więcej „szczęścia”, możesz znaleźć małe ostre krawądki, które – zamiast ścierać ci skórę, sprawią prezent w postaci małych, upierdliwych nacięć na opuszkach palców.


Słońce powoli przybliżało się do horyzontu, kiedy nasza mała grupka wracała z powrotem na parking. Nikt się nie odzywał. Wszyscy byli rozluźnieni i zadowoleni, szliśmy wsłuchując się w odgłos naszych kroków. Mary i Sandra wypatrywały w krzakach śladów lampartów. Niestety, ani razu nie udało nam się ich zobaczyć, chociaż wiadomo, że tę okolicę zamieszkuje około dwudziestu sztuk. Kiedy wróciliśmy do obozu, zabraliśmy się za przygotowanie porządnego posiłku. Zająłem się zbieraniem drewna, Scott doglądał ognia, a Fred, Sandra i Mary przygotowywali składniki naszego menu; osobę z najbardziej skasowaną skórą na palcach wybrano do obierania czosnku.


Po kolacji siedzieliśmy wokół ogniska, pijąc piwo, wino albo oba naraz. Rozmawialiśmy o bulderingu: o konkretnym chwycie lub przechwycie i tego typu rzeczach. Nikt nie martwił się o to, co będzie jutro. Następnego dnia nasze ciała były tak sztywne, że ledwo mogliśmy się ruszyć, ale motywacja czyni cuda. Mieliśmy w programie Roadside, największy sektor Rocklands. Można tam znaleźć około setki problemów o każdym stopniu trudności. Jednym z najtrudniejszych jest Monkey Wedding 8B+/C i Black Eagle 8C, chociaż ten drugi, z powodu urwanego chwytu, nie istnieje w swojej pierwotnej wersji. Fred znalazł kilka nowych chwytów, bardziej na lewo od oryginalnej linii i szybko zrobił nową. Nowy Black Eagle 8A+/B jest problemem wysięgowym i niżsi wspinacze (na przykład ja) nigdy nie będą w stanie dotknąć pierwszych dwóch chwytów. Ci, którzy wciąż chcą przystawić się do tego niesamowitego bulderu, mogą spróbować jump startu lub dostać się na niego od góry.

 

Fred Nicole na Black Eagle 8A+/B fot. Mary Gabrieli


W pobliżu drogi znaleźliśmy znacznie więcej bulderów o trudnościach 8A do 8B. Dla uzależnionych od adrenaliny znajdzie się wiele hajboli, cierpliwie czekających na bulderowców, którzy chcą poczuć smak strachu.


Temperatura rosła, a ja chciałem się jak najwięcej wspinać i spróbować różnych problemów o dużym stopniu trudności. Fred miał szczęście i odkrył nowy projekt biegnący w sporym, zacienionym okapie. Po kilku dniach w końcu przeszedł imponującą linię. To był dzień urodzin Nelsona Mandeli i dlatego nazwał go Madiba 8B+. W tym samym okapie, jakiś tydzień później, udało mi się dokonać drugiego (wedle wszelkiego prawdopodobieństwa) przejścia Steakhouse 8A/B. Bulder zawiera wiele różnych rodzajów ruchów. Zaczyna się od kilku atletycznych pociągnięć, po których trzeba zadać z dwóch krawądek na koniuszki palców, na końcu jest strzał... Niech się zastanowię, co jest dalej...

 

Bernd na Oral Office 8B fot. Mary Gabrieli


Kiedy ma się do wyboru taki przekrój problemów, naprawdę trudno skoncentrować się na jednym. Moim planem był... brak planu! Dzienny program zależał i wciąż zależy od nastroju, humoru i tego, na co mam akurat ochotę. Mimo takiego niezorganizowanego podejścia do bulderowania, udało mi się zrobić Nutsa 8A+, Leopard Cave 8A+/B i Pendragon 8A oraz rozwiązać swój projekt Oral Office, kolejne „osiem be”. Monostrzał na tym bulderze był jednym z moich ulubionych ruchów w całym Rocklands. Tak bardzo go lubiłem, że zrobiłem go jeszcze raz dla potrzeb filmu. Ale o tym później.

 

1 | 2 |
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
Goryonline
 
2017-04-26
Tylko w GÓRACH
 

Cho Oyu (8201 m n.p.m.)

Komentarze
0
 
Goryonline
 
Goryonline
 
2017-04-24
Tylko w GÓRACH
 

W następnym wydaniu magazynu GÓRY: Boulderowy trip po Japonii

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-04-21
Tylko w GÓRACH
 

Promocja przewodników wspinaczkowych

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com