NOWOŚĆ - Cztery dni słońca Adama Skoczylasa



Gdyby chcieć jednym zdaniem odpowiedzieć, na czym polega siła pisarstwa Adama Skoczylasa, odpowiedź mogłaby brzmieć: na uchwyceniu subtelności konfrontacji człowieka z żywiołem gór. Jego bohaterowie, uczestnicy wspinaczek i górskich wypraw, nie tylko doświadczają nierównej walki z potęgą natury, ale przede wszystkim odbywają podróż w głąb siebie. Wśród gór oraz własnych odczuć i przemyśleń poszukują odpowiedzi na pytanie o własną tożsamość, istotę ludzkich pragnień i namiętności. Nie brak u Skoczylasa najwyższej próby heroizmu, ale i sytuacji komicznych. Autor zabiera nas w niezwykłą podróż, której trasa zaczyna się w jurajskich skałkach, wiedzie przez Tatry, Alpy, by wreszcie zakończyć się u stóp Annapurny.

Adam Skoczylas (1929-1966), alpinista i pisarz górski. Do najważniejszych osiągnięć w jego karierze wspinaczkowej należy kilkanaście pierwszych przejść i pierwszych przejść zimowych w Tatrach oraz uczestnictwo w zdobywczej wyprawy szwajcarskiej na Dhaulagiri (8167 m) w Himalajach w roku 1960. Dwukrotnie – w 1957 i 1959 roku – brał również udział w wyprawach w Alpy. Podczas pierwszej z nich uczestniczył w słynnej akcji ratunkowej na północnej ścianie Eigeru. To z nią związany jest jego pierwszy, a zarazem spektakularny sukces literacki – opowiadanie Stefano, przyjdziemy jutro... Najpierw opublikowano je w zbiorowej książce Burza nad Alpami w roku 1958. Cztery lata później znalazło się wśród pięciu bujdałek, składających się na znakomity debiutancki tom prozy Cztery dni słońca. W tym samym roku opowiadanie o akcji na Eigerze ukazało się w Londynie jako osobna książka pod tytułem Stefano, we shall come tomorrow. W 1965 roku opublikowano legendarną “Białą Górę”, traktującą o wyprawie na Dhaulagiri. Rok później, już po śmierci autora, do rąk czytelników trafił zbiór reportaży z jego podróży po Nepalu Tam gdzie góry sięgają nieba.

Zamówienia prosimy kierować na adres: kamil@goryonline.com

Mamy nadzieję, że lektura fragmentu opowiadania "Grań Koteszki-Czału" okaże się przekonującą rekomendacją i skutecznie zachęci naszych Czytelników do sięgnięcia po "Cztery dni słońca".

