Przygotowania
Jako bazę wypadową obraliśmy Stary Smokovec, gdzie razem z moją lepszą połową, Martą, gościliśmy w okresie letnich wakacji. Moim partnerem w czasie wspinaczki był znajomy, doświadczony alpinista Tibor Hromadka (
www.horskyvodca.com).
Generalnie plan zakładał standardowe wyjście o ok. 5.00 ze Śląskiej Chaty, przez magistralę (czerwony szlak) do Stawu Batiżowskiego, następnie przekroczenie zamarzniętego zbiornika wodnego, podejście w górę doliny do podstawy południowo-wschodniej ściany Gerlachu. W zależności od warunków atmosferycznych zakładaliśmy wspinaczkę drogą 3 (III) (przy umiarkowanie złej pogodzie) lub bardziej ambitny wariant drogi 8 (V/A2) (
www.tatry.nfo.sk/stena.php) w sprzyjających warunkach atmosferycznych i naturalnie przy odpowiednio niskim poziomie zagrożenia lawinowego, tj. maksymalnie 2.
Podejście
Na dzień przed wyprawą, tj. 29 grudnia 2009 sprawdziłem dokładnie prognozę pogody METAR (prognoza lotnicza, z dokładną charakterystyką widoczności i prędkości wiatru na różnych wysokościach) dla leżącego nieopodal lotniska w Popradzie. Cóż... Prognoza była fatalna... Zapowiadano bardzo intensywne opady śniegu wczesnym rankiem, zaś około południa oziębienie i porywisty wiatr. W związku z tym, ustaliliśmy z Tiborem, że poczekamy i zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja... O 3.30 nad ranem obudził mnie dochodzący zza okna gwizd. Bynajmniej nie był to mój kolega, lecz zapowiadana zamieć śnieżna. Zgodnie z umową, Tibor pojawił się w naszym zakwaterowaniu o 4.30. Postanowiliśmy, że powinniśmy przynajmniej spróbować podejść do Śląskiej Chaty i raz jeszcze liczyć na przychylny rozwój sytuacji.
Droga do Tatrzańskiej Polanki przebiegła stosunkowo szybko. Przy lokalnej stacji paliw odbiliśmy na północ na betonowy podjazd pod Śląską Chatę. I tutaj pierwsza niespodzianka... 70 cm śniegu... Po 400 metrach drogi (w czym 100 przejechanych na masce niezniszczalnej, starej, zielonej Skody Fabii) zepchnęliśmy nasz środek transportu na bok i dalej ruszyliśmy pieszo. Po 1 h marszu, przywitała nas, będąca w totalnym nieładzie, Śląska Chata. W drodze na Magistralę, minęliśmy grupkę kolegów z JAMES’a, których szalejąca w nocy wichura zmusiła do odwrotu z południowo-zachodniej ściany Rogatej Wieży. W konsekwencji spędzili „romantyczną noc“ w podziemiach opustoszałego schroniska. Później okazało się, że Śląska Chata jest w trakcie remontu. O 6.00 rano byliśmy już na szlaku, podążając w kierunku Batyżowieckiego Stawu. Szalejąca nad ranem burza śnieżna ustała i mogliśmy kontynuować marsz przy umiarkowanie dobrej widoczności.
Jak widać na zdjęciu na szlaku zalegała 50 cm warstwa śniegu. Prawdziwa przeprawa i walