Maciej Ciesielski Maciek Ciesielski

Blog Maćka Ciesielskiego (i Kasi Okuszko)

2008-05-14

Z Las Vegas...

Gdy wracaliśmy pustynią po zdobyciu Mojżesza, byłem cholernie szczęśliwy - jedna z największych przygód w życiu przeżyta w towarzystwie ukochanej osoby musi cieszyć.
Potem była autostrada. Tankowanie. Znów jazda. Obiadokolacja w jakimś Meksyku w malutkiej miejscowości, w której przelatująca mucha jest dużym i godnym odnotowania wydarzeniem. Potem znów Highway. Noc. Stacja – tankowanie – paliwo w Bolida – qwa im bardziej na zachód tym bardziej drogo... Wlewam w siebie ohydnie słodką i niedobrą kawę (a nawet jej nie posłodziłem). Kasia śpi, ja próbuję wytrwać. W końcu zjazd na Zion – nie o ten chodziło. Tradycyjnie już kłótnia o to, jak kto z nas się zna na mapie. W końcu grubo po północy wjeżdżamy do Parku. Właściwie nie wiem po co? I tak się tam nie powspinamy – spontaniczny projekt wież wygrał z tym wcześniej misternie zaplanowanym, w którym było miejsce i na wspin w Zion i na odwiedzenie Black Canyon.
Chyba po prostu chcieliśmy zobaczyć to miejsce, o którym tyle słyszeliśmy. Jeszcze krążąc w nocy po parku przeżywam szok na widok tylu drzew, zielonych drzew. Boże, jak dawno tego koloru nie widzieliśmy.
Park, a raczej kempingi na nim, pękają w szwach. Nic dziwnego sezon w pełni, a dodatkowo weekend. W końcu udaje nam się znaleźć wolny site. Kładziemy się na ziemi obok Chevego. Na niebie pełno gwiazd, aż trudno zasnąć. Myślę sobie o tym, co już przeżyliśmy, o spotkanych ludziach i miejscach. Będzie tyle osób, które będę chciał znów odwiedzić, tyle miejsc, gdzie będę chciał znów pojechać. Tak sobie myślę, że biedna jest pod względem wspinaczkowym ta nasza Polska. W samym Kolorado jest dziesięć razy więcej miejsc do wspinania niż w całym naszym kraju.
Takie na przykład Eldorado Canyon, jeden z kilku rejonów położonych w odległości pół godziny od miasteczka Boulder (ach co to za miasto - chciałoby się tutaj żyć). Wspinanie jest tutaj bardzo wymagające, wyceny surowe, a asekuracja bardzo często nad wyraz moralna – to właśnie tutaj „chodził do pracy”, jak to sam określał, niesamowity wspinacz-solista, dziś prawdziwa legenda czyli Derek Hersey.
Tak naprawdę to można by kiedyś przyjechać na dwa tygodnie powspinać się tylko w tym miejscu, a pozostaje jeszcze Mount Diamond, Boulder Canyon....
No i te narty, tak właściwie to w tym stanie można by na nich jeździć przez 10 miesięcy w roku....
Koniecznie trzeba będzie tu wrócić.
 
