O wyjeździe i wspinaniu w Rzędkowicach - w trzydziestostopniowym upale. I nie tylko...
Wojtuś, 'Geneyał' i 'Dżunioy'.
'Geneyał' nie wymawiał R. Tyoszku styaszno, tyoszku smiszno... Kuywa mać! Pojechaliśmy do Rzędkowic. Pod namiot, z Wojtusiem. Do Zawiercia. Nie było już tego dnia autobusu do Rzędkowic. Ale był... do Morska. Stamtąd – mieliśmy wycieczkę turystyczno – krajoznawczą. Tak przez las, na wprost... Jak się w Morsku przejdzie to wzniesienie we wsi, po którym droga zacznie opadać ku lasowi – to w końcu widać już przecież przez chwilę wspaniały mur Skałek Rzędkowickich! No więc idziemy – tak „na azymut”!
Upał. Koło 30 stopni. Ta droga przez las, z wielkimi plecakami i namiotem – była najprzyjemniejszą drogą, jaką zrobiliśmy na tym wyjeździe...
Doszliśmy wreszcie. Na ‘Patelni’ – czyli tam, gdzie jest ‘nieoficjalne pole namiotowe’ w Rzędkowicach – nie rozstawiliśmy namiotu. To znaczy nie od razu. Nie dało się. To była wtedy ‘patelnia do kwadratu’”. A my ‘mamy te kilometry w nogach’.
Wspinać dało się tylko wcześnie rano i późno wieczorem. Robiliśmy średnio trzy – cztery drogi dziennie. Rytuałem stało się przejście – na dzień dobry i na dobranoc Filara Lechwora. To robiliśmy codziennie. Środek dnia – spędzaliśmy zwykle leżąc w oknie Okiennika. Tylko tam dało się jakoś wytrzymać.
No a raz Wojtuś – z głodu – poszedł, do tego w środku dnia, w porze obiadowej... na ‘Patelnię’ właśnie. Wszedł do namiotu i... ugotował tam sobie zupkę chińską. Z głodu. Tak przy 30 stopniach. Tak mniej więcej...
‘Geneyała’ i ’Dżunioya’ – poznaliśmy właśnie na 'Patelni'. Byli z daleka. Pierwszy raz w Rzędkowicach. Nie wiem, który w ogóle u nas na Jurze. A że bardzo chcieli - wspinali się cały dzień. Codziennie. Nie wiem, jak oni to wytrzymywali. Ale przyjechali z daleka. Bardzo chcieli się wspinać. (Następny raz – przyjadą nie wiadomo, kiedy.) No i ta skóra ich nie miała wyjścia - przy tej pogodzie, tej wystawie skałęk i tym ich 'zaangażowaniu w sprawę' - musiała im po kilku dniach złazić płatami... 'Kuywa mać'...