Maciej Ciesielski Maciek Ciesielski

Blog Ma?ka Ciesielskiego (i Kasi Okuszko)

2008-04-03

Sopelki, swojskie trawy i inne atrakcje - uzupełnienie

28 marca. Ciągle nie mamy bagażu, ale dzięki pomocy Jacka Czyża namierzyliśmy go w Chicago. Jedno wiem na pewno - Never Fly United.
Dziś reścik i nadrabianie zaległości w pracy – nie ma to jak internet;-). To niezwykłe, ale w miasteczku, w którym mieszkamy w Frisco, ciągle jeszcze jest zima. Tyle śniegu, co jest tutaj teraz, jeszcze w tym roku nie widziałem. Mamy stąd około 25 minut samochodem do Vail – jednego z najlepszych miejsc w Kolorado do wspinaczki lodowej i mikstowej, nic więc dziwnego, iż ostatnie dwa dni spędziliśmy wraz z Kasią właśnie tam.
Znakiem rozpoznawczym Vail, dla wspinaczy oczywiście, jest 40-metrowa lodowa kolumna – The Fang. Tworzy się ona raz na kilka sezonów i wyceniona jest na WI6. Aktualnie jest to kawał lodu z kilkoma wariantami przejścia (od WI4+ w górę). My wybraliśmy wraz z Kasią (a właściwie byliśmy do tego zmuszeni, gdyż z innych stron się po prostu lało) wariant, który z powodu wieńczącej wspinaczkę lodowej przewieszki miejscowi wspinacze wyceniają na WI5/5+.

Oprócz tego udało mi się poprowadzić 25-metrowego The Tang. Jest to maksymalnie cienka polewka lodowa ubezpieczona na pierwszych paru metrach trzema spitami, jej przewodnikowa wycena to WI5/5+R . Niestety z powodu naprawdę małej ilości lodu nie była ona już ostatnio prowadzona, a jej wycenę miejscowi szacowali na M7, WI5+/6?R. Dobrze zmotywowany przez Standę (A dlaczego to ma odpaść właśnie pod tobą? Musisz sobie wmówić, że odpadnie później), wspiąłem drogę Osem (jak ja się bałem...). Nie obyło się bez strat, wkręcając w naprawdę cienki lód, skosem do góry, jedną z najmniejszych śrub, tak się bałem, że pomimo iż śruba doszła do skały, to jeszcze ciut ją przykręciłem i... śrubka za 50$ jest teraz bezużytecznym złomem - but this is the cost of exploration – jak mawia jeden z naszych tutejszych znajomych.

Ostatnim sportowym akcentem jest udana próba poprowadzenia w pierwszej próbie drogi M8. Drugiego dnia pobytu w USA próbowałem przejść tę linię na wędkę, ale z powodu zmęczenia i zmiany czasowej nie byłem w stanie porobić nawet ruchów. Teraz droga padła od pierwszej przymiarki, a ponieważ nic nie pamiętałem, to czułem się prawie jak podczas przejścia OS;-)

Niewiele brakowało do przyonsajtowania słynnej drogi Amfibian M8. Wszystko układało się dobrze do, a nawet nad ostatnią wpinkę. Niestety dalej wystąpił brak lodu, dosłownie na ostatnich dwóch metrach prowadzących do stanowiska (brak lodu to złe określenie po prostu w miejscu, gdzie powinna być gruba polewa lodowa, był śnieg o konsystencji „kaszy”, za nic w świecie dziaby nie chciały w tym trzymać ) i czując się, jak to mówi czasem Wawa, całkowicie bezradny, skapitulowałem. 

Oprócz tego przeszliśmy kilka innych miejscowych klasyków od M5 w górę i na niektórych naprawdę można się zdziwić lub zaliczyć „kreskówkowy” lot – lot ten polega na tym, że po wyjściu w kurtynę lodową, po wbiciu dwóch dziab w momencie, jak na nich na chwilę zawisacie, ostrza zaczynają ciąć lód – trzymacie się dziab, a mimo to spadacie pozostawiając po sobie półtorametrowe pionowe krechy w lodzie. Całkiem jak np. kot na prześcieradle w „kreskówce” lub coś w tym stylu;-)
 
Jednak teraz coraz bardziej ciągnie nas na pustynię...   