Grań Koteszki-Czału

Deszcz padał bez przerw, natrętny i ciepły, jakby nadeszła już wiosna i miało tak padać wiecznie. Śnieg zsuwał się z gałęzi i uderzał ciężko o ziemię. Uwolnione z niego chwiały się w górę i w dół, w górę i w dół, potem nieruchomiały, tylko deszcz zbierał się wśród ich zielonych igieł i tkwił tam kroplami, jak w oprawie.
Todorow i Szopof wydeptali nam ślady, lecz mimo to wpadaliśmy chwilami po pas w miękkie białe błoto. Szedłem teraz na końcu, tuż za Kolą. Kola zmęczył się i pochyliwszy czarną kudłatą głowę wstawiał leniwie nogi w głębokie doły śladów. Widziałem jego śniady policzek, zakrzywiony nos i półprzymknięte, jakby usypiające, oko.
Pod pachą niósł czekan, który wypadał mu jednak spod ramienia i albo wlókł się na taśmie za ręką, jak oporny kundel, albo plątał między nogami. Zniecierpliwiony wsadzał go na powrót pod pachę i przyciskał mocno. Diabelski grat opadał jednak ostrożnie coraz niżej i w końcu wlókł się znowu po śniegu, żłobiąc w nim smętny rowek.
Odetchnąłem głęboko, gdyż ciężki wór utrudniał mi oddech i ledwo już zipałem.
Ślady prowadziły pod nisko wiszące mokre gałęzie. Schyliłem się, by nie strącić na siebie wody, jednak Kola napiął największą worem i nim zdążyłem uskoczyć, gałąź chlasnęła mnie w twarz. Jakby skoczył na mnie mokry jeż.
- Cholera - powiedziałem - wybijesz mi oczy.
- Pardon - odrzekł Kola sennie.
Starłem wodę z twarzy. Ze szczytu któregoś drzewa poderwał się ptak i odleciał, łopocząc głośno skrzydłami. Spojrzałem w górę, lecz dostrzegłem tylko rozkołysane konary, bure niebo i deszcz zmieszany ze śniegiem.
- Zaczyna sypać - powiedziałem, by coś rzec. - Ochłodziło się.
- Ochłodziło - odparł Kola.
Przed Kolą szła Kabaczek i rozglądała się po lesie. Coś musiało ją zdumieć, bo potrząsnęła głową. Czarne włosy zsypały się jej przy tym na kark i zasłoniły jasną skórę. Wojtek, Erak i Danek, człapiący przed Kabaczkiem, patrzyli tępo w ślady i poza ruszaniem nogami nie robili nic, tylko ręce chwiały im się wzdłuż ciał. Wojtek stękał cicho.
Z niskich chmur sypał mokry śnieg, drzewa skrzypiały i miałem już zupełnie mokre buty. Woda ciekła mi po stopach, piszczała przy każdym kroku, gdyż wygniatałem ją swym ciężarem ze skarpet i byłem cały mokry od potu. Szedłem stromo w górę. Serce łopotało we mnie i przypomniałem sobie tego dużego ptaka, którego spłoszyliśmy.
- Ale las - powiedziała zdyszana Kabaczek. - Podoba mi się.

Todorow i Szopof rozstawili już swój namiot, zapalili małe ognisko i siedzieli przed nim, przysuwając ku płomieniom mokre buty, z których unosiły się smugi pary. Namiot stał między ostatnimi karłowatymi drzewami poskręcanymi przez wiatry. Zaraz za nimi biały i nagi stok biegł stromo w górę, zwężając się w ostrą grań wbitą w chmury. Mgła opadła, zalała dna dolin. Z całego świata pozostały zaśnieżone góry, wyrastające z mgły i nakryte chmurami. Patrząc na nie, myślałem, że będzie trzeba ustawić namiot i położyć się spać. Myśl o śnie była wspaniała. Zrzuciliśmy wory z ramion i podeszliśmy do ognia. Todorow szczerzył zęby.
- Długo czekacie? - spytałem.
- Godzinę - odrzekł Szopof. - Myślałem, że coś wam się stało.
- To się stało, że jesteśmy niewyspani - rzekł Wojtek. - Poprzedniej nocy utknęliśmy w Bukareszcie.
- Piękne kobiety - zaśmiał się Szopof.
- Nie - westchnął Wojtek - spóźniony pociąg.
- O, to męczące - przyznał Szopof.
Wydeptaliśmy w śniegu dwie platformy i ustawiliśmy na nich namioty. Nadmuchałem materac i wraz ze śpiworem wrzuciłem go do środka. Usiadłem potem przy ognisku, zmieniłem skarpety i oparłem nogi o rozgrzaną kłodę. Buty przysunąłem blisko ognia. Parowały jak buty Todorowa i co chwila musiałem dotykać ich ręką, by sprawdzić, czy nie nagrzały się zbyt mocno, gdyż wtedy pęka skóra.
Kabaczek wraz z Kolą usiedli po przeciwnej stronie. Kabaczek patrzyła na ogień i czekałem, kiedy powie "ale ogień", jednak nie doczekałem się, ponieważ Kola mrugnął do niej i zaczęli rozmawiać po francusku, szybko i bez przerw.
Ściemniło się i twarze zaostrzone zmęczeniem złagodniały od blasku ognia. Todorow ugotował zupę. Kiwałem się nad nią senny i apatyczny z kawałkiem chleba w lewej ręce. Nie chciało mi się nawet nabierać jej łyżką i nieść do ust, a wszystko dlatego, że w Bukareszcie czekaliśmy na pociąg, w Budapeszcie zaś spotkaliśmy Lonę i zdarzyła się ta cała historia, po której nie mogłem zasnąć. Odłożyłem łyżkę. Nie czułem głodu, jakby mój żołądek już spał.
- Nie smakuje ci - zmartwił się Todorow.
Powąchał zupę i spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Myślałem, że będzie ci smakowała - rzekł. - Dodałem do niej imbiru.
Mówiąc to był tak zmartwiony, że podniosłem łyżkę i kolebałem się dalej nad garnkiem.
- Świetna zupa - powiedziała za mnie Kabaczek. - Najlepsza, jaką jadłam.
- Prawda? - ucieszył się Todorow. - Dodałem do niej imbiru. Szkoda, że nie mam papryki.
- Uważasz, że mogłaby być jeszcze lepsza? - spytała Kabaczek przejętym głosem.
- Na pewno - odparł Todorow.
Wojtek uśmiechnął się i było mi przykro, że Todorow to widzi. Zupa była naprawdę dobra, dobrzy byli Kabaczek i Todorow. Wojtek nie lubi rozmieniać się na drobne i kpi nawet wtedy, gdy jest to zbędne. Byłem nieprzytomny ze zmęczenia i niewyspania. Wstałem, włożyłem buty i nie żegnając się z nikim, poszedłem do namiotu. Usnąłem natychmiast.

