Jakiś zwierz dobiera się do samochodu. Słychać szemranie, kopanie i dziwne dźwięki wydobywające się spod samochodu. Szybko wstaję, jednym skokiem wydobywam się z pożyczonej Toyoty, a moje sponiewierane stopy zagłębiają się w zimnym piasku. To niedorosła mewa popełnia swoje pierwsze przestępstwo, próbując dorwać się do puszek po piwie z wczorajszej nocy.
Przyjechaliśmy tu bardzo późno, po nerwowej jedzie przez góry prawie bez wachy i desperackim poszukiwaniu Marty i Dave’a wśród kempingów na kalifornijskich plażach Pacyfiku.
Bóg wysłuchał naszych próśb i wachy w baku nam starczyło na styk, a Marta i Dave odnaleźli się i zawieźli nas na wspaniały dziki kemp na plaży. Na moje 31-wsze urodziny po raz pierwszy jechałam samochodem po plaży, kwicząc z radości na widok znaków drogowych i ograniczeń prędkości do 15 mil. Zaparkowaliśmy gdzieś w raju w środku nocy, golnęliśmy po piwku na szczęśliwy początek urodzin i zapadliśmy w głęboki sen wśród szumu fal i wiatru. Maciek mnie tylko ostrzegł, że jak zacznie kołysać to mam go obudzić, bo chociaż nasza Toyota jest w pełni outdoorowa, niespodziewany przypływ może zakończyć naszą podróż.
Na szczęście to nie woda, ale mewa mnie obudziła. Widok dokoła zapierał dech w piersiach: łagodne wzgórza winnic tonęły w chmurach, szary ocean rozścielał się dookoła, a wokół nas tylko wydmy i piaszczysta autostrada. Dave jak tylko otworzył oczy, przestrzegł mnie, że powinnam trochę zaczekać z kąpielą, bo po bezksiężycowej nocy w wodzie czyha horda głodnych rekinów, które mając słaby wzrok nie mogły nic nocą upolować i nad ranem nadrabiają zaległości. Mnie jednak kąpiel nie przyszła do głowy z bardziej prozaicznych powodów (mimo ewidentnej potrzeby wzięcia prysznica, którego nie widziałam od tygodnia), gdyż temperatura i wiatr wywiały mi z głowy wszystkie plany związane z aktywnością na plaży: na pocieszenie dokonałam kolejnej czynności po raz pierwszy w swoim 31 życiu - założyłam bikini, które zakupiłam dzień wcześniej właśnie na tę okazję. Dobrze, że Marta długo mieszkała na Hawajach i pomogła mi zawiązać wszystkie niezbędne sznurki. Oczywiście całość wylądowała na moim ubraniu, niemniej jednak byłam bardzo szczęśliwa.
Idealny dzień zawsze rozpoczyna się idealnym śniadaniem. Udaliśmy się więc do pobliskiego Pismo Beach i miałam wrażenie, że dokonaliśmy podróży w czasie. Hitchock i jego ptaki czaiły się za każdym rogiem, tkaniny w groszki mieszały się z różową karoserią cadillaców, a błękitne molo świetnie się harmonizowało z wiekiem i kolorem wyblakłych, hawajskich koszul kelnerek. Nie było więc wyboru - real american breakfast - na stół wjechały naleśnik z solonym masłem, grzanki z jajkiem podawane z bekonem, kiełbaski, jajka, syrop klonowy, przeźroczysta kawa i grzany chleb - wata. Przepyszne, chociaż może jedzone osobno, gdyż długo się zastanawiałam - najpierw słone czy słodkie. Zjadaliśmy wszystko, co się dało, nadrabiając zaległości z całego tygodnia i przeszliśmy do głównej atrakcji dnia - wine tasting.
Marta zajęła się organizacją wycieczki. Pozbierała potrzebne ulotki i wymyśliła trasę. Zaczęliśmy od... no nie pamiętam, ale wiem, że Maciek się zdziwił i powiedział na widok pierwszej winiarni – No, nie wygląda to jak mała przydomowa bimbrownia.
Jakaś, o dziwo śliczna Angielka, z pełnym „ą-ę” zaprezentowała nam siedem smaków serwowanych przez tę winiarnię, choć ja się bardziej skupiłam nad zrozumieniem jej szemrzącej mowy niż na smaku wina. Maciek kochany się poświęcił, Dave w sumie też, także z Martą testowałyśmy za całą czwórkę. Pani się elegancko zapytała, czy są jakieś winiarnie w Polsce, ale trudno jej było wytłumaczyć charakter naszych przydomowych bimbrowni. Stanęło na tym, że w Polsce jest niezłe piwo, a świat nalewek i wódek smakowych został zminimalizowany do Żubrówki. Pani się trochę oburzyła historią, jak bizon mógł nasikać do wódki, ale przynajmniej brzmiało to interesująco;-) Dla osłody atmosfery i pewnego odświeżenia dostaliśmy wspaniałą gorzką czekoladę, którą głównie dla odmiany zajął się Maciek.
To był stop numer jeden. Stop numer dwa miał zupełnie inny charakter, dziewczyny w dresach, drewniana szopa i zdjęcia rodzinne na desce korkowej, choć już tematu rozmów nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Ze stopu numer trzy pamiętam piękne róże w ogrodzie, ganianie się po sklepie w czapkach traperów, i zupełną zlewkę serwera, który wyraźnie był bardziej zainteresowany Maćkiem i Davem niż nami damami - koneserkami wina.
Wieczorem udaliśmy się na najbardziej osamotnioną plaże Kalifornii - Jalama Beach. Aby tam dotrzeć, musieliśmy przejechać 20 mil krętymi drogami (oh, za dużo wina). Nasze miejsce kempingowe to była prawdziwa widownia spektaklu Natury w następującym wydaniu: akt 1 - wydry morskie, akt 2 - lwy morskie, akt 3 - wieloryby, akt 4 - czerwona kąpiel słońca w ocenie. To wszystko uzupełnione przepyszną kolacją - tofu burittos z cilantro, awokado i butelka najlepszego wina z dzisiejszej podróży. A przy boku cały czas ukochany mężczyzna – kandydat na męża;-) Cóż więcej może chcieć egzaltowana 31-latka.
I nagle poczułam się jak mała dziewczynka - Marta wyskoczyła z samochodu z tortem Murzynkiem z 40-stoma zapalonymi świeczkami, które natychmiast wszystkie zgasły zdmuchnięte przez ocen. Moje marzenia się zrealizowały, a moje urodzinowe życzenie brzmiało - niech tak zostanie na zawsze.
Kasia