Solo przez Solu Khumbu

Jeśli ktoś sobie wyobraża Himalaje jako odludne miejsce, to myli się, uczciwie uprzedzam. Czasem jest gęsto jak na Krupówkach – oprócz turystów i ich świty, tłoczą się lokalni mieszkańcy oraz oczywiście mnóstwo zwierząt jucznych – głównie jaków.

Autor: Marek Romanowicz

Sam? W Himalaje? A nie boisz się? Najczęstszą reakcją na mój pomysł samotnego trekkingu w rejonie Solu Khumbu w Nepalu było zdziwienie lub troska. I ja również miałem początkowo sporo wątpliwości. Ale jak jest okazja... to jadę, będę się martwił na miejscu.

Z Katmandu lata kilkanaście samolotów dziennie do Lukli – sporej wioski, skąd zaczynają się trekkingi w rejon Everestu. Sam lot z Katmandu to już niezła przygoda. Samolociki są małe – zabierają ok. 16 os. na pokład, każdy siada, gdzie chce – ja wybrałem miejsce jak najbliżej kabiny pilota, która zresztą jest otwarta i gwarantuje super widoki. Lotnisko w Lukli jest położone na stromym, górskim zboczu. Kończy się równie zaś pionową, skalną ścianą no i jest... krótkie. Zatem gdy tylko koła dotykają płyty, w samolocie zapada pełna napięcia cisza, a każdy ma w głowie jedno słowo „HAMUJ!”. 




Jest druga połowa października – szczyt turystycznego sezonu, i to widać. Ludzi jest mnóstwo. Przeważają zorganizowane grupy trekingowe z tragarzami i przewodnikami. To praktycznie 90% odwiedzających ten region, reszta to indywidualni turyści i uczestnicy wypraw himalajskich. Takich jak ja samotników, przemierzających te rejony z plecakiem, przez 19 dni marszu spotkałem 5. Z resztą z dużym plecakiem praktycznie nikt tu nie chodzi. Jak szczerze powiedział mi pewien nepalski przewodnik: „Tak chodzą tylko Czesi, Rosjanie, Polacy i Słowacy”. I jak się szybko okazało, miał całkowitą rację.

Jeśli ktoś sobie wyobraża Himalaje jako odludne miejsce, to myli się, uczciwie uprzedzam. Czasem jest gęsto jak na Krupówkach – oprócz turystów i ich świty, tłoczą się lokalni mieszkańcy oraz oczywiście mnóstwo zwierząt jucznych – głównie jaków. Ktoś, kiedyś nazwał te włochate, wielkie stwory jako: „all purpose animal”, czyli „zwierzę różnorodnego zastosowania”. Oprócz funkcji transportowej, z jaka można wytworzyć mnóstwo rzeczy np. z grubej i ciepłej wełny robi się ubrania i namioty, mięso to przysmak (zależy dla kogo...), z mleka zaś wytwarza się doskonałe sery i masło – podstawowy składnik tybetańskiej herbaty, a wysuszone odchody to często jedyne źródło opału. 

Pierwsze dwa dni idzie sie wzdłuż rzeki Dudh Koshi do Namche Bazar. Po drodze jest wiele wiosek, gdzie można zanocować, pełno też sklepików oraz restauracji. Niezłym sposobem na niedrogi i smaczny posiłek jest zatrzymanie sie w knajpce dla tragarzy. Ceny o połowę mniejsze niż w restauracjach dla turystów, ludzie mili i można poczuć ten mniej komercyjny Nepal, choć parę metrów dalej jest restauracja zapchana turystami.

Samo Namche Bazar (3440 m) jest fantastycznie położone. Gdy już z potem na czole pokonamy te 500 m stromego podejścia, to staniemy nagle na krawędzi wielkiego amfiteatru, zabudowanego tradycyjnymi, kamiennymi domami Szerpów, hotelikami, restauracjami i sklepami. Namche było zawsze ważnym centrum handlowym. To tu odbywała się wymiana towarów przywiezionych karawanami jaków z Tybetu, doliną rzeki Bhote Kosi przez wysoką Przełęcz Nangpa La. Zajęcie Tybetu przez Chińczyków przecięło tą ważną arterię handlową i pozbawiło mieszkańców Solo Khumbu istotnej możliwości zarobkowania. Na szczęście w tym samym czasie Nepal otworzył się na świat i pojawiło się nowe źródło dochodów – turystyka.