Nad ranem wypogodziło się. Mokry wieczorem śnieg stwardniał jak lodowiec i chodziliśmy sobie po nim wygodnie jak po bruku. Zwaliłem namiot i chuchnąłem w palce, gdyż mimo słońca było zimno. Wiał północny wiatr, nawiewający na niebo wysokie cirrusy przejrzyste jak gaza.
Zjedliśmy resztki wieczornej zupy. Potem wypłukałem menażkę gorącą herbatą, ale zostało w niej trochę gęstego osadu, który musiałem wygarnąć śniegiem. Zbrudziłem przy tym ręce zastygłym tłuszczem. Nie było ich w czym umyć, starłem więc tłuszcz o pień karłowatego drzewa.
Kola przyglądał się niebu. Cirrusy rano to zły znak.
- Po południu będzie sypało - rzekł wreszcie. - Musimy dojść przedtem do schronu na Banskim Suchodole.
- Za dużo tych cirrusów - przytaknąłem. - Musi sypać.
- Pakujmy się - rzekł Kola. - Pomóc ci? - spytał Kabaczka.
- Dobrze - zgodziła się szybko Kabaczek, potem jednak poczerwieniała i mrugnęła do mnie.
- Dziewczynko - zaśmiał się Wojtek - któż tak robi, dziewczynko.
Zwinęliśmy namioty. Wepchnąłem mój do plecaka i włożyłem raki. Stok, którym mieliśmy iść, był stromy, twardy i błyszczał jak oblany lodem. Rozplątałem linę, myśląc z kim by się tu związać. Spojrzałem na ładną Kabaczek, zarumienioną od mrozu i w ogóle, i doszedłem do wniosku, że będzie najlepiej, gdy zwiążę się z nią. Kabaczek jest jeszcze mała i tak właśnie powinieneś zrobić - pomyślałem.
- Zwiąż się ze mną - rzekłem do niej.
Kabaczek wzięła koniec liny i zasupłała na sobie węzeł. Spojrzała na Kolę, ale Kola spakował plecak, podniósł linę ze śniegu i wściekły związał się z Todorowem i Szopofem.
- Jesteś bardzo złośliwy - powiedziała do mnie.
- Podoba ci się? - spytałem zaskoczony.
- Jeszcze jak - odparła. - Jest bardzo miły.
- To dlaczego mrugasz do mnie jak rozbawiony podlotek - warknąłem rozczarowany. - Nie wiązałbym się z tobą i poszłabyś sobie z tym twoim Kolą.
- Przysięgam Bogu, Kabaczek chciała zachować pozory - parsknął Wojtek. - Nie rozumiesz kobiet?

