MILO Hardangervidda SKItura 2008

Dziennik z wędrówki na nartach po największym europejskim płaskowyżu Hardangervidda.
Piotr Michalski
Kuordyjan i lawa...
Sezon skałkowy 2008 - u nas zamknięty. Ale wspominam sobie nasz ostatni tegoroczny wyjazd do Kobylan. A dzięki temu i epizod z wcześniejszego.
kuba
 
Dziennik z wędrówki na nartach po największym europejskim płaskowyżu Hardangervidda.


Norwegia - lodowiec Hardegerjokulen



Prolog
Na Dworcu Centralnym w Warszawie czekają już na mnie Łukasz i Piotrek. Borowy podrzuca nas po warsiawsku na Etiudę i życzy powodzenia. Na lotnisku wzbudzamy wyraźne zainteresowanie: narciarskie buty, overbuty, odzież zimowa - skąd się ci goście się urwali w samym środku pięknej wiosny tej zimy? Jeszcze większe zainteresowanie wzbudzają nasze bagaże - narty zapakowane w pokutny worek i bazarowa torba, w której umieściliśmy cały sprzęt, który zwykle troczymy do plecaków. Samolot jest opóźniony dobrą godzinę, ale w końcu przybywa.
Lotnisko Sandefjord-Torp w Norwegii wita nas piękną wyżową pogodą: jest ciepło. Gdzie jest ten śnieg? Udajemy się do pobliskiego lasu, by ukryć opakowanie nart, które odbierzemy po powrocie i ruszamy na piechotę do miasteczka oddalonego o 7 km. Stamtąd odjeżdża nasz pociąg. Po drodze mamy nadzieję spotkać jakąś stacje benzynową – potrzebujemy paliwa i gazu do naszej kuchenki. Idziemy na azymut przez dzikie lasy, głównie jodłowe. Wszędzie widać ślady lodowca – ogromne głazy narzutowe urozmaicają krajobraz. Po zmroku docieramy wreszcie do Sandefjord. Stwierdzam, że buty narciarskie nawet te do wędrówek, średnio nadają się do chodzenia po asfalcie.


Z Duńczykami w czasie burzy śnieżnej


Pierwsze spotkanie z Norwegami jest pozytywnie szokujące – powszechna znajomość angielskiego rzuca się w uszy. Włóczęga spotkany na dworcu czystą angielszczyzną mówi nam, gdzie możemy znaleźć benzynę i gaz, młodzi ludzie w sportowych ubraniach z BMW z4 ucinają sobie z nami przyjazną pogawędkę, gdy zbliżamy się do pasów, samochody zatrzymują się natychmiast i dają pierwszeństwo pieszym. Generalnie miłe wrażenie – nie mamy żadnych obaw, żeby po zmroku wędrować po nieznanym mieście w strojach lekko dziwnych.
Późnym wieczorem pakujemy się do pociągu – najpierw osobowy do Drammen, później przesiadka na pośpieszny relacji Oslo- Bergen. Pociągi są niesamowicie komfortowe, obsługa podaje koce i zapisuje, gdzie poszczególni pasażerowie wysiadają, by w porę ich obudzić.
Księżycowa noc nie pozwala spać. Za oknem widoki powalają, pociąg wije się po przełęczach, przejeżdża przez doliny, pokonuje tunele drążone w skałach, by dotrzeć w końcu do najwyżej położonej stacji w Norwegii - Finse 1222 m n.p.m.
W Finse oprócz nas wysiada młody Norweg, który udziela nam wielu cennych rad. Przestrzega przed naciągająca burzą, wręcza nam też tradycyjną norweską czekoladę z orzechami. Jest nam bardzo MILO. Czekamy świtu w dworcowej poczekalni, by wreszcie ruszyć na trasę i pomachać do naszych przyjaciół przez Webcama. Pierwszy raz widzimy małego lisa polarnego, który przebiega przez tory. Pogoda szybko się zmienia, zaczyna coraz silniej wiać...


Lis polarny



1 dzień, sobota, 16 lutego, dystans 6,3 km, widoczność 10 metrów
W szalejącej burzy śnieżnej udało nam się przejść... 6 km w 4 h, a ostatnie 500 m do schronu w zasadzie już na czworaka w white out`cie wyłącznie na GPS`ie. Doczołgaliśmy się pod sam lodowiec Hardangerjokulen do schronu Czerwonego Krzyża „Appelsinhytta”. W środku dwa pomieszczenia: jedno ze sprzętem ratowniczym zamknięte, a drugie mieszkalne o wymiarach 2 m x 4 m. W środku grzejąc się przy piecu siedzi para Duńczyków: David – doświadczony polarnik (był na Grenlandii i wielokrotnie na Spitsbergenie), podziwia, że udało nam się w ogóle przejść te 6 km, oraz Hannah - dziewczyna Davida; to jej debiut w takich warunkach. Po chwili rozmowy usnęliśmy wyczerpani blisko 24 h podróżą i 4 h marszem w burzy. 


