Wszyscy odwiedzający wrócili już do Polski, więc samotnie ruszyliśmy w kierunku Moab. Następny tydzień przeznaczyliśmy na powrót do krainy rys. Mamy dokładnie siedem dni, gdyż w przyszłą niedzielę wieczorem spotykamy się z Jackiem Krawczykiem w Vegas. Nie mamy jeszcze dokładnego planu, ale to właśnie poczucie wolności i swobody wyboru natchnęło nas, aby po drodze zatrzymać się pod Fisher Towers. Kilka razy już przejeżdżaliśmy koło tego miejsca, ale jakoś nigdy nie było okazji, aby chociaż wysiąść z samochodu. Chodź Maciek, przejdziemy się chociaż na spacer, pozwiedzajmy tę krainę błotnistych zamków - zaproponowałam. Maćkowi nie trzeba było dwa razy powtarzać i w oczach zauważyłam charakterystyczny błysk. Kasia, a może się wespniemy na Cockscrew? - zapytał i tak powstał projekt pięciu wież.
Korkociąg
Charakterystyczny szczyt należący do grani Acient Arts to chyba jeden z najbardziej ciekawych motywów zdjęć wspinaczkowych ze „szczytowania”. Dookoła niesamowity widok na dolinę rzeki Colorado, kaniony i monumentalne ostańce piaskowcowe, a w najbliższym sąsiedztwie dziwaczna faktura zastygłych zamków błotnych, przerażająca swą delikatnością wspinaczy i zapierającą dech w piersiach turystów. Sam Korkociąg bardziej mi przypomina wnętrze muszli, z której odpadły ścianki i nareszcie widać po czym ten ślimak tam w środku chodzi. Te same ruchy co mieszkaniec muszli wykonują wspinacze, którzy próbują się wgramolić na ten szczyt. Chociaż opis drogi wygląda w miarę poważnie - pięć wyciągów, trudności do 11a, to nie w cyferkach pies jest pogrzebany. Pierwszy wyciąg to łażenie bez protekcji po dużych kamieniach, które podprowadzają nas pod kluczowe trudności, czyli jeden bulderowy ruch na zastygłej ścianie żwiru z wystającymi kamieniami (przypuszczalnie trudności zależą od tego, jaki kamień w danej porze roku wystaje bądź odpadł). Całość ubezpieczają cztery spity na długości ośmiu metrów. Nie da się tego nie zrobić. Dalej droga oferuje typowy przysmak rejonu – łatwy(5.8), pionowy błotny komin z ruszającymi się kamieniami, opadającymi chwytami, lawinami piasku i błota i z możliwością zrobienia sobie niezłej krzywdy w razie upadku. Gdy już uda nam się ślimaczymi ruchami przepełznąć przez tę formację, czeka nas wejście na eksponowaną grań, gdzie znowu po dwóch bulderowych ruchach w błotnej płycie stajemy na niej. Stajemy, jak stajemy, bo pozycja zależy od nerwów wspinającego się - dookoła totalna lufa, błotne ścianiszcza potęgują przestrzeń, a kruchość skały - strach. Ja przyjęłam pozycję kota (nie ma jak cztery łapy i ruchy posuwiste), Maciek natomiast wolał tak zwaną żabę: kolana szeroko, ręce i plecy wyprostowane. Ślimak czułby się tu chyba najbezpieczniej. Dalsze wspinanie to pokonanie techniką własną kilkumetrowej grani, następnie ominięcie czegoś, co Amerykanie nazywają deską do pływania lub najdziwniejszym tworem skalnym. Cholerstwo jest o tyle dziwne, że próba wejścia na nie frontem zakończyłaby się porażką i cudo to należy pokonać dołem i można się na nie wgiełgać „od dupy strony”. Teraz już tylko pozostaje zdobycie kilkumetrowego szczytu korkociągu, najlepiej posuwając się jak ślimak w muszli - dookoła i do góry. Asekuracja dobra, tylko to poczucie kruchości konstrukcji szarga nerwy. Maciek nie mógł sobie odmówić stanięcia na szczytowym kamieniu do zdjęcia, chociaż prze cały czas wołał: Uważaj! Rusza się, rusza.
Generalnie wspin bardzo przyjemny, inny, piękny, stosunkowo łatwy i na pewno nie do zapomnienia. Całość od sakramentalnych słów „może się wespniemy?” do powrotu do auta zajęła nam cztery godziny. Bardzo polecamy wszystkim odwiedzającym rejon tę przygodę.
