Zjazd z LENINA


Pomysł zjazdu na nartach z położonego w Pamirze, na granicy Kirgizko-Tadżyckiej, Piku Lenina zrodził się w umysłach dwójki moich przyjaciół, a jako że już od dawna uprawiam wraz nimi w Tatrach tzw. ski-extreme, spotkał się z moim entuzjastycznym przyjęciem.

Cóż, wyjazd w lecie na narty i to w jedne z najwyższych gór świata - żaden szanujący się narciarz - ekstremalista nie przepuści takiej okazji. Każdy z nas, zjeżdżając stromymi i wąskimi tatrzańskimi żlebami, w skrytości ducha marzył o prawdziwym wielkościanowym narciarskim szaleństwie. Północna ściana Piku Lenina mogła pomóc te marzenia zrealizować. 

Po wyjściu na grań obejrzałem się za siebie - dostrzegłem miejsce, gdzie ślady wyprowadzały w prawo, trawersując stok Razdielni. To tam na wysokości 6100 metrów znajdował się obóz trzeci - na małej, wyrąbanej w lodzie półce, mogącej pomieścić ledwie kilka namiotów. Kilometr niżej majaczyły kropki dwójki. Ruszyłem przed siebie.

O zmierzchu osiągnęliśmy małe wypłaszczenie grani na 6400 m, gdzie rozstawiliśmy nasz stary wakacyjny namiocik. Topienie śniegu na herbatę trwało nieskończoność; palnik gasł często, zdmuchiwany przez wdzierający się do środka wiatr, zapalniczka też nie chciała się już palić. Za kolację musiało nam starczyć kilka łyków ciepłej herbaty. Ściśnięci w czwórkę, leżąc jeden na drugim, próbowaliśmy zasnąć. Pod naporem wiatru namiot przechylał się na różne strony, a jego ścianki z łoskotem uderzały o siebie. Co jakiś czas wiatr wdmuchiwał tuman lodowatego śniegu. Nad ranem zaczęliśmy wygrzebywać się z mokrych śpiworów, roztopiliśmy trochę śniegu, a każdy dostał po pół tabliczki czekolady.

Idziemy rozciągnięci w długą tyralierę, milczący, każdy swoim tempem. Dziesięć kroków, odpoczynek i znowu dziesięć. Czas rozciąga się w nieskończoność. Szczytu wciąż nie widać. Gdzieś na 6800 m Michał krzyczy, że wraca. Odwracam się powoli. Jest jakieś dwadzieścia metrów za mną. Nie mam siły zejść do niego. Dwadzieścia metrów tu to tak dużo. Pytam tylko, czy jest pewien. Kiwa głową. Patrzę, jak powoli zaczyna schodzić. Widać, że jest bardzo zmęczony.

Chwilę później ukazuje nam się kopuła szczytowa. Wierzchołek jest już blisko, ale jednocześnie jeszcze bardzo daleko. Wychodząc na kolejne spiętrzenie skalne, modlę się, aby był to już koniec. Tymczasem za nim wyrasta następne wybrzuszenie.
Wreszcie widzę Krzyśka machającego do mnie ręką. Ostatnie trzy razy po dziesięć kroków ...

Zjeżdżamy kawałek granią, a następnie skręcamy w prawo - ogarnia nas cień północnej ściany. Bardzo stromym stokiem, klucząc między gęsto rozsianymi serakami, opuszczamy się w kierunku widniejących w dole potężnych lodowcowych szczelin. Coraz to wpadamy w inny śnieg; głęboki, nawiany puch, twardy firn i niebieskawy lód. Na szczęście nowe Völkle radzą sobie doskonale w tak zróżnicowanym terenie. Ale dla nas jest to bardzo męczące - do każdego gatunku śniegu stosuje się trochę odmienną technikę skrętu, a podłoże zmienia się bezustannie. Do tego jeszcze duża ekspozycja (pod nartami, w wielkim skrócie, widzę poprzecinaną szczelinami ponad trzykilometrowej długości ścianę o średnio czterdziestostopniowym nachylenu) i wysokość.

Wszystko to razem sprawia, że zjazd nie jest czystą przyjemnością, wymaga koncentracji i kosztuje sporo wysiłku - robię dwa lub trzy skrętoskoki i oparty bokiem o ścianę ciężko łapię powietrze w płuca. Podczas jednego z takich odpoczynków widzę jak Darek, kilkanaście metrów przede mną, wjeżdża na szczyt seraka i nagle znika za nim. "Poleciał" - przelatuje mi przez myśl. Ostrożnie wjeżdżam na nawis, koło mnie jest już Krzysiek. W osłupieniu patrzymy na urywające się ślady nart. Wychylamy się za krawędź. W dole pod nami leży Darek. Kiwnięciem głowy wskazuję objazd seraka. Kiedy dojeżdżamy Darek już dochodzi do siebie, ale widzę, że ma kłopoty z kolanem. Stoimy zdezorientowani.
- Wszystko w porządku - mówi - Będę schodził, nie czekajcie na mnie.

Dalej zjeżdżamy we dwójkę. Za jakiś czas odwracam się i widzę go w górze schodzącego - wyraźnie utyka. Po chwili tracimy go z oczu na dobre. Jesteśmy już poniżej 6000 m. Za nami został już najtrudniejszy odcinek zjazdu. Dalej strome, lecz już gładkie lodowe pole, trochę się rozluźniamy. Trochę za bardzo. Wstając po odpoczynku jednocześnie odplątuję czekan, o który okręcił się ściągacz kombinezonu. Jestem już tak wypruty, że nie potrafię robić dwóch rzeczy na raz. W następnej chwili lecę głową w dół od razu, łapiąc niezłego speeda. Wykonując fikołek, tak aby nogi znalazły się niżej, chwytam czekan przygotowując go do wbicia. Obrót trwa dla mnie całą wieczność, a przecież to tylko ułamki sekundy. Słyszę jak Krzysiek krzyczy: obróć się!. A myślisz, że co robię - chciałbym mu odpowiedzieć, ale nie ma na to czasu; w tym momencie narty uderzają o śnieg, prędkość natychmiast podbija je z powrotem do góry. Ale jestem już odwrócony, próbuję wbić ostrze czekana, słyszę jak haruje po lodzie. Wiem, że gdzieś pode mną, u podnóża ściany, znajduje się szczelina brzeżna. Nie mogę nic zrobić, nic mnie nie zatrzyma - pomyślałem i w tym samym momencie poczułem szarpnięcie. Czekan wszedł głęboko w śnieg, a jego ostrze drążyło rynnę z której tryskały tysiące maleńkich lodowych odłamków. Naparłem całym ciężarem - tak, że ostrze zagłębiło się po samo stylisko. Zacząłem szybko tracić prędkość.

Jest już ciemno. Od obozu dzieli nas nie więcej niż pareset metrów. Odwracam się ku ginącej w mroku Naszej Ścianie. Sięgam do umocowanej na kasku latarki, posyłając w jej kierunku trzy mrugnięcia. Wraz z Krzyśkiem dłuższą chwilę wpatrujemy się w czerń ciemniejszą od nieba. Nagle, gdzieś z samego środka mroku, błyska światło. Trzy równo przedzielone nicością sygnały mówią: wszystko w porządku, schodzę, czekajcie w bazie.

W namiocie oprócz nas czeka gorąca herbata. Przez radiotelefon odbieramy gratulacje chyba we wszystkich językach świata. Łapiemy też łączność z Michałem. Cieszy się razem z nami, rano zamierza schodzić do "dwójki", zabierając po drodze większość naszego sprzętu. Życzymy mu powodzenia. Wkrótce spotkamy się w bazie.

Dominik Zadęcki
www.chamonix.prv.pl 

"Góry", nr 118, marzec 2004

(bz)

 

informacje echa z gór biznes co gdzie kiedy relacje miejscówki skitury ludzie poradnik sprzęt katalog sprzętu/szpej test sprzętu cooltura biblioteka górska fotogaleria film strefa handlu sklepy górskie sklepy internetowe katalogi ogłoszenia drobne linki goryonline o nas kontakt reklama ostatnio dodane bloGORY Hyde Park GÓRY archiwum prenumerata konkurs TATERNICZEK