Chwila odpoczynku



2 dzień, niedziela, 17 lutego, dystans 7,3 km (spacer), widoczność 10 m, potem 0 m
Wichura jeszcze mocniejsza niż wczoraj. Żeby wyjść ze schronu za potrzebą, trzeba trzymać się piorunochronu... O 12nstej postanawiamy iść na dwugodzinny spacer: David śmieje się, że za 15 min. wrócimy.
Jest naprawdę ciężko. Wicher niesie z lodowca kruszynki lodu, które ranią nieosłoniętą skórę i zamarzają na ubraniu, tworząc skorupę. Udaje nam się przejść ok. 7 km wzdłuż lodowca. W powrotnej drodze widoczność spada znowu niemalże do zera – dobrze, że mamy GPSa.
Idąc znów po omacku docieramy po 3 h do schronu i po chwili rozmowy z Duńczykami zasypiamy...
Wieczorem wyciągam świece z plecaka, robi się MILO i nastrojowo. W piecu polana przyjaźnie trzaskają. Jemy prosty posiłek z Duńczykami, opowiadamy sobie historie z naszych podróży. Słuchają uważnie opowieści z Tatr, David opowiada o Spitsbergenie i Grenlandii, Hannah śpiewa piosenki po norwesku i angielsku - niezapomniany wieczór. Kładąc się do snu, postanawiamy z Łukaszem iść jutro dalej bez względu na pogodę.


Na podejściu



3 dzień, poniedziałek, 18 lutego, dystans 9 km, widoczność 50-100 m, potem 0 m
Widoczność dużo lepsza, ale wiatr tak samo silny – postanawiamy jednak iść z wiatrem na wschód. Pakujemy się, żegnamy się z Davidem i Hannah, których szczerze polubiliśmy. Oni postanawiają poczekać jeszcze dzień na poprawę pogody, zanim zejdą na pociąg.
Idziemy z wiatrem. Widoczność jakieś 50-60 m. Gogli zdjąć nie można, bo kruszynki lodu zaraz poranią oczy. Trasa jest dość wymagająca. Teren lodowca jest górzysty, boimy się, by nie runąć w jedno z wielu urwisk, więc często zdejmujemy narty. Pogoda znowu się pogarsza. Patrzę na GPSa - udało nam się w 4 h przejść 8 km. Masakra! Wleczemy się jak muchy, a wysiłek ogromny. Ok. 14 uderza w nas kolejna burza śnieżna. Ubrania w parę sekund są oblepione lodem wymieszanym z śniegiem. Wyciągamy łopatę i kopiemy jamę za ogromnym kamieniem. Włazimy do mokrego namiotu i śpiworów, które natychmiast zaczynają łapać wodę (w jamie jest wilgotno) i zapadamy w letarg, czekając na poprawę pogody. Odczuwam pewien niepokój... sami na tym piekielnym pustkowiu możemy liczyć tylko na siebie. Pod wieczór wszystko nagle ucichło. Pojawił się nawet łysy, a niebo ubrało się w gwiazdy. Wyszedłem przed namiot i w odległości 20-30 metrów dojrzałem lisa polarnego, wyraźnie zdziwionego, że spotkał tu takich przybyszy. Złudzenie stabilizacji pogody było tak silne, że chcieliśmy wyleźć z naszej jamy i iść nocą dalej. Na szczęście zbyt długo się zbieraliśmy - po godzinie burza powróciła z podwójną siłą. Noc była ciężka. Prawie nie spaliśmy. Nad nami rozpętało się piekło. Nie wiem, jakim cudem nasz 10-letni namiot przetrwał tę noc.