The Rectory i Castelton Tower
Następnymi naszymi drogami na wieżach były dwa sąsiadujące ze sobą w „kościelnym rejonie” klasyki - Fine Jade na the Rectory (czyli na Probostwie) i Kors-Ignalis na Casteltonie. To wspinanie już było zdecydowanie ambitniejsze technicznie niż Fisher Towers, a za pierwszym podejściem wystąpiła tzw. zrzuta. Naszym pierwotnym planem była dumnie brzmiąca ściana północna. Podeszliśmy pod Casteltona dosyć rześko, chodź nie powiem, do tej pory nie byliśmy przyzwyczajeni do godzinnego dymania pod górę. Spotkaliśmy doświadczony zespół amerykański, który robił inną drogę obok naszej, omówiliśmy wszystkie szczegóły wspinaczki i wbiliśmy się w nie tę rysę. Maciek dzielnie walczył na pierwszym wyciągu, krew trysnęła mu prawie z każdego palca, na co ja wrażliwa narzeczona prawie nie mogłam patrzeć. Cholera, co to za „hand rysa”, jak ja prawie palca nie jestem w stanie włożyć - dziwił się Maciek po raz kolejny próbując wepchnąć swoje delikatne paluszki w naprawdę wąską rysę. Krew pot i moje łzy zadecydowały o wycofie i gdy niepocieszeni lizaliśmy rany pod ścianą, zapytaliśmy znajomy zespół amerykański na jakiej drodze oni są i w tym momencie wszystko stało się jasne - popier... się nam. Odkrycie to przyniosło trochę ulgi, że chyba nie jest z nami tak źle, ale traktując tę porażkę jako znak z niebos, poszliśmy oglądać łuki w pobliskim parku narodowym The Arches. Tylko schodząc w dół spod wież w głowie kołatała się myśl - o rany jutro znowu będzie tyle dymania do góry.
A następnego dnia było tyle dymania, co wspinania. Wypoczęci ruszyliśmy rano i w pierwszej połowie dnia pokonaliśmy przepiękny klasyk Fine Jade. Trudne, ale bardzo ładne wspinanie w rysach różnych rozmiarów z ciekawą płytą wyprowadzająca na szczyt. Niesieni jak na skrzydłach przenieśliśmy się pod stojące naprzeciwko Castelton i wbiliśmy się w znaną z książki „50 klasycznych wspinaczek USA” drogę Kor–Ignalis. Mimo późnej pory napotkaliśmy jeszcze kilka zespołów tkwiących w ścianie, co znacznie utrudniło poruszanie się do góry, ale ponieważ droga ta to tak naprawdę dwa z pozoru łatwe kominy wylane białą emalią - nie pytajcie się mnie co to, ale wyglądało ohydnie, jakby stado gołębi tu mieszkało przez ostatnie 20 lat, choć niewątpliwie ułatwiało wspinanie ze względu na wszechobecne krawądy. Szybko stanęliśmy na szczycie, gdzie widok na okolicę był wspaniałym ukoronowaniem tego wspinaczkowego dnia.
Tombstone
Droga ta zawsze była marzeniem Maćka i znowu jakoś nigdy nie mogliśmy się do niej dostać. Teraz już jako „kowale własnego losu” wykorzystaliśmy dzień w Moab na wspin na Corner Route. Miejsce to, poza przepiękną lokalizacją w Kane Creek Canyon, ma jedną wspaniałą zaletę - podejście, które trwa pięć minut. Wspinanie rozpoczyna się dziwacznym trawersem (ach to nasze niedokładne topo), a potem pięknymi rysami biegnie w zacięciu, które wyprowadza nas w partie podszczytowe z kluczowymi trudnościami. Wspinanie naprawdę ładne, choć bardzo trudne, na cienkie i małe raczki (niestety Maciuś takich nie ma ;-). Wieczorem jeszcze pozwoliliśmy sobie na odrobinę miejskiego luksusu - pizza i prysznic, co zaowocowało niezłą sraczką wieczorem. Jak człowiek do higieny nieprzyzwyczajony to tak reaguje na takie rzeczy – pamiętajcie więc „częste mycie skraca...”Noc spędziliśmy już w Indian Creek, by następnego dnia uderzyć na...
