
Tekst i zdjęcia: Peter Mathis
Tłumaczenie: Piotr Górka
Słychać tylko rytmiczne „stuk”, „stuk” wiązań. Naszym przewodnikiem jest dziś Edwin, kolega z pracy, profesjonalista w zakresie wypraw turowych. Poruszając się płynnymi krokami, zakłada ślad. Trasa prowadzi dokładnie w kierunku słońca. Jednak nie chcemy dotrzeć aż tam: dzisiaj w zupełności wystarczy nam szczyt Juppenspitze koło Hochtannberg w Vorarlbergu.

Nie jest ani za trudno ani za łatwo, jest to tura, która również mnie, niezbyt wprawionemu narciarzowi nie przysparza zbyt wielu problemów. To tylko zbyt wybujała wyobraźnia powodowała różne, jak się miało okazać niepotrzebne obawy. Dzięki pomocy Edwina był to bardzo udany dzień spędzony na turach w Bregenzerwald. Zacznijmy jednak od początku.
Wyjechaliśmy o 8 rano z Bregenz nad Jeziorem Bodeńskim, droga wiodła przez cały Bregenzerwald. „Tutaj z tyłu prowadzi wspaniała tura na Kanisfluh. A tam na Tobermann”. Z Edwinem „Las” (tak tutaj nazywa się dolinę) zamienia się w szereg możliwych tras narciarskich. Na zawołanie potrafi on wymienić ok. 20 tras po obu jego stronach. Wszystkie sam wypróbował. To przecież zrozumiałe.
Tymczasem rozwiewają się ostatnie chmury, które jeszcze przed chwilą skrywały szczyty gór. Dziś niebo będzie niebieskie. Począwszy od gminy Schoppernau w górnej części Bregenzerwald droga prowadzi ostrymi zakosami na położoną na wysokości 1676 m n.p.m. przełęcz Hochtannberg – to początek naszej tury. A tak na marginesie – możliwy jest również dojazd autobusem liniowym – końcowy przystanek znajduje się dokładnie przy stacji wyciągu krzesełkowego.
Wyjątkowo – ponieważ jest już późno, a Edwin obawia się o moją kondycję – wyjeżdżamy wyciągiem na Saloberkopf, a następnie docieramy do położonego za nim Auenfeld. Podczas gdy narciarze również tłoczą się w kolejce do wyciągu, my ostatecznie zostawiamy za sobą cały ten „wyciągowy” hałas. Z plecakiem i nartami podążamy w górę, ze wzrokiem skierowanym na przeciwległe zbocze. Edwin unosi kijek „To Juppenspitze”.

Nieźle, to moja pierwsza myśl. Druga, że jest nieźle stromo. To, co z naszego miejsca najbardziej rzuca się w oczy, to potężna, wysoka, skalna północna ściana Juppenspitze. Aby dostać się na łagodniejszą wschodnią flankę, gdzie znajduje się wejście w naszą drogę, musimy w tym pierwszym pięknym kotle pokonać jeszcze kilkaset metrów z dala od góry.
W tym miejscu zakładamy również foki i sprawdzamy detektory lawinowe. Jest to ta chwila, gdy najmocniej dociera do mnie fakt, jak nieobliczalna, pomimo całej naszej ostrożności, potrafi być przyroda „Dziś nie jest niebezpiecznie, nic się nie stanie”, to uspakajający głos Edwina. I gdy tylko ruszamy w górę, wszystkie złe myśli ustępują masie pozytywnych odczuć.
Edwin przewiduje, że pokonanie ok. 800 metrów deniwelacji powinno nam zająć jakieś dwie i pół godziny...
Cały tekst oraz informacje praktyczne o trasie na Juppenspitze w Bregenzerwald: Góry nr 3 (142), 2006