Na spacerze w czasie burzy



4 dzień, wtorek, 19 lutego, dystans 17,5 km, widoczność 300 m-3 km.
Wreszcie pogoda była dla nas łaskawsza. Wiatr się uspokoił i nawet słonko pokazywało nam się zza gór. Szybko ruszyliśmy na trasę – wiadomo w ruchu cieplej. Najgorszy dla mnie moment zimą to poranek – trzeba założyć zmarznięte, a często też mokre buty, zwinąć grabiejącymi paluchami namiot... Poszło to jednak gładko. Postanowiliśmy dalej iść na wschód, by nie oddalić się zbytnio od linii kolejowej. Pierwotny plan trawersowania płaskowyżu i dotarcia do Rjukan na południowym jego krańcu porzuciliśmy już dawno. Okazało się to niemożliwe, gdyż minęły już 4 dni naszej wycieczki, a my byliśmy zaledwie 12 km od miejsca startu w Finse. Postanowiliśmy dotrzeć do schronu Kjedlabu http://www.turistforeningen.no/turplanlegger/cabin.php?x=5&y=6&v=3&ca_id=70, by wysuszyć się trochę. Trasa nasza wiodła szeroką doliną. Szliśmy po zamarzniętych jeziorach i potokach w pięknej zimowej scenerii. Raz po raz uderzała w nas lekka kurzawa. Pod koniec dnia dotarliśmy wreszcie do budynków. Rozpaliliśmy w piecu i rozpoczęliśmy wielkie suszenie w zasadzie wszystkiego, co było w naszych plecakach, poczynając od śpiworów kończąc na skarpetkach i butach.
Do schronu dotarło też 3 Francuzów żeglujących na kit’ach po płaskowyżu (ostanie trzy dni spędzili chroniąc się przed burzą w toalecie zamkniętego schroniska Kraekja), wyraźnie zdziwionych, że spotkali na tym odludziu kogokolwiek (księga gości schronu miała zapisane od początku roku 2 pozycje ). W jedynym otwartym budynku zrobiło się po chwili ciepło, więc wszyscy razem zasiedliśmy do zakrapianej mocną ziołową alpejską nalewką międzynarodowej biesiady.
My delektowaliśmy się francuskim serami pleśniowymi, natomiast naszych znajomych nie można było odpędzić od polskiej kiełbasy. Biesiada i opowieści trwały do późna w nocy.


Namiot o poranku



5 dzień, środa, 20 luty, dystans 20km, widoczność od 2 m-10 km
Ruszyliśmy dziarsko z rana kierując się dalej na wschód, powoli zbliżając się do linii kolejowej. Rano bardzo męczył nas white out – wszędzie biało, żadnych punktów odniesienia, białe niebo zlewa się z białym podłożem. Biało, biało, biało... Od 11.00 zaczęło się to wszystko podnosić do góry i od południa mieliśmy patelnie ze sporym mrozem – 20 st. Idąc przez zupełne pustkowie spotkaliśmy człowieka na skuterze (policjant?). Szukał Czechów, którzy parę dni temu powinni zejść z płaskowyżu. Przewidywał najgorsze w związku z ostatnimi burzami śnieżnymi... Powiedział nam, że taka pogoda utrzyma się jeszcze najwyżej 2 h i potem ma nadejść kolejna burza śnieżna z wiatrem z północnego wschodu (tam, gdzie się kierowaliśmy). Postanowiliśmy więc tego dnia zejść jak najbliżej kolei. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze kilka naprawdę fajnych telemarkowych zjazdów i natknęliśmy się na lisa polarnego śpiącego w śniegu. Wieczorem byliśmy już jakieś 7 km od najbliższej stacji i postanowiliśmy zainstalować się w chatce traperskiej, którą spotkaliśmy o zachodzie słońca. Chcieliśmy w zasadzie iść dalej, ale obawa przed nadejściem kolejnej burzy śnieżnej była zbyt duża. Nocą koło chaty szalały chyba lisy polarne, albo inne kuny, rwąc sen z dzieciątek i powodując sny o wikingach, którzy chcieliby nas zgładzić...


Vidda



6 dzień, czwartek, 21 lutego, dystans 16,5 km, widoczność 200-300 m
Postanowiliśmy nie iść na najbliższą stację, tylko przejść jeszcze kilkanaście km i dotrzeć do następnej korzystając z silnego wiatru, który wiał nam w plecy. Sunęliśmy po płaskowyżu w tempie 8-9 km/h pchani w zasadzie wyłącznie przez wiatr, który przesuwał nas w idealnym kierunku do stacji Ustaoset. Pojawił się tzw. „dryfujący śnieg”, powodując, że czuliśmy się jak w warunkach arktycznych. Ostanie 4 kilometry przyszło nam przejść przez ogromne jezioro. Pokonywałem je z duszą na ramieniu w obawie, że ten silny wiatr może potrzaskać lód. Zresztą wyspy na tym jeziorze były otoczone kilkutonowymi krami, które właśnie wiatr postawił do pionu.
Na stację Ustaoset dotarliśmy ok. 14.00, a tuż przed zachodem słońca uderzyła burza zapowiadana przez człowieka na skuterze. Jak dobrze, że udało nam się tu dotrzeć...


