Jak bardzo Wasza działalność górska była utrudniona właśnie przez „dzikość” tego miejsca? Czy istnieje tam chociaż częściowo infrastruktura turystyczna, taka jak np. w rejonie Trango?
Grupy górskie, w których działaliśmy (Honboro Group i Shigar Mountains), nie są trudno dostępne – od końca drogi jezdnej dla jeepów podejście pod ściany zajmowało nie więcej niż dwa dni. W wioskach można było wynająć bez problemu tragarzy, my nie mieliśmy takiej potrzeby, gdyż w góry wychodziliśmy maksymalnie na sześć, siedem dni.
Parę słów o wspinaniu w tym rejonie. Czy jakość tamtejszej skały jest dobra? Donosiliście, że podczas wspinaczki na przełęcz Bukma Col musieliście uważać na spadające z góry seraki. Czy duże niebezpieczeństwa obiektywne są normą w tym rejonie?
Skała jest niestety złej jakości, dlatego w grę wchodzi raczej tylko wspinanie mikstowe. Stosunkowo wysoki przebieg izotermy stopnia zerowego sprawia, że działalność górska w pełni lata nie jest tak bezpieczna, jakby mogło być np. wczesną jesienią lub na wiosnę – to są nasze przypuszczenia. Choć na pewno lipiec i sierpień odznaczają się najlepszą pogodą. Wydaje nam się, że w każdym wysokogórskim, mikstowym terenie występuje sporo niebezpieczeństw obiektywnych, jednak tutaj dodatkowo mamy do czynienia z bardzo kruchą skałą.
A co powiesz o samych drogach? Zwłaszcza tej na Honboro Peak West. 53 godziny akcji non stop na drodze o tych trudnościach jest niemałym wyczynem. Jeśli dodamy do tego wysokość 6000 m robi się z tego alpinizm przez duże A. Czy kiedykolwiek wcześniej wspinaliście się na drodze o podobnej powadze?
Na pewno była to najpoważniejsza nasza wspinaczka. Początkowo planowaliśmy założyć dodatkowy obóz na Kande Col (ok. 5700 m), jednak ze względu na niestabilną pogodę podjęliśmy decyzję, że lepiej i bezpieczniej będzie działać szybko i bez żadnego obciążenia. Akcja od wejścia w ścianę do szczytu zajęła nam trzydzieści godzin, powrót i zjazdy zaś kolejne dwadzieścia trzy. Trzeba zaznaczyć że ciąg trudności kończył się na Kande Col (ok. 5700 m). Dalej pokonywaliśmy długą na dwa kilometry południowo-zachodnią grań, na której napotykaliśmy miejsca M5 – to już nie było wspinanie ciągowe, tylko kilka miejsc.
Ostatnie, tradycyjne już pytanie: co dalej? Czy macie jako zespół jakieś plany na przyszły rok?
Oczywiście. Jeśli się uda, pojedziemy na naszą upatrzoną turnię w Hindukuszu lub gdzieś w okolice Lachit Glacier w Karakorum. Wszystko zależy od tego, czy władze pakistańskie pozwolą na działalność w tych rejonach. Jak się okaże, że nie pozwolą, to pójdziemy do Jerzego Wali i na pewno coś wymyślimy.
Góry, nr 9 (160) wrzesień 2007
Więcej o wpinaniu w rejonie Honboro w październikowym numerze Gór 10 (161) 2007