Six Shoters
To sześć wspaniałych pał górujących nad doliną, wraz z drogą dojazdu owianą złą sławą dla takich aut jak nasze (tak zwanych compaktów) oraz podejściem min. 1,5 godziny. Nasze plany wspinaczkowe były bardzo ambitne – Lighting Bolt Crack z rysami na małe rączki i nieasekurowalnymi offwithami. Wyruszyliśmy z kempu dużo za późno, a po tym jak nasze auto ujechało 10 (słownie dziesięć) metrów drogi dojazdowej wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo. Najpierw 5 mil w słońcu po pustyni, a następnie godzina śmiertelnym piarżyskiem pod ścianę, tak więc byliśmy już nieźle zmęczeni (no i wczorajsza biegunka), ale bardzo zadowoleni, że tu w ogóle dotarliśmy. I na tym się skończyło. Pierwszy trudny wyciąg sprowadził nas na ziemię. Z mocnym postanowieniem, że jeszcze tu wrócimy, nawet zabunkrowaliśmygalon wody, zastanawiając się, czy wytrzyma do naszego następnego razu. Wstaniemy wcześniej, dojedziemy wozem dalej, wymyślimy lepsze podejście i na pewno się uda. Tym razem grzecznie wydymaliśmy kolejne dwie godziny do auta, mocno już skoncentrowani na projekcie kulminacyjnym - Astromanie Canyonlands.
The Moses
Najpierw musieliśmy pokonać trudności obiektywne - pozwolenie. Pani Ranger przerażona naszym pomysłem podejścia pod Mojżesza, wykrzykiwała: Pustynia, daleko, bez samochodu - to niemożliwe! Jako to spać bez namiotu – a kojoty?? Ale ostatecznie wydała nam warty 15 dolarów świstek, jednocześnie informując, że nasze pozwolenie dotyczy wyłącznie terenów poza wyznaczonymi kempingami, więc mamy się trzymać przynajmniej milę od kempingu, chociaż łaskawie zgodziła się, że możemy korzystać z kibla na kempingu za darmo - chyba żeby kojoty nie widziały;-). Zapakowaliśmy sprzęt, żarcie minimum i po południu wyruszyliśmy ponad sześć mil po pustyni pod Mojżesza. Oczywiście można tam się też dostać samochodem terenowym, ale jako że nasz wypożyczony Chevy już raz się nie sprawdził w tego typu zadaniu, postanowiliśmy nie ryzykować. Szło się nam cudownie, dookoła wiły się kaniony, słońce gdzieś za ścianami zabarwiało wszystko na czerwono, ale Mojżesza jak nie było widać, tak nie było. Po jakiś 2 godzinach znienacka wyłonił się za zakrętem, a cały jego majestat zdawał się przemawiać: Morze, nakazuję ci, rozstąp się. Morze na tym terenie już się chyba dawno rozstąpiło, a my przeciwnie, skupiliśmy się pod kamieniem z widokiem na całą naszą drogę i tam spędziliśmy cudowną noc pod gwiazdami, starając się namierzyć owe kojoty, które nas totalnie zlały i nawet jeden nie zawył. No nic, przynajmniej świerszcze nie dały o sobie zapomnieć i rano, powaleni przedstawieniem z cyklu „światło i dźwięk” podczas wchodu słońca, zaczęliśmy się wspinać na Primrose Dihedrals – 150 metrów wspinania w rysach, offwithach i kominach, z dzikimi trawersami i delikatnymi ruchami w płycie. Wspinanie się tą drogą to prawdziwa górska przygoda, a jej odlegle położenie i ekspozycja czynią ją jedną z najlepszych linii na pustyni. O drugiej wpisaliśmy się do puszki szczytowej, a o trzeciej po południu już spakowani wyruszyliśmy czym prędzej w powrotną wędrówkę - harówkę, bo tym razem słońce nie dało o sobie zapomnieć.
Zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi dotarliśmy do Chevego i pognaliśmy w kierunku Vegas, śpiąc po drodze w Zion. Leżąc wśród czerwonych ścian Zion National Park sen mieliśmy ten sam - być za rok o tej porze, w tym miejscu.
Kasia Okuszko
Krótkie info na temat wspomnianych dróg:
Ancient Arts:
- Cockscrew (pięć naprawdę krótkich wyciągów: 5.5, 5.11-(raczej 5.10), 5.8, 5.10, 5.8)
The Rectory
- Fine Jade(cztery wyciągi: 5.10, 5.11a, 5.9, 5.11), pierwszy wyciąg RP, potem OS
Castelton Tower
- North Face 5.11- – mega pomyłka, zamiast wspinać się oryginalną linią drogi weszliśmy w jakiś wariant za 5.11+?
- Kor-Ingalls Route(cztery wyciągi: 5.6, 5.8, 5.9+, 5.7)
Tombstone:
- Corner Route(cztery wyciągi: 5.8, 5.7, 5.10+, 5.12-), ostatni wyciąg RP, reszta OS
Six Shoters:
- Lighting Bolt Crack 5.11-– wycof po dwóch pierwszych metrach – generalnie mieliśmy wszystkiego dość;-)
The Moses:
- Primrose Dihedrals (siedem wyciągów: 5.11+ R, 5.10+, 5.10-, 5.10, 5.9, 5.11+, 5.10), pierwszy wyciąg RP, potem OS