Wędrówka w stronę słońca



Nie udało nam się z trawersować płaskowyżu tak, jak planowaliśmy. Nie udało nam się też wejść na lodowiec, ani zrealizować innych planów wspinaczkowych, jednak wycieczka była udana ze względu na pogodę – w zasadzie każdego dnia inną. Myślę, że nabraliśmy troszkę doświadczenia polarnego, które mamy nadzieję wykorzystać w niedalekiej przyszłości na Spitsbergenie, a potem na biegunie.


Zadymka



Informacje praktyczne

Hardangervidda to górski płaskowyż ukształtowany przez lodowiec ("vidda" po norwesku płaskowyż). Znajduje się w regionie Hardanger w zachodniej Norwegii. To największy płaskowyż w Europie, przypominający zimą rejony arktyczne. Na zachodzie Hardangervidda jest zdecydowanie bardziej pofałdowana, na wschodzie teren jest płaski niczym stół. Większa część terenu jest chroniona parkiem narodowym. Znajduje się tam jeden z większych lodowców w Norwegii Hardangerjokulen.

Podróż
Samolotem do Norwegii najtaniej dostać się liniami Wizzair. Bilet kosztował nas około 60 zł/lot/osoba. Niestety koszty przewozu nart są dużo wyższe – ok. 120-160 zł jedna para w jedną stronę.
Pociągi
http://www.nsb.no/home/
Koleje w Norwegii są bardzo drogie, ale na 3 m-ce przed datą planowanej podróży przez internet można kupić tani bilet o nazwie „mini price” za 199 NOK (ok. 90 zł).
Autobusy
Tańsze niż pociągi, ale i tak drogie. Na szczęście linie autobusowe oferują sporo zniżek (bilet grupowy od 2 osób, studenckie), które się sumują.

Noclegi
Na mocy Allemannsretten (norweskiego prawa wszystkich ludzi do kontaktu z naturą) w namiocie można spać w odległości 100 metrów od zabudowań przez jedną noc. Tyczy się to też parków narodowych.
Sieć schronisk DNT (coś jak nasze PTTK) http://www.turistforeningen.no/english/ stoją otwarte lub mają obsługę (ale to latem) Jeśli na ścianie wisi cennik, wrzucamy pieniądze do puszki lub dokonujemy przelewu na konto po powrocie.
W schronisku spiżarnia z jedzeniem działająca również na zasadzie puszki.
Chaty traperskie, rybackie - jeśli otwarte lub nad drzwiami na kołku wiszą klucze, właściciel nie ma nic przeciwko temu, żeby spędzić tam jedną noc (czuliśmy się jednak trochę nieswojo w takiej chacie i nasłuchiwaliśmy odgłosów nocy).

Język
Powszechna znajomość języka angielskiego.

Jedzenie
Bardzo drogie, np. chleb ok. 16 zł
Lepiej zabrać wszystko z Polski.

Płatności
Waluta: korona norweska (NOK) - 1 NOK około 0,47 PLN
Parafrazując reklamę... za wszystko zapłacisz kartą maestro i visa. Nawet autobusy mają terminale. My płaciliśmy wyłącznie kartą, bank rozliczył wszystko po kursie z kantoru, nie doliczając żadnych dodatkowych opłat lub prowizji.

Paliwo do kuchenki
Najbardziej popularny jest primus (duża butla 0,5kg ok. 90 NOK - 43 zł), dostępny w zasadzie na każdej stacji, campingaz, który wzięliśmy awaryjnie w ogóle nie występuje. Benzyna ekstrakcyjna do kuchenki kosztuje jedyne 90 NOK tj. 40 zł za litr, oczywiście kupiliśmy samochodową za 5 zł litr.

Sprzęt na wyprawę
Porządne narty śladowe (z metalowym krawędziami) lub turowe, foki, buty. Odzież na wietrzną, zimną, a czasami bardzo wilgotną pogodę. Polecam sprzęt polskiej firmy MILO za nieduże pieniądze można mieć rewelacyjną odzież, która spisała się rewelacyjnie na wyprawie. Dobre rękawice, a najlepiej łapawice. Koniecznie odbiornik GPS i dobre mapy topograficzne. Zimowy śpiwór z komfortem do – 20, odporny na wiatr namiot z fartuchami. Łopatka lawinowa – do kopania platformy na namiot.

Bartosz Świtek
 
 

 
 
 



Góry magazyn sportowy
echa z gór | biznes info | co gdzie kiedy | relacje | miejscówki | skitury | biblioteka górska | ludzie | fotogaleria | filmy | Społeczność | bloGORY | Hyde Park | ogłoszenia | linki | sprzęt | katalogi | testy | poradnik | ceneria | GÓRY archiwum | prenumerata | konkurs | ostatnio dodane | sklep GORYonline | PolarSport | Marabut
O nas | Reklama | Kontakt