Wlekliśmy się tym cholernym nagim stokiem ponad lasem. Nie odespałem dwóch poprzednich nocy. Było mi zimno i nudno. Kabaczek szła dziesięć metrów przede mną, nawet nie mogłem z nią rozmawiać. Stok gdzieś wysoko w górze zwężał się w wygięty jak róg nawis, ale do niego było wciąż jednakowo daleko, choć od dwóch godzin podnosiłem i podnosiłem nogi, aż rozbolały mnie uda. Nie pragnąłem niczego innego, tylko przestać wreszcie wałęsać się po zboczu, dojść pod nawis, przerąbać go solidnie i jak przez wygodne wrota wejść szczerbą na początek grani Koteszki-Czału. Na grani zawsze dzieje się coś ciekawego. Tymczasem cirrusy poszarzały, opadły niżej, a potem nieoczekiwanie stopiły się w podziurawioną błękitem mgłę. Dygotałem z zimna, więc razem z Kabaczkiem przystanęliśmy, by włożyć kurtki i anoraki.
Wiatr podniósł ze stoku śnieżny pył i pędził go przed sobą falującymi strugami. Wszystkie kontury straciły ostrość jak nadmorskie piaski w czasie upału, gdy wisi nad nimi drgające powietrze. Mgła opadała teraz ku nam i równocześnie niknęły ostatnie wędrujące po górach plamy słońca. W kurtce było mi ciepło. Kabaczek szła wciąż kilkanaście metrów przede mną i co chwila podnosiłem głowę, by na nią spojrzeć, bo chociaż znałem ją od kilku lat, nigdy jeszcze nie związaliśmy się liną i nie wiedziałem, co taki czarnowłosy Kabaczek może zrobić, gdy zapatrzy się, dajmy na to, na chmury. Potem zaczęło mi być jednak za ciepło. Przystanąłem na chwilę i rozpiąłem anorak. Wypuściłem przedtem trochę liny, by Kabaczka nie szarpnąć, ale ona musiała też stanąć, gdyż lina leżała na stoku nieruchomo. Podniosłem głowę. Czerwony nylon wznosił się w górę i nikł za kremowym nawisem. Nareszcie koniec stoku - pomyślałem z wielką ulgą. Zobaczymy, jak wygląda grań.
Kabaczek wychyliła spoza nawisu przestraszoną twarz.
- Ale grań - powiedziała niepewnie. - Jest bardzo wąska i ma nawisy. Chodź, zobacz.
Nawisy wisiały z garbów ostrej grani jak mięsiste białe liście, zakończone kolcami sopli. Wiatr przerzucał ponad nią mgłę stapiającą się z chmurami. Po białym ostrzu szedł Kola z czekanem w ręce. W dużych odstępach szli za nim Todorow i Szopof.
- Chodźmy, Kabaczku - powiedziałem. - Wstawiaj nogi w ślady i nie zleć.
- Pójdziemy zaraz za wami - pocieszył ją Wojtek. - Nic się nie bój.
Grań była łatwa, tyle tylko, że diablo wąska i przepaścista. Omijaliśmy nawisy i pewno dlatego przypomniałem sobie wczorajszy las, drzewa i paciorki śladów kluczących wśród drzew. Uśmiechnąłem się, bo lubię zwierzęta zostawiające na śniegu ślady swoich wędrówek. Potem pomyślałem, że mgła kryje przed nami przepaścistość grani jak łowcy zwierząt doły, i przestałem się uśmiechać, natomiast wbiłem szybko czekan w śnieg, by sprawdzić, czy idę jeszcze w obrębie skał, czy też po nawisie. Szedłem w obrębie skał.
Grani ubywało nam szybko. Zadowolony spoglądałem od czasu do czasu na Kabaczka. Szła za mną szybko i pewnie. Myślałem z podziwem, że jak widać Kabaczek jest kobietą nie tylko uroczą, i chciałem jej to powiedzieć, ale gdy otwarłem usta, stało się naraz coś niesamowitego.
Wiatr zafurczał na nawisach jak olbrzymia chrapliwa trąba i wcisnął mi słowa z powrotem w gardło. Coś silnego pchnęło mnie tak, że omal nie zleciałem z grani. Lina poderwana w górę rozpięła się między nami olbrzymim łukiem i nie chciała opaść. Upadłem na śnieg, chwyciłem się kurczowo ostrza nawisu. Kabaczek zataczała się pod ciosami wiatru, zasłoniła twarz rękoma, gdyż niesiony przez niego śnieg obdzierał policzki ze skóry i ranił wargi.
- Kabak! - wrzasnąłem. - Kładź się!
Oderwany od nawisu sopel wyrżnął mnie w otwarte usta. Dolna warga pękła i poczułem, że kapie z niej krew.
- Diabli - jęknąłem. - Co się to dzieje?
Kabaczek przewróciła się i leżeliśmy już wszyscy. Wiatr, który przed chwilą przelewał się przez grań cichym strumieniem, grał teraz na niej jak na olbrzymich organach i przypomniała mi się pusta oliwska fara, ryczące organy, ludzie zwiani z grani, jak ci na Eigerze, a nawet to, że mam czekoladę i na pewno nie zdążę jej zjeść.
Przestraszyłem się.

Kabaczek lazła na czworakach, mnie cierpła skóra i ściągałem linę łączącą nas coraz krótszym łukiem. Modliłem się, żeby Kabaczek nie spadła, bo sam bym jej teraz nie wyciągnął, a grań była za wąska, by obok mnie stanęli jeszcze inni. Wojtek raczkował tuż za Kabaczkiem, Kola zaś stał na garbie kilkadziesiąt metrów przed nami, podtrzymywany przez Todorowa i Szopofa, i coś do nas ryczał. Nie mogłem tego zrozumieć, ponieważ wiatr ryczał głośniej od niego i walił w anorak śniegiem, aż trzeszczało.
Nie wiedziałem, jak daleko mamy do Banskiego Suchodołu, czy lepiej wracać, czy też iść naprzód. Erak podniósł się na kolana i otwierał szeroko usta, ale z jego wrzasku zrozumiałem tylko "Kola", a Kola na pewno nie usłyszał nawet i tego. Machali więc do siebie ramionami jak dwa wiatraki w czasie burzy. Czekałem, kiedy się zmęczą, bo przecież to nie miało sensu. Wreszcie Kola znieruchomiał i wetknął obydwie ręce w mgłę i tumany śniegu, wskazując kierunek, gdzie powinien znajdować się Banski Suchodoł. Potem obydwaj z Erakiem upadli znowu na śnieg, Kabaczek zaś doszła do mnie oblepiona śniegiem, z czerwonymi policzkami, jakby odartymi ze skóry.
- Wieje wiatr! - krzyknęła mi w ucho.
To stwierdzenie było tak rozkosznie idiotyczne, że najchętniej pocałowałbym ją, miałem jednak zalodzoną brodę, ciekło mi z nosa i nie wyglądałem chyba zbyt atrakcyjnie.
- Nie potrafisz wymyślić czegoś ciekawszego? - krzyknąłem zły. Kobiety mówią czasem takie rzeczy, że można wpaść w zachwyt, a zaraz potem stracić cierpliwość.
- Nie! - odkrzyknęła Kabaczek, zdziwiona moją złością. - Zetrzyj mi śnieg z okularów.
Przetarłem jej okulary, lecz to nie zdało się na wiele. Śnieg tajał nam na twarzach i parował, para zaś zamarzała na szkłach. Trzeba było ją zdrapywać.
- Siedź tutaj! - krzyknąłem. - Pójdę dalej i ściągnę cię potem do siebie. Nie asekuruj mnie, bo jak zlecę, to i tak polecisz za mną.
- Dobrze! - odparła grzecznie Kabaczek, przytuliła się do śniegu i zasłoniła głowę rękoma.
Spojrzałem jeszcze na Wojtka. Erak siedział tuż obok niego i ściągali razem Danka. Lina wiła się nad ich głowami. Śnieg gnany wiatrem płynął nad nimi mętnym szybkim strumieniem. Przede mną Kola chwiał się na nogach i pomyślałem, że zaraz zleci. Ja zresztą chwiałem się tak samo i rzekłem sobie, że umarłbym ze strachu, gdybym był Kabaczkiem i widział osiemdziesięciokilogramowego chłopa, strącanego wiatrem z ostrej grani, w dodatku związanego ze mną liną. Przystanąłem i spojrzałem na Kabaczka, ale ona uśmiechnęła się do mnie, aż błysnęły jej zęby w obramowaniu siniejących warg i popędziła mnie ruchem ręki.
Poszedłem więc dalej.

