05.02.2010
Formalności...
...to rzecz ważna, choć mało ekscytująca.
Budzimy się około 6 rano, ogarniamy bety, zjadamy wspólne śniadanie i dzielimy zadania. Część z nas ma do kupienia butle gazowe, część bilety na autobus do parku Aconcagua. Wcześniej każdy wymienia dolary na lokalne peso (około 80 groszy za sztukę). Dużo przy tym chodzenia ale i szybkiego wzrokowego nazwijmy to zwiedzania trochę innej rzeczywistości. Z centrum miasta do dworca autobusowego żwawym krokiem trzeba iść około 20 minut. Równie dobrze można wynająć taksówkę, która jest bardzo tania. Przejechanie pięcio może siedmiokilometrowego odcinka to koszt ośmiu złotych.
Miasto jest bardzo ruchliwe, ale panuje w tym jakiś porządek. Inaczej niż w Rosji czy Indiach, gdzie dominuje prawo zwinniejszego. I w ogóle tyle chciałoby się napisać o tym mieście, gdzie już od wczesnych godzin ludzie nie tylko idą do pracy ale i przesiadują w lokalnych knajpach, barach. Pucybuci choć są codziennością, dla mnie kolejnym fragmentem jakieś innej bajki. I jeszcze te samochody, które wyprodukowano bodaj w chwili mojego przyjścia na świat. Wciąż sprawne! Osobny rozdział to argentyńskie kobiety, które nie pozostawiają obojętnym. Echhh, tym czasem na pocieszenie plik biletów dla naszego towarzystwa, kiść bananów i wspólne spotkanie w Ministerstwie Turystyki.
Jesteśmy tu wszyscy razem. Znowu dźwięczne Argentynki wręczają nam papiery do wypełnienia. Wypisujemy je, co rusz weryfikując wspólnie kolejne wersje grup krwi, dolegliwości i innych nieścisłości. Potem kilkanaście minut czekania na swoją kolejkę. Podchodzi się z wypełnionymi papierami, płaci i czeka na odpowiednie pozwolenia.
Biuro Ministerstwa Turystyki wydające dokumenty to rozległa sala z dwoma niepozornymi stoliczkami, przy których załatwia się niezbędne formalności. Ściany pokrywają tapety i zdjęcia górskich scenerii z Aconcaguą w roli głównej. Można zapoznać się z warunkami bio i geo panującymi w górach, z niebezpieczeństwami i poradami. Ogólnie jest tu sporo informacji. Na tyle, by nie móc przeczytać ich wszystkich do końca. Tylko zdobyć co niezbędne i ruszać dalej, wyżej.
Mam już swoje papiery za sumę bodaj plus minus 300 dolarów i czekam aż wszyscy z ekipy dostaną swoje.
Z dużej sali, w której mieści się biuro wychodzę na taras. Rozciąga się z niego widok na jedną z głównych ulic Mendozy. Bujne korony drzew nieco zasłaniają mi sceny z życia mieszkańców ale da się poczuć południowy rytm. Spokojny jak na miasto. Zrównoważony. I tylko dziecku na rowerze, gdzieś spieszy się dziecięca fantazja. Mnogość bezpańskich psów. Maniana.
Zakupy
Po powrocie do hostelu jest około południa. Mamy trzy i pół godziny na odjazd autobusu do Pente del Inca. Robimy zakupy w pobliskim Carrefourze. Ceny są porównywalne z polskimi, choć typowe argentyńskie specjały jak mięso, salami i bakalie można kupić trochę taniej. Reszta według uznania. Przed jedną rzeczą warto jednak przestrzec, szczególnie fanów czekolady. Po pierwsze mały wybór. Po drugie to co jest, a więc czekolady Cadberry's z nadzieniem, to zupełnie inna, niesmaczna wersja tej samej marki w Polsce. Dużo kakao to zrozumiałe, ale nie przypominają one nawet smaku gorzkich czekolad. Trudno określić tę mieszankę. Na pewno nie rozpływają się niebiańsko w ustach. Nie mają też smaku wybornej, gorzkiej czekolady. Po prostu niesmaczne czekoladopodobne coś. Odradzam, szczególnie w górnych partiach, kiedy człowiek łaknie energii i chce napędzić się nie tylko czymś konkretnym ale i smacznym.
Na dworzec postanawiamy dotrzeć tanimi taksówkami. Dlatego pozwalamy sobie na popołudniową siestę na skwerze niedaleko supermarketu. Frytki, dwa konkretne kurczaki i tanie ale dobre, argentyńskie wino. Ale to bardziej wybredna część ekipy ; ) Bo Grzesiek z Agą na ten przykład wylansowali się tuż obok na ławeczce z jakimś skromniutkim arbuzikiem ; ) Było pysznie tak czy owak. A po butelce wina dodatkowo chciało się paść w objęciach hostelowego łóżka. Niestety czas naglił.
Z tobołami cięższymi o kilkanaście, a w przypadku niektórych o kilkadziesiąt kilogramów docieramy kolejno taksówkami na dworzec. Potem dodatkowa opłata (łapówka) za dość pokaźne bagaże, szybki załadunek po stronie, gdzie zamierzamy siedzieć i po zajęciu górnego pokładu startujemy z Mendozy do Puente del Inca.
Po drodze znowu te same krajobrazy co przy wjeździe do kraju. Tym razem jednak za dnia. Imponujące pustkowia oświetlone słońcem, co jakiś czas mijane miasteczka pełne ludzi a to kąpiących się w basenach, a to siedzących gdzieś przy drodze i radujących się zwykłą chwilą. Na polach porośniętych soczysto zieloną trawą pasą się konie. Raz na jakiś czas mijamy przydrożne stragany z miedzianymi naczyniami i lokalnymi specjałami. Ciekawy obrazek, dość częsty, to całe rodziny zmierzające gdzieś pieszo lub w samochodach. Argentyńczycy to rodzinni ludzie, zbierający się nie tylko za zastawionym stołem, ale także w parkach i na ulicach, wędrując razem to tu, to tam.
Z telewizora dobiegają krzyki jakiejś telenoweli. Za oknem oddalają się i w końcu już zupełnie znikają miejskie krajobrazy. Wzdłuż trasy tylko koryto szerokiej na kilkadziesiąt metrów niemal wyschniętej rzeki, której jeden z brzegów pnie się wysoko na kilkanaście metrów i ciągnie bez końca. Po obu stronach drogi pasmo Andów, które rosną i rosną co kilka kilometrów. Jesteśmy co raz wyżej.