Po przyjeździe do Vegas oddaliśmy naszego kochanego Chevego i przenieśliśmy się do Tacomy Jacka - to już nasz szósty samochód, który przyszło nam używać podczas tego wyjazdu;-)
Ponieważ Jacek był zmęczony podróżą z San Frana, a my z Kasią zawsze jesteśmy zmęczeni;-), w poniedziałek wstaliśmy nie za wcześnie, choć muszę przyznać, że kemping, na którym się zatrzymaliśmy (jedyny w okolicy), nie pozwala na zbyt długie wylegiwanie, od 6.20 rano świeci na nim już słońce i to świeci naprawę ostro – w końcu pustynia.
Tego dnia wybraliśmy się do Black Velvet Canyon, gdzie - jak mówi przewodnik - na posiadających zacienioną wystawę ścianach znajdują się jedne z najładniejszych 5.10-wych obitych, płytowych dróg Ameryki.
Oczywiście nie byliśmy tutaj sami. W związku z tym zrezygnowaliśmy z początkowego planu wbicia się w Prince of Darkness 5.10c i zrobiliśmy znajdującą się obok drogę Dream of Wild Turkeys wariantem Yellow Brick Road 5.10b. Wspinanie (około 250 metrów) było wręcz rewelacyjne. Po zjechaniu dla rozwspinania, już bez Kasi, zrobiliśmy jeszcze trzy pierwsze wyciągi Prince of Darkness.
Okazało się, że na ten dzień są zaplanowane atrakcje nie tylko wspinaczkowe. W czasie powrotu (inną niż normalna, zamkniętą z powodu remontu drogą) nasza Tacoma na naprawdę nieprzyjemnym podjeździe o mały włos nie stoczyła się w bok z szutrowej drogi. Ponieważ koła się całkowicie zagrzebały, byliśmy w dość patowej sytuacji. W związku z tym mieliśmy dwugodzinną przygodę z cyklu prawdziwi mężczyźni, super samochod i wspaniały offroad. Po wyzbieraniu wszystkich kamieni z okolicy i zasypania nimi okolicznych dziur, po przeprowadzaniu pracy mających na celu wzmocnienie nasypu, z którego się staczaliśmy i innych takich w końcu udało nam się pokonać to bad hill, jak mówią o tym podjeździe miejscowi wspinacze;-)  
We wtorek już z samym Jackiem wybraliśmy się na słynną wizytówkę Red Rocks, czyli Lavitation 29 5.11c. Dzięki nowemu przewodnikowi i „naszemu doskonałemu górskiemu doświadczeniu” straszliwie i zagmatwane trzygodzinne podejście udało nam się zrobić w niecałe dwie godziny. Mimo że nie wstaliśmy zbyt wcześnie, pod ścianą byliśmy sami – w końcu środek tygodnia. Niecałe 4,5 godziny później wisieliśmy już w ostatnim stanowisku. Co mogę powiedzieć o drodze? Ładna, bardzo dobrze ubezpieczona, ale czy aż tak niezwykła – trudno mi powiedzieć, być może wynika to z faktu, iż wspinaliśmy się w tak potwornie silnym wietrze, że mi osobiście mimo iż ta droga była moim marzeniem, czasami nie sprawiało to przyjemności. Jednak jakoś siłą rozpędu dotarliśmy do góry. Drogę pokonaliśmy prawie klasycznie ;-) tzn. zmieniający się prowadzący przeszedł wszystko OS, a idący na drugiego w jednym miejscu skorzystał z metody sztucznych ułatwień, czyli perfidnie chwycił się expresa;-)
Kolejnego dnia w środę wstaliśmy nie wcześnie;-)
Należałby się rest, ale ponieważ Jacek wieczorem wracał samolotem do domu (i zostawiał nam samochód, za co dozgonnie jesteśmy mu wdzięczni) zdecydowaliśmy, że dobrze by było choć trochę się poruszać.
Nasz wybór z powodu mocnego słońca padł na Dark Shadow Wall (jest tam też bliskie podejście). Celem stała się krótka (cztery wyciągi), nietrudna (10c) droga Risky Business. Jedynym problemem okazała się asekuracja. Ja wiem, że to nietrudna płytowa wspinaczka, ale naprawdę była przepiękna, a z powodu zakładanej z rzadka, przeważnie własnej asekuracji, dla mnie była dość wymagająca.     
Kolejny dzień to reścik. Co jak co, ale Vegas się do tego nadaje wyśmienicie. Margarity nie dość, że były pyszne, to jeszcze ogromne (ponad litrowe kielichy) i okropnie tanie;-)
W związku z tym wszystkich nazajutrz wstaliśmy też raczej nie wcześnie. Korzystając z uprzejmości poznanych Katalończyków, zabraliśmy się z nimi po raz kolejny do Black Velvet Canyon i zrobiliśmy do końca Prince of Darkness – naprawdę jest to przepiękna linia. Pozostałą chwilę wolnego czasu wykorzystaliśmy na przejście trzywyciągowej, równie pięknej drogi The Gobbler 5.10a.
Podróż powrotna w tym pokonanie pechowego podjazdu minęła spokojnie.
 