Dziś Namche żyje głownie z turystów, i rzeczywiście jest tu bardzo komercyjnie, można np. skorzystać z kilku kawiarenek internetowych (łącza satelitarne!), kupić górski ekwipunek, a jeśli zabrakło pieniędzy? No problem... Mając kartę kredytową możemy w oddziale banku wypłacić gotówkę…

Trekkerzy z reguły zostają w Namche na 1-2 dni aklimatyzacyjne, ponieważ stąd już dość szybko zdobywa się wysokość. Ja jestem świeżo po trekkingu dookoła Annapurny, więc śmiało gnam w górę, w kierunku Gokyo (4790 m). To jedna z najciekawszych i najpiękniejszych tras w tym rejonie. Jest trochę mniej ludzi na szlaku i widoki dookoła są po prostu niesamowite, z każdą godziną coraz lepsze. Cały czas idziemy w kierunku masywu Cho Oyu (8153 m), którego południowe zbocza zaczynają wyraźnie górować nad okolicą. Gokyo to po prostu bajka, niejeden artysta nie wymyśliłby takiego krajobrazu – śliczne turkusowe jezioro, strzeliste szczyty w śniegu, potężny lodowiec i białe zerwy kilkutysięcznych gór w oddali - to właśnie jest Gokyo!

Naprawdę warto tu zostać 2-3 dni. Praktycznie „obowiązkowym” punktem programu jest wdrapanie się na pobliską i łatwą górkę – Gokyo Ri (5360 m), co poza walorami aklimatyzacyjnymi, pozwala nam podziwiać zapierającą dech w piersiach panoramę. Widać stąd 4 ośmiotysięczniki (Cho Oyu, Everest, Lothse i Makalu), morze mniejszych gór oraz potężny lodowiec Ngozumpa, największy w tym rejonie. Warto przejść na drugi wierzchołek, parędziesiąt metrów dalej i już w spokoju, bez tłumu dookoła, kontemplować, piękno, które nas otacza.




Szczególnie polecam kilkugodzinną wycieczkę wzdłuż lodowca Ngozumpa do tzw. piątego jeziora (Ngozumpa Tsho). Dochodzi się bardzo blisko Cho Oyu, widok na Everest jest lepszy niż z Gokyo Ri (widać doskonale np. przełęcz południową) no i po drodze mijamy ledwie garstkę ludzi. Jeśli wyruszy się odpowiednio wcześnie rano to jest szansa, że będziecie tam sami.

Z
Gokyo można szybko przedostać się w rejon Everestu przez wysoką przełęcz Cho La (5420 m). Od strony zachodniej jest znacznie bardziej stroma i po opadach śniegu może być trudna do przebycia, trzeba też uważać na spadające kamienie. Obecnie ten wariant przejścia jest bardzo popularny, co niestety skutkuje również tym, iż w osadach po obu stronach przełęczy jest trudno o miejsce w hotelikach! Chociaż byłem sam, to ledwo się wcisnąłem, wszystko jest z góry porezerwowane przez zorganizowane grupy. Najlepiej jest przyjść w miarę wcześnie ok. 12-13, by zaklepać sobie miejsce.

Kolejnego dnia, po krótkim marszu docieram do Lobuche (4910 m) i tu robię dłuższy postój. Wreszcie jest czas na pranie, ciepły prysznic i solidny odpoczynek. To miejsce jest opisywane jako jedno z najzimniejszych, ale jakoś nie zauważam różnicy – ponieważ zimno jest po prostu wszędzie. Gdy zachodzi słońce, błyskawicznie spada temperatura; zupełnie jakby ktoś wyłączył ogrzewanie – „pstryk” i już jest mróz. Ciepła, puchowa kurtka i dobry śpiwór są praktycznie nieodzowne. Hoteliki są nieogrzewane, więc w nocy temperatura w pokojach jest czasem w okolicach zera. Z powodu zimna całe życie towarzyskie koncentruje się w jadalni, gdzie stoi piecyk opalany jaczym łajnem i jest rozkosznie ciepło.

Tylko trzy godziny marszu z Lobuche znajduje się ostatnia osada turystyczna – Gorak Shep (5140 m). Trzeba mieć solidną aklimatyzację, by spać na takiej wysokości i dobrze jest jeszcze tego samego dnia wyjść na słynny Kala Pattar (5545 m)...

Więcej informacji na temat trekkingu w GÓRY TREK, dodatku do majowych GÓR  5 (168) 2008

(kg)

 
 
 



Góry magazyn sportowy
echa z gór | biznes info | co gdzie kiedy | relacje | miejscówki | skitury | biblioteka górska | ludzie | fotogaleria | filmy | Społeczność | bloGORY | Hyde Park | ogłoszenia | linki | sprzęt | katalogi | testy | poradnik | ceneria | GÓRY archiwum | prenumerata | konkurs | ostatnio dodane | sklep GORYonline | PolarSport | Marabut
O nas | Reklama | Kontakt