Zakończył się kolejny etap naszej podróży. Mogę tylko napisać, że ponownie zakochałem się w pustyni, a wspinaczki na miejscowe wieże, zwłaszcza ta na Mojżesza, były największą wspinaczkową przygodą w moim życiu.
Ponieważ wkręciliśmy się strasznie w te wieże, zrezygnowaliśmy z planowanego wspinania w Zion i Black Canion – okazuje się, że dwa miesiące tutaj to za mało, żeby zobaczyć te wszystkie miejsca. Trzeba będzie jeszcze tutaj kiedyś przyjechać...
Co teraz? Już jesteśmy w Las Vegas. Przez trzy dni wspinaliśmy się z jednym z najlepszych wspinaczy jakich znam, czyli mieszkającym na co dzień w na Bay Area Jackiem Krawczykiem.
Dziś rest, więc przyszedł czas na małe podsumowanie, w końcu już jesteśmy za półmetkiem naszego wyjazdu.
Po pierwsze to już jesteśmy ciut zmęczeni, mija 42 dzień naszego pobytu tutaj, a w tym czasie wspinaliśmy się przez 25 dni. Coraz trudniej się zregenerować, zwłaszcza że przez ostatnie dwa tygodnie przed każdą drogą robimy niezłe podejście.
Po drugie, to po super wielkiej fascynacji piaskowcowymi rysami, zacząłem pomału dostrzegać drugą stronę tutejszego wspinania. W tym miejscu, jak w żadnym innym, bardzo dużo zależy od rozmiaru dłoni. O co mi chodzi? Po prostu potrafię sobie wyobrazić sytuację, że jednego dnia ktoś zrobi tutaj jakąś 5.12 oesem, a zaraz potem spadnie z kilku 5.10+, bo mu po prostu całkowicie nie leży szerokość rysy.
Co chcę przez to powiedzieć? Że na dłuższą metę to wspinanie jest tutaj trochę nudne, masz rysę i nic więcej, wchodzą ci do niej ręce, to ją robisz, nie wchodzą, to nie. Uczysz się kolejnego sposobu klinowania – zaczynasz robić trudniejsze drogi itp. Wiem, że uogólniam, ale chcę przez to napisać, że wspinanie w granicie wymaga np. więcej techniki i myślenia - tutaj masz mały stopień, tutaj musisz iść na odciąg, tu zaklinować palce, a zaraz potem dłoń.
Jest ono po prostu bardziej wymagające, a przez to ciekawsze i (tutaj muszę się zgodzić z Jackiem Czyżem) jest znacznie(np. w Yosemitach) trudniejsze.
Proszę sobie wyobrazić, że kilku moich dobrych znajomych - miejscowych wspinaczy, już kilka lat temu robiło w Indian najtrudniejsze tutejsze drogi, a yosemickiego Freeridera zrobili dopiero rok temu po kilku latach patentowania... To też coś znaczy.
Nic, kończę swoje przemyślenia, nie chcę oczywiście nikogo zniechęcać do odwiedzenia tego niezwykłego i pięknego miejsca (sami chcemy zrobić to jak najszybciej), chciałem po prostu napisać „całą” prawdę (oczywiście moją) o tym rejonie.
Kończę, bo jutro nas czeka kolejne długie podejście;-)
Zapraszam do obejrzenia zdjęć do wcześniejszego wpisu:
Owocna wizyta na pustyni.