Mimo kurtki i anoraka marzłem. Mięśnie rąk i ud zesztywniały mi i poruszałem się niezdarnie, jak stary artretyczny pryk. W dodatku okulary ochronne pokrył lód i widziałem przed sobą tylko niewielki odcinek grani. Reszta stopiła się w szarozieloną masę, huczącą wiatrem. Usiadłem, żeby zsunąć okulary na czoło, lecz metalowa oprawa przymarzła do brwi. Szarpnąłem je, aż łzy napłynęły mi pod powieki i płynęły już potem bez przerwy, gdyż chmury nad nami były cienkie i słońce rozpaliło mgłę do białości. Ostry śnieg wydrapywał mi oczy.
Pochyliłem głowę i na kolanach czołgałem się po ostrej krawędzi grani, obłapując ją rękami. Wiatr walił mnie w prawy bok, strzelał połami mego anoraka jak pijany furman z bata. Zupełnie nieoczekiwanie wpadła mi do głowy myśl, że muszę wyglądać pociesznie z tym wypiętym zadkiem i nosem przyklejonym do śniegu, jakbym był pątnikiem żebrzącym o miłosierdzie.
Musiało mi już dobrze szumieć z wiatru w głowie, ponieważ usiadłem i zacząłem ryczeć ze śmiechu. Przypomniałem sobie jeszcze "wieje wiatr" Kabaczka i ryczałem coraz głośniej, bo to, co się działo, można by nazwać tajfunem, orkanem, ale nie wiatrem.
Wreszcie wiatr kolebnął mną trochę mocniej i opamiętałem się. Polazłem dalej i to tak szybko, że dogoniłem Szopofa. Ten obejrzał się i popatrzył na mnie czerwonymi oczyma, z których łzy ciekły ciurkiem.
- Wyżre mi oczy - jęczał - mam zalodzone okulary, jeszcze sto metrów i będzie łatwiej…
Odwrócił się i pełzaliśmy dalej, jak dwie duże gąsienice po cienkim źdźble. Lina skubnęła mnie w pasie. Usiadłem okrakiem na grani, żeby ściągnąć do siebie Kabaczka. Zamknąłem na chwilę oczy i przetarłem je rękawicą. Wydawało mi się, że cieknie z nich kwas.
Wiatr tymczasem zadarł mi anorak, podwinął kurtkę i otoczył brzuch oraz piersi lodowatym, szczelnie przylegającym kompresem. Straciłem oddech. Otwarłem usta, lecz wiatr wepchnął się w płuca i wypełnił je szczelnie jak gąbka. Uduszę się, tylko tego brakowało - pomyślałem. Dom wariatów. Chciałem odetchnąć, jednak bezskutecznie. Wiatr siedział w ustach kneblem, żebra zaś znieruchomiały mi pod wpływem zimna. Puściłem linę, która frunęła w górę, i zacząłem się walić pięściami w piersi. Kabaczek musiała myśleć, że macham do niej, gdyż pokiwała dłonią i krzyknęła:
- Dobrze, dobrze! Idę!
Miałem w sobie jeszcze tyle sił, by wściec się na jej niedomyślność, i to przywróciło mi oddech. Zaczynałem się dusić. Matko!

