No i dojechalem do wymarzonego Nepalu, dzisiaj czyli 9/10, czyli ze 2 dni pozniej niz sie spodziewalem ze dojade. No ale i tak sie ciesze, bo gdzie mi sie spieszy? A podrozowaniej po trzecim... po krajach niskorozwinietych to przygoda sama w sobie.
A zaczelo sie juz w swiecie bardziej rozwinietym, w Berlinie. Jak nie boje sie latasc, tak teraz mialem pietra. W trakcie startu samolot juz odrywal sie przednim kolem od pasa, a tu nagle sie zatrzymal, hamowanie, na recznym chyba, albo jakos tak, dosc gwaltowne, strazaki przyjechaly, samolot otoczyly i sie patrza, jak dymek z silnika idzie... miejscowke mialem zadzebista - nad samym silnikiem, wszystko widzialem, nie klame!!! strazaki nic polewac jednak nie musieli, a po pol godziny grzebania przez jakiegos mechanika maszyna mogla leciec. i w tym momencie wlasnie tego pietra dostalem. na samolot z doha do delhi nie zdazylem, ale za to do bombaju tak, skad potem dopiero do delhi.
w delhi nawet spoko. pre-paid taxi na paharganj, nawet jakos strasznie mnie ten syf nie ruszyl, chociaz faktycznie sakramencko smierdzi. biletow do gorakhpur na ten sam dzien nie udalo mi sie kupic, a dopiero na nastepny, i to jeszcze nie w klasie sleeper, tylko trzeciej z aklimatyzacja!!! stac mnie kurde (ok 10 funtow za 800km), ale co to za styl?
pociag do G tez sie spoznil - o 3-4h, co w indiach spoznieniem nie jest, ale zamiast o 10 bylem na miejscu o 14. tam namowili mnie westamani na 'jeepa" do granicy - jazda miala trwac godz. zamiast 3 autobusem, wiec sie dalem namowic. i jechalismy 4,5 godz. bo w jeepie zlapal gume, a przy zmianie kola pekl klucz do tegoz - 2 razy, bo w miedzyczasie bylo spawanie. sensacja na cala wies, wszystkie dzieciory sie zlecialy nabijac sie z westmenow co im sie jeepa zachcialo. ale do granicy dotarlismy.
na granicy wizy 2 miesiecznej kupic nie moglem, a tylko 3 miesieczna. ponowne przedluzenie miesiecznej kosztowaloby wiecej niz ta 3 miesieczna, wiec wzialem ta wlasnie, za 100 USD. chyba bede musial plan troche zmienic, bo nie moze sie przeciez ten miesiac zmarnowac ;)
noc w hotelu przygranicznym - za 80 NR, czyli ok 1 USD i komarow w cholere w zamian, wiec se nie pospalem.
a rano to juz lajt. autobus do pokhary (480 NR), pierwszy raz utknelismy po 2 min, ale w sumie nie wiem czemu - kierowca chyba sniadanie jadl, tak ze 40 minut go nie bylo. zaszkodzilo mu to sniadanie chyba, bo za chwile sie wpieprzyl w blotko, ze kol nie bylo widac, no i trzeba bylo pchac. tak zesmy popchali, ze tym razem to ja sie wdupcylem w blotko, ze nic nie bylo widac, morda cala uwalona, dres, wszystko. potem pojechalismy juz jakos, bez przystankow nawet, a z jeden na siku to by sie przydal. na sam koniec jeszcze tylko maly nepalczyk siedzacy na kolanah duzego nepalczyka obok mnie zlapal chorobe lokomocyjna i sie zerzygal do butow amaerykanina, ktory jechal obok mnie, ale postanowil stapic miejca, tylko butow biedaczek nie zabral. mam nadzieje, ze sie kapnal co i jak, na czas. ja mu zapomnialem powiedziec... sama droga natomiast piekna, slow brakuje zeby opisac.
jutro sprobuje zalatwic permit, zrobic jakies zakupy i w sobote rano sprobuje pojechac do besisahar, i bede dymal chyba dookola tej annapurny, a potem jeszcze do sanktuarium.
teraz juz koncze, bo Pani mowi, ze zaraz pradu nie bedzie, a poza tym jakis szczur mi sie plecakiem bardzo interesuje. zapraszam do kolejnych wpisow, pewnie juz po annapurnie , czyli za ok. 25-30 dniow. "po annapurnie" jak to brzmi... ciagle nie wierze ze tutaj jestem :))))
pawel
ps. zdjemcia to beda chyba jak RAWy obrobie, czyli pewnie jak do domu wroce...