facebook
 
baner
znajdź partnera
nowy numer GÓR
 
 
 
 
 
baner
szukaj
 
 
 
Nasz kanał RSS
2017-07-16
 

Czekając na Godota - Pierwsze przejście na centralnej turni Torres del Paine

Patagonia. Niesamowite krajobrazy, 1000-metrowe granitowe ściany, idealne rysy, lodowe grzyby, dzikie lodowce. To brzmi bardzo obiecująco i zachęcająco, należy jednak wziąć pod uwagę wiatr, wichury, zimno, oblodzoną skałę, długie podejścia, kiepską pogodę oraz całe mnóstwo śniegu. A jednak wspinacze i alpiniści zdają się właśnie tego poszukiwać. Jeśli raz dotknęło się skały, zostaje się zarażonym patagońskim wirusem, który pomimo wielu nieudanych wypraw, daje pożywkę dla marzeń. Drogi poprowadzone w Patagonii, potocznie zwanej przez alpinistów „krajem dla hazardzistów i marzycieli”, posiadają wyjątkowy status, jeśli chodzi o wytrzymałość, wspinaczkowe umiejętności oraz doświadczenie alpinistyczne. Strome ściany patagońskich parków narodowych znane są wśród wspinaczy nie tylko z opowieści Reinharda Karla, który czekając w jamie śnieżnej pod Cerro Torre pisze o „spalaniu banknotów 100-markowych”, aby zabić nudę i ogrzać się nimi. Mimo, iż czasy marek niemieckich już dawno minęły, to jednak myśli i wnioski Reinharda Karla są potwierdzane przez każdego, kto odwiedzi Patagonię. Duży wkład – mały zysk. Ale jeśli ktoś będzie miał szczęście do pogody, sytuacja zmienia się w mgnieniu oka. Wtedy istnieje już tylko jedno motto: „gaz do dechy”!

 

Hansjörg Auer na jednym z mikstowych wyciągów

fot. Much Mayr

 

Także dla mnie nie ma żadnych innych gór, które by w tak bezpośredni i zimny sposób uświadamiały bezsens własnego działania i tak mocno kwestionowały własną motywację. Nawet będąc dobrym wspinaczem, który sprawnie porusza się w górnym przedziale skali trudności, nie ominie się uczucia „bycia oszukanym”. Może się zdarzyć, że z powodu ciężkich warunków pogodowych utknie się w czwórkowej drodze z lat 50, do tego stopnia, że najchętniej by się uciekło z podwójną prędkością, aby uniknąć szyderczego uśmiechu gór. Ale właśnie ten proces jest wyjątkowo wartościowy, bo pozwala wytrenować alpinistyczną cierpliwość na całkowicie nowym poziomie. Także podczas mojego ostatniego pobytu w Patagonii otrzymałem kolejną lekcję. Ciągłe rozmowy telefoniczne z Karlem Gablem, aby znowu obudzić się ze świadomością beznadziejności całej sytuacji i, że nawet nie mam co liczyć na małe światełko nadziei. Ciągłe poszukiwanie potwierdzenia, że czekanie ma jednak sens. Już niejeden raz podchodziłem w czasie tych pięciu tygodni pod górny obóz, aby poczuć siłę wiatru i bliskość zimna, żeby następnej nocy móc spać spokojnie. Po trzech tygodniach miałem już tego dość. Po tym, gdy podczas jedynego dnia bezchmurnego nieba musieliśmy się wycofać z powodu lodowatej temperatury, z lekko odmrożonymi palcami u stóp, po pokonaniu zaledwie pięciu metrów czwórkowej ściany, i kiedy wszyscy inni wspinacze wypełniali pustkę w Campamento Torres piwem, hamburgerami i nowymi znajomościami w Puerto Natales, wiedziałem, że jest to nasza ostatnia szansa. Karl Gabl prognozował, że przez najbliższe trzy, cztery dni ma nie być żadnych opadów. Pomimo silnego wiatru, który nie sprzyjał trudnej wspinaczce na nowej drodze, dwa fakty dodawały mi odwagi: portaledge oraz osłonięta przed wiatrem wschodnia ściana. Portaledge miał być dla nas małą wysepką w morzu rys i zacięć. Nawet jeśli na zewnątrz będzie panować burza i padać śnieg, będziemy mieć w naszym „małym domku” poczucie ciepła i bezpieczeństwa.

 

Bagażu nie brakowało

 

Udaje mi się zmotywować mojego partnera od liny Mucha Mayra i nagle pojawia się lekkie zdenerwowanie. Panuje napięcie przedwyprawowe. Udajemy się w drogę do górnej bazy. Na górze spędziliśmy już wiele dni w śnieżycy i poza sortowaniem ekwipunku, graniem w karty i gotowaniem wiele nie robiliśmy pod ukrytą za strzępami mgły i oblodzoną wschodnią ścianą centralnego filara Torres del Paine. Teraz, na początku stycznia, warunki w pobliżu naszej nowej drogi poprawiły się i jeśli uda nam się wciągnąć ciężkie haulbagi pod wejście w ścianę, pomimo silnych podmuchów wiatru, już nic nie stoi na drodze.

 

Bar w Puerto Nateles

 

Dwa dni później spędziliśmy naszą pierwszą noc w ścianie, w portaledge’u. Ponad 250 metrów nad podstawą ściany udało nam się znaleźć małą osłoniętą półkę. Ostatnie dwa dni były bardzo wymagające. Najpierw musieliśmy prowizorycznie naprawić namiot w górnej bazie, który został porwany na strzępy przez silny wiatr. Potem pierwszy dzień wspinaczki. Zaśnieżone płyty pod wejściem w ścianę były bardzo niebezpieczne. Warstwa śniegu lub lodu częściowo nie przylegała do skały i odstawała od niej czasem o kilka centymetrów, a czasem o kilka metrów. Kruchy stan równowagi, który w każdej chwili mógł się załamać w stronę lodowca. Asekuracja w tym miejscu była praktycznie niemożliwa. Wspinałem się ciągnąc za sobą 200-metrowego statyka tak wysoko, aż ciężar liny mnie prawie ściągał na dół. Drugiego dnia musieliśmy wciągnąć nasze ciężkie haulbagi pod ścianę. Podczas drogi pod górę silne podmuchy zapowiadanego zachodniego wiatru prawie nas przewracały. Podciąganie, wciąganie i podnoszenie całymi godzinami.


Droga do campu z dobytkiem na grzbietach

1 | 2 |
KOMENTARZE
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
Dodaj komentarz
Goryonline
 
2017-07-25
Tylko w GÓRACH
 

Nordic Walking i podróż przez dziki Kirgistan

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-07-23
Tylko w GÓRACH
 

W tatrzańskim numerze: Góry, gdzie pieniądze są zbędne…

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-07-20
Tylko w GÓRACH
 

Zapiski na marginesie reklam wspinaczkowych cz. I

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-07-18
Tylko w GÓRACH
 

W tatrzańskim numerze GÓR: Kieżmarski Szczyt turystycznie

Komentarze
0
 
Goryonline
 
2017-07-14
Tylko w GÓRACH
 

W tatrzańskim numerze GÓR: Grań Wideł

Komentarze
0
 
 
 
 
Copyright 2004 - 2017 Goryonline.com