Znowu poczołgałem się naprzód, lecz nie sam, tylko równocześnie z Kabaczkiem. Dziewczyna była granatowosina, ja na pewno też nie wyglądałem wiele lepiej i zdawałem sobie sprawę, że o ile nie dojdziemy do schronu szybko, to w ogóle do niego nie dojdziemy. Dlatego przestałem ją asekurować.
W kieszeniach spodni miałem pełno śniegu, nawianego tam wiatrem. Śnieg topniał i zalał mi cały brzuch. Chryste, co się później działo. Wiatr przenikał przez spodnie, jak przez bibułę, szalał po mokrej skórze. Podbrzusze rozbolało mnie i dygotałem ze strachu, że się odmrożę. Ręce miałem zajęte trzymaniem czekana i obejmowaniem grani, toteż nie mogłem rozetrzeć tego, co trzeba. Przypomniał mi się "Mur" Sartre`a, dokładnie mówiąc - jegomość z ptaszkiem. Przerażony stanąłem, żeby coś robić. Skuliłem się, by choć na chwilę odciąć wiatrowi dostęp do brzucha, ale mimo to ból był coraz silniejszy. Kabaczek przystanęła i spytała przestraszonym głosem:
- Co ci się stało? Pomóc ci?
Jęczałem z bólu, a ponieważ Kabaczek patrzyła na mnie nic nie rozumiejąc, więc powiedziałem jej, co mi grozi, i przewiesiłem się przez grań jak worek, by zwolnić ręce. To wszystko było już zupełnie zwariowane. Wiatr ryczał nad nami, katował nas śniegiem, Kabaczek chichotała jak szalona i pomyślałem, że raczej wyjdziemy z tego, bo ona ma jeszcze całkiem przyzwoite poczucie humoru i niepotrzebnie bałem się o nią.
Wreszcie ból trochę osłabł. Poleźliśmy dalej. Szybko dogoniliśmy Szopofa, który właśnie podnosił się na nogi, bowiem grań była już nieco szersza i można było zaryzykować marsz tylko na nogach.
Potem grań rozdzieliła się na dwa ramiona. Obydwa jednakowo niknęły we mgle i śniegu, ale gdy prawe sprowadzało do schronu, to lewe wiodło przez Kutełę i Wichren na Atmegdan, z którego przy tej pogodzie do nieba nie było zbyt daleko. Wojtek pozostał gdzieś z tyłu i nie słyszałem nawet ich głosów. Należało na nich zaczekać.
- Chodźmy - wybełkotał jednak Kola - chodźmy, bo wytrzęsę z siebie duszę. Nie mogę ruszać szyją. Sztywnieje mi.
Wraz z Todorowem chwycili dziewczynę pod ręce i potoczyli się w prawo. Szopof biegł za nimi z rękami przy twarzy, jakby zobaczył nie wiedzieć co.
- Kola! - wrzasnąłem. - A Wojtek? Stójcie!
Nie usłyszeli mnie, gdyż wiatr wył jak stado rozjuszonych andaluzyjskich byków. Zaparłem się nogami w śnieg, by ich zatrzymać liną, ale gdy ją napięli - machnąłem kozła i omal że nie spadłem z grani. Zerwałem się i pobiegłem za nimi, wywijając czekanem jak toporem. Miałem ochotę porozwalać im łby.
- Stójcie! - ryczałem.
Przystanąłem, jednak lina zwaliła mnie z nóg. Grzmotnąłem głową w twardy śnieg, aż mi coś trzasnęło w szczęce. Czułem, że zsuwam się w dół. Przerażony skoczyłem na nogi i pobiegłem dalej, wywrzaskując jakieś okropne klątwy i rozsupłując węzeł nylonowej liny. Gdy mi się to w końcu udało, przystanąłem. Lina napięła się, wyskoczyła spod plecaka i frunęła w górę, jak chorągiew na wietrze.
Wróciłem potem do miejsca, gdzie grań rozwidla się na dwa ramiona. Lewe wiodące przez trzytysięczne prawie szczyty, aż nad Morze Egejskie, i prawe, sprowadzające do schronu. Bałem się, że Wojtek, Erak i Danek skręcą w lewo, a do ciepłych plaż morza było bardzo daleko, naprawdę. Kucnąłem za fałdem grani, roztarłem nos i policzki. Nie czekałem zbyt długo.
- Przysięgam Bogu - usłyszałem bełkoczący głos Wojtka - grań się rozdziela. I co teraz?
- Trzeba skręcić w lewo. - Erak wypychał z ust słowa sztywne jak drewno. - Tak mi się wydaje.
- W prawo, synku, w prawo - zachrypiał Danek - i to nie dlatego, że tak mi się wydaje, tylko tak powiedział mi wczoraj Kola.
- O, jest Adam - stwierdzili obojętnie.

Opowiadania "Cztery dni słońca" już w sprzedaży !!!

Zamówienia prosimy kierować na adres: kamil@goryonline.com


2006-10-24

(dg)

informacje echa z gór biznes co gdzie kiedy relacje miejscówki skitury ludzie poradnik sprzęt katalog sprzętu/szpej test sprzętu cooltura biblioteka górska fotogaleria film strefa handlu sklepy górskie sklepy internetowe katalogi ogłoszenia drobne linki goryonline o nas kontakt reklama ostatnio dodane bloGORY Hyde Park GÓRY archiwum prenumerata konkurs TATERNICZEK