Sezon zimowy zainaugurowany. W sumie rozpoczęty został już dwa tygodnie temu, ale dla mnie tej zimy był to pierwszy "porządny" dwudniowy wyjazd turowy. Znów, jak co roku, Pilsko zaludniło się pomarańczowymi postaciami (dla niewtajemniczonych pomarańcz to kolor K. S. Kandahar - najlepszego na świecie ;-) klubu skialpinistycznego). Znów przerażonym narciarzom zjazdowym dane było oglądać zaprzeczenie praw fizyki: "A czemu te narty nie jadą do tyłu???"
Plany pokrzyżował nieco halny, dzięki któremu, zwłaszcza w niedzielę, widoczność sięgała niewiele dalej niż dzioby własnych nart, a wilgoć wciskała się wszędzie. Ale mimo to, biorąc pod uwagę, że to dopiero przełom listopada i grudnia, nie ma co narzekać. Oby tylko przywiana przez halny wiosna szybko minęła.
Głównym celem wyjazdu było Blachowanie SKPB Katowice. Do grona członków Koła dołączyło dwóch nowych przewodników. Zanim jednak nastąpiła wzniosła chwila nadania im blach przewodnickich (co miało miejsce o... czwartej nad ranem), nieszczęśnicy poddani zostali, zgodnie z tradycją SKPB, szeregowi wymyślnych tortur. Pytania, specjalnie tak dobrane, by żaden z "blachantów" nie znał na nie odpowiedzi i musiał połknąć karną łyżkę wyjątkowo obrzydliwej w smaku miksturki, szukanie ukrytych w śniegu przewodnickich swetrów, oraz oczywiście wymazanie przyszłych przewodników jajkiem, miodem, a na to wszystko mąką. Mieli szczęście, że blachowani byli w luksusowej bacówce na Górowej, gdzie mogli umyć włosy w ciepłej wodzie. Za dawnych dobrych czasów, gdy blachowania odbywały się na Jasieniu, na zaschniętą na głowie skorupę zakładało się czapkę i tak wracało do domu. Cóż, dziś króluje komfort, a prawdziwi "hardcore'owcy" chyba są już na wyginięciu.