Reminiscencje z przejścia w kwietniu 2003 r.
Tekst i zdjęcia: Jacek Radosław Bilski
Późnym wieczorem osiągnęliśmy bezśnieżną Przełęcz Setref, gdzie zastaliśmy nieczynny obiekt noclegowy. Zjechaliśmy zatem na południe do Romuli, gdzie znaleźliśmy godziwy nocleg i przyjemnego restauratora, którego córka mówiła po angielsku. Problem porozumienia się w Rumunii dla osób nie znających miejscowego języka jest istotny, bowiem prawie nikt nie mówi po angielsku, niemiecku czy rosyjsku.
Nazajutrz, zawiezieni przez gospodarza na Setref (mój jeep został bezpiecznie pod jego opieką), ruszyliśmy do boju w podmuchach niemiłego wiatru. Przejście grani według naszych szacunków miało nam zająć cztery dni i na taki okres zabraliśmy żywność. W nawigacji miały nam pomóc sprawdzone w poprzednich bojach mapy cesarskie z 1894 roku oraz odbiornik nawigacji satelitarnej. Jak się okazało, niezastąpione w czasie złej widoczności tym razem były używane w stopniu minimalnym, albowiem wiatr ustał i czekały nas cztery dni wspaniałej pogody. Szybko osiągnęliśmy poziomicę 1000 m i upragniony śnieg. W tej części rodniański grzbiet kulminował w Muncelu (1703 m), który sprawił nam tę niespodziankę, że obrywał się nad leżącą za nim przełęczą stromymi skałami i lasem urwiskowym. Dodatkowych emocji dostarczały wylodzone trawy. Wreszcie udało nam się pokonać niespodziewaną przeszkodę i osiągnęliśmy przełęcz. Obiad przygotowany w tym sielankowym miejscu wzmocnił nasze siły i szybko osiągnęliśmy górną granicę lasu, skąd roztaczał się wspaniały widok na Pietros i dalszą część oślepiająco białej grani. Obrazek, który w sercu i umyśle każdego rasowego narciarza-turysty musi obudzić euforyczne nastroje. Biwak na trawiastej części grzbietu utwierdził nas w przekonaniu, że wszyscy, którzy nie chcieli z nami pojechać, stracili coś niepowtarzalnego.

Drugi dzień eskapady zaczęliśmy od założenia raków, gdyż kawałek grani był eksponowany i nie nadawał się na narty. Po niedługim czasie osiągnęliśmy zwornik 2119 m, gdzie zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy (ja w rakach, Włodek na nartach) na Pietros przez Rebri. Częściowo skalista grań z nawisami i miejscami pozbawionymi śniegu unaoczniła efekty zastosowanych przez nas rozwiązań taktycznych. Wierzchołek najwyższego szczytu Karpat Wschodnich „zdobi” betonowy schron-bunkier otoczony resztkami ogrodzenia z drutu kolczastego. Po jego „zaliczeniu” wróciliśmy do pozostawionego sprzętu i po przebyciu jeszcze kilku szczytów znaleźliśmy trawiaste miejsce na biwak.
Kolejny dzień wędrówki polegał na „robieniu” odległości, bo poprzedniego nie wyrobiliśmy zaplanowanej normy. „Darliśmy” zatem do przodu przez liczne dwutysięczniki i kombinowaliśmy, by zachować ciągłość pokrywy śnieżnej – w końcu była to już druga połowa kwietnia. W pobliżu zwornika 1922 m, gdzie od głównej grani odbiega grań w kierunku Przysłopu, zdecydowaliśmy się na lunch, mając pewność, że następnego dnia będziemy na Rotundzie. Po nim dołożyliśmy jeszcze kilka szczytów do naszej rodniańskiej kolekcji i tradycyjnie zapadliśmy na biwak na trawie (ale wyjątkowo poza granią, gdyż rozkapryszeni sprzyjającymi warunkami szukaliśmy miejsca idealnie poziomego).
Ostatni dzień to wejście na Ineul (najwyższy szczyt w głównej grani Gór Rodniańskich), ostatnie kilkadziesiąt metrów po trawach i skałach bez nart. Na wierzchołku zastaliśmy betonowy blok, który Włodek też „zaliczył”. Ostatni dwutysięcznik w grani to Verful Rosa (2222 m). Zobaczyliśmy z niego nieodległe miejsce naszego biwaku z nieudanego przejścia w poprzednim roku, a w oddali na wschodzie Omul (1932 m), najwyższą kulminację gór Suhard i przylegające do nich góry Birgau. Pasma te padły naszym łupem kilka dni później.

Pozostał już tylko zjazd na Rotundę. Na Rotundzie niespodzianka – manewry armii rumuńskiej. Na szczęście egzotyczni narciarze-turyści nikomu nie przeszkadzali, a jeden z oficerów pozdrowił nas po angielsku. Sympatyczny opiekun cabany na Rotundzie na nasz widok wyciągnął flaszkę bimbru i rozlał do kieliszków. Wypicie alkoholu po wielodniowym wysiłku groziło zwaleniem z nóg, a obecność armii – bezsenną nocą. Korzystając z chwilowego wyjścia gospodarza wlaliśmy bimber do butelki i pośpiesznie oddaliliśmy się w dół w Dolinę Złotej Bystrzycy. Żołnierze z „kałaszami” obserwowali nasze dziwaczne narciarskie wyposażenie.
Naszego schroniskowego opiekuna odwiedziliśmy kilka dni później, kiedy na Rotundzie zakończyliśmy przejście głównego grzbietu gór Birgau i Suhard. Przemiły człowiek ugościł nas wszystkim, co miał, położył w ciepłej izbie, przyniósł suche skarpety i pantofle. Konwersację prowadził z nim Włodek, używając do tego celu znalezionego w cabanie rumuńskiego podręcznika angielskiego. Pokazywali sobie odpowiednie zdania w książce i bardzo ich to cieszyło.
Machanie dolarówkami na szosie w Dol. Złotej Bystrzycy zaowocowało transportem do Moisei za 7 USD (ok. 60 km), a kolejne machanie w Moisei wynajęciem samochodu do Romuli za 10 USD - (ok. 20 km). (Machanie dolarówkami zobowiązuje – koszty naszego późniejszego powrotu z Rotundy po przejściu gór Birgau i Suhard, polegającego na okrążeniu tych gór za pomocą autobusu i pociągu z miejscówkami trasą o porównywalnej długości – wyniosły 6 USD.)

