Już pierwszego dnia obserwując z plaży wielgachne konstrukcje podtrzymujące kręcące się we wszystkie możliwe strony szatańskie wynalazki lunaparku...
Powolnymi kroczkami zbliżała się połowa maja. Jak uparty wół nie miałam zamiaru zdejmować ekspresów z zapatentowanej ósemki c i c/c+. Czekałam wytrwale na zbawienne ochłodzenie, które meteo zapowiadało!
Ponieważ po raz kolejny zostałam osierocona przez stałego partnera wspinaczkowego, rozpoczęłam poszukiwania wśród lokalsów. Niestety nikt nie miał zamiaru wspinać się w kolejnych dniach / tygodniach w Margalef. Nikt nie był na tyle szalony ;))))
Plan przeniesienia się do Kraju Basków, wraz ze świeżo poznanymi wspinaczami szybko wybił mi z głowy Sebastian. Perspektywa wspinu w Onate przestała być aż tak kusząca po tym, co usłyszałam przez telefon: "Jesteś świeża? Lepiej wracaj do Polski i odpoczywaj przed kolejnymi 3 miechami w skałach!"
Niemniej jednak bardzo kuszący stał się plan restu na plaży i odwiedziny hiszpańskiego Disneyland'u. Wesołe miasteczko wraz ze swoimi atrakcjami, na widok których można było stracić kilka dkg (bądź z potem, bądź w inny sposób) :) z pewnością pozwoliłoby mi na moment zapomnieć o skałach. Po kolejnej "traumatycznej" wstawce w swój projekt nie zastanawiałam się ani sekundy nad wybyciem z Margalefu. Niczym spragnione zabawy dzieciary spakowaliśmy ręczniki i plastikowe woreczki ;) i wspólnie z Szymonem i Tomkiem wyruszyliśmy do Salou.
Już pierwszego dnia obserwując z plaży wielgachne konstrukcje podtrzymujące kręcące się we wszystkie możliwe strony szatańskie wynalazki lunaparku, myśl o wyślizganych stopniach odeszły w niepamięć.
Karuzeleeeeeeeee! Będzie się działo!
Fantastyczny plastikowy kaczor przywitał nas na wjeździe do ES-Disneyland'u.
Jak szybko powiedział "Buenos Dias", tak szybko dodał "Adios" :)
Na wieść o cenie biletu stwierdziliśmy, że coś im się pokręciło...
Powrót do Margalefu, gdzie zostaliśmy z chłopakami sami, jako jedyni zakręceni wierzyliśmy w najbliższe sukcesy wspinaczkowe :)