29 marca. Mieliśmy dziś jechać ze Standą na jakieś dłuższe alpejskie drogi do Rocky Mountains, niestety z powodu pracy Standa musiał zostać w domu. Tak więc znów pozostał Vail. Tym razem pojechaliśmy tam w towarzystwie mieszkających w Denver Asi i Andrzeja. Początkowo wybraliśmy się w rejon Firehouse Area. Tam udało nam się przejść, dość rzadko się podobno tworzący sopelek – około 8 metrów za WI4+, doprowadzający do już łatwej polewki lodowej, a także to już w RP w drugiej próbie przepiękną drogę No name M8+/9. Najpierw prowadziła ona po cienkiej lodowej polewce doprowadzającej pod okap, później krótki pod nim trawers, a następnie czujne, siłowe wyjście na płytę nad nim. Właściwie to najtrudniejsze było znalezienie malutkiej krawądki, do której trzeba było sięgnąć zupełnie na ślepo lub tak ja, przy podpowiedziach osób stojących na dole. Potem już łatwo po skale pod soplem, po czym powinno nastąpić wyjście na niego z prawej strony. Ponieważ jednak lodu było tylem, że zalepił bolty, zdecydowaliśmy się na własny, i to chyba trudniejszy, wariant wyjścia na sopel z jego lewej strony. A co nas czekało za tym w nagrodę? Pionowe, dobre, no może nie tak dobre jak na Kotle, ale takie bardzo swojskie trawy;-)
Pod koniec dnia podjechaliśmy jeszcze pod rejon Fanga. Standa powiedział mi wcześniej, że właściwie to na Amfibianie przeszedłem najtrudniejsze miejsce, a te dwa ostatnie metry to pikuś, a on robił go kilka razy latem i gdy nie ma w ogóle lodu u góry, to są tam dobre miejsca na zaczepienia dziab. W związku z tym wszystkim, a także ponieważ osobisty trener – Kasia;-) kazał napierać, ruszyłem na drogę raz jeszcze, no i znów się udało. Rzeczywiście ostatnie dwa metry bez „kaszy” to była formalność – bardzo przyjemna formalność;-)
Przy okazji kilka uwag co do wycen. Wydaje mi się, że nasze propozycje z Tatr bardzo się pokrywają z miejscowymi wycenami, co mam na myśli: po prostu na tutejszych M7+ czuję się jak na wyciągach, dla których w Tatrach proponowałem 8. Nasze wspinanie bywa po prostu czasem bardziej techniczne, rzeczony Amfibian to po prostu czysta wytrzymałość na całe ponad dwadzieścia metrów (przy tej długości drogi wywiesza się ona na co najmniej 5-6 metrów), tylko dwa ruchy są z krawądek, reszta to pancerne dziury na połowę lub 3/4 ostrzy.
Wieczorem nastąpiła totalna załamka – naszego bagażu ciągle nie ma...

Walki o bagaż c.d.

30 marca.
Postanawiamy jechać do Denver walczyć osobiście na lotnisku o nasze bagaże, bardzo mi przykro to pisać, ale jestem już pewien, że w United pracują ludzie co najmniej nie odpowiedzialni. Sami im przez Jacka znaleźliśmy bagaż w Chicago, a oni go znów zgubili...

31 marca. Jakieś totalne załamanie pogody. W Denver śnieg. Frisko jest odcięte od świata – spadło tam prawie pół metra śniegu i jest około – 20 stopni C. Robimy sobie wycieczkę do Boulder, jednak jest za zimno, by się wspinać w Eldorado Canion. Spędzamy trzy godziny na lotnisku. Już jesteśmy tym wykończeni, czujemy jakbyśmy mówili do kogoś totalnie „niemądrego”. Każdy zrzuca odpowiedzialność na kogoś innego. W końcu pada odpowiedź, że to nasza wina, bo nie mamy podpisanych bagaży, a poza tym oni United Dever są Ok. Źli są ci z United Chicago... Paranoja, przecież to ta sama firma...  
             
 




Komentarze

- 2008-04-03 18:57:29
 
informacje echa z gór biznes co gdzie kiedy relacje miejscówki skitury ludzie poradnik sprzęt katalog sprzętu/szpej test sprzętu cooltura biblioteka górska fotogaleria film strefa handlu sklepy górskie sklepy internetowe katalogi ogłoszenia drobne linki goryonline o nas kontakt reklama ostatnio dodane bloGORY Hyde Park GÓRY archiwum prenumerata konkurs TATERNICZEK