Uświadomiliśmy sobie, że czasu mamy coraz mniej i pomału trzeba zacząć się pakować i przenosić dalej na zachód – w Yosemity. Znów pozostało nam w tym miejscu mnóstwo celów, na które z pewnością trzeba będzie wrócić (i przy okazji zabawić się w kasynach). Postanowiliśmy jeszcze tylko zmierzyć się z jednym celem – znajdującą się na Cloud Tower drogą Cloud Tower 5.12a. Linia ta zwana Astromanem Red Rocks to siedem przepięknych wyciągów, na których znajdziemy wszystko – od wspinania w bardzo technicznym zacięciu na wąskie palce (crux drogi) poprzez wspinanie w przepięknych, przewieszonych rysach na ręce (drugie kluczowe miejsce drogi), po wspinanie w szerokich rysach przemieniających się w kominy.
Niestety po podejściu pod drogę okazało się, że wspina się na niej, i to raczej niezbyt sprawnie, jakiś zespół. Na znajdującej się obok, reklamowanej jako najlepsza 5.8+ w Red Rocks drodzę Crimson Chrysalis naliczyliśmy tych zespołów pięć!!!. Boże, o której oni wstali by tu podejść?
Podejmujemy decyzję - zostawiamy tutaj cały nasz sprzęt i jedziemy do kasyna;-). Nie pijemy Margarit ;-( i jutro wstajemy wcześnie i podchodzimy tutaj jako pierwsi.
Plan się udał połowicznie, wstaliśmy wcześniej, ale i tak pod ścianą nie byliśmy pierwsi. Na szczęście amerykański zespół wybierał się na Crimson Chrysalis.
Cóż mogę za to napisać o wspinaczce na Cloud Tower? Chyba tylko to, że to jedna z najładniejszych dróg, jaką w życiu robiłem. Wszystkie wyciągi są przepięknym wspinaniem. Dodatkowy dzień odpoczynku dobrze nam zrobił, bo po czterech godzinach od rozpoczęcia wspinania wpiąłem się w stanowisko nad ostatnim wyciągiem. Godzinę później, po wykonaniu pięciu zjazdów, znaleźliśmy się z powrotem u podstawy ściany.
Jedząc kanapki mieliśmy spotkanie trzeciego stopnia z wygrzewającym się na słońcu na szczęście małym grzechotnikiem. Dochodziła trzecia, czuliśmy się wyśmienicie więc zdecydowaliśmy się jeszcze na wspinaczkę drogą Crimson Chrysalis, na której o dziwo, widzieliśmy tylko jeden zespół wiszący na drugim stanowisku .
Ponieważ używaliśmy siedemdziesięciometrowej liny doszedłem do nich jednym wyciągiem. Okazało się, że jest to zespół z Hawajów, który uczy się dopiero wspinać i bez problemów puścili nas przodem. Po kolejnym długim wyciągu zameldowałem się na przewodnikowym czwartym stanowisku. Tutaj nastąpił mały przestój. Zgodnie z tym co nam mówiono, zrobiło się małe zamieszanie, gdyż należało się wyminąć ze zjeżdżającym zespołem z góry (notabene byli to ci sami, których spotkaliśmy rano pod ścianą). Chłopaki trochę tych zjazdów nie ogarniali (przy okazji warto wspomnieć, że podczas tego wyjazdu nie widziałem ani razu, by amerykański wspinacz zjeżdżając na wielowyciągowej drodze używał prusa lub miał węzły na końcu liny). Jeszcze gorzej było na dole, gdzie na oczach Kasi zespół hawajski, po tym jak zdecydował się zjeżdżać, wyciągnął książkę, odnalazł odpowiedni rozdział i zaczął się spierać i zastanawiać, jakiego to węzła tutaj użyć - trochę zawiało grozą...
Na szczęście wyżej byliśmy tylko sami i kolejne pięć wyciągów udało nam się pokonać bardzo szybko.
Droga jest przecudowna i pomimo swojej niskiej wyceny trzeba się na niej cały czas trzymać. Na szczycie filara, na który nas wyprowadziła, załapaliśmy jeszcze ostatnie promienie słońca, popodziwialiśmy okolice z Las Vegas w tle i rozpoczęliśmy stosunkowo szybkie zjazdy.
O 20.30 dotarliśmy do naszego samochodu.
Jeśli mieliśmy jakieś plany wspinaczkowe, to na pewno zapomnieliśmy o nich rankiem dnia kolejnego. Po pierwsze wszystko nas bolało, po drugie zaczął padać deszcz;-).
Oboje stwierdziliśmy, że to znak niebios - trza jechać na zachód, nad Pacyfik, spotkać się z Młodą i Davem i uczcić jakoś zbliżające się urodziny Kasi. 
           
    
 










Komentarze

:) - 2008-05-15 13:11:25
 
- 2008-05-15 22:43:16
 
Lew - 2008-05-19 21:26:56
 
informacje echa z gór biznes co gdzie kiedy relacje miejscówki skitury ludzie poradnik sprzęt katalog sprzętu/szpej test sprzętu cooltura biblioteka górska fotogaleria film strefa handlu sklepy górskie sklepy internetowe katalogi ogłoszenia drobne linki goryonline o nas kontakt reklama ostatnio dodane bloGORY Hyde Park GÓRY archiwum prenumerata konkurs TATERNICZEK