
Jest wpół do dziesiątej wieczorem w środę tygodnia wielkanocnego – najlepszego tygodnia minionej zimy. Jadę z Arlberg do Innsbrucku samochodem mojej mamy, która użyczyła mi go na tydzień. Korzystam jednak z niego już drugi miesiąc. Opuściłem w nim tylne siedzenie, żeby mieć dostatecznie dużo miejsca na ułożenie moich „pogromców puchu”. Tym, który siedzi po mojej prawej stronie, jest Niiiiiiick Draaaaaaaaaxl z Thredbow, Oz. To półkrwi Tyrolczyk, gdyż jego ojciec pochodzi z Seefeld w Austrii. Dla postronnych obserwatorów musimy wydawać się nieco dziwni, gdy w czasie naszej rozmowy kilkakrotnie swobodnie przechodzimy z języka angielskiego na nasz rodzimy dialekt. Szalona kombinacja, nieprawdaż? W przypadku Nicka powodem jest to, że jeszcze nigdy nie doświadczył całego lata.
Wracamy do domu po niezbyt udanym dniu. O naszym odwrocie zadecydowały zawinione przez nas organizacyjne niedociągnięcia. Bez odpowiedniego sprzętu nasz wypad mógłby się okazać ryzykowny.

Wtedy na wyświetlaczu mojego telefonu zobaczyłem imię Petera Mathisa. Poznaliśmy się dwa tygodnie wcześniej, kiedy to łaskawy los zechciał, byśmy znaleźli się na wspólnej sesji fotograficznej , wykonanej z okazji tury organizowanej przez magazyn narciarski „Skiing – the Next Level”. Spędziliśmy wtedy razem w naszym vanie cztery dni, w czasie których skwapliwie korzystałem z okazji porozmawiania z kimś o niesamowitym potencjale, leżących w mojej okolicy szczytów (Peter i ja pochodziliśmy bowiem z tego samego regionu).
W czasie rozmowy telefonicznej Peter powiedział od razu, że zamierza zrealizować plan wypadu na Braunarlspitze. Wiedziałem co to oznacza, ponieważ rozmawialiśmy o tym zamierzeniu podczas naszego pierwszego spotkania. Wówczas jednak mówiliśmy o nim w kontekście ewentualnych planów na rok następny. Byłem więc zaskoczony, że wrócił do niego dwa tygodnie później. Ciągle przez telefon przedyskutowaliśmy nasze dalsze plany, skupiając się jednak na wyprawie na najwyższy szczyt Bregenzerwaldu. Analiza prognozy pogody i przewidywanych zmian w warunkach śniegowych jednoznacznie wskazywały, że najbliższy piątek to jedyny możliwy termin. Obaj znaliśmy bowiem teren zarówno z letnich, jak i zimowych wypadów. Wiedza ta była ogromną zaletą przy konieczności przygotowań w tak krótkim czasie. Ponadto byliśmy tu już od tygodnia, co również dawało nam sporo informacji. Jednak te wstępne rozpoznanie nie mogło zastąpić przestudiowania mapy i innych źródeł.
Mogłem ponadto poprosić o informacje jednego z najbardziej doświadczonych przewodników narciarskich w tym rejonie. Był on także moim instruktorem podczas kursu przewodników i dobrze wie, co mamy na myśli, gdy mówimy o freeridingu.
Przez ostatnie dni słońce świeciło bardzo mocno, dlatego świeży puch momentalnie zniknął z większości ścian. Nic dziwnego. W końcu właśnie rozpoczęła się kalendarzowa wiosna. Jeśli jednak potrafi się dobrze czytać z gór, można było zjechać wspaniałymi ścianami i cieszyć się każdym elementem, który składa się na idealny dzień freeridera. Ponieważ narciarstwo pozaszlakowe cieszy się w okolicy Arleberg wielką popularnością, musieliśmy zapuszczać się w naprawdę odległe miejsca.
Niemniej był to najlepszy moment na turę po Braunarlspitze, ponieważ tak daleko, jak sięgam pamięcią, nie przypominam sobie trasy zjazdowej o długości 2649 m. Spora część moich krewniaków pochodzi z wioski Schröcken, otoczonej przez wzgórza robiące nie mniejsze wrażenie niż Braunarlspitze. Jestem pewien, że niektórzy z miejscowych byli zimą na ich szczytach, ale z pewnością nie była to nazbyt liczna grupa.

Na następny dzień zaplanowaliśmy spotkanie z Peterem w centrum miasteczka Lech...
Tekst: McFly
Zdjęcia: Peter Mathis
Tłumaczenie: Kamil Kasperek
Cały tekst oraz więcej artykułów o skituringu i górskich wycieczkach narciarskich w marcowych GÓRACH 3 (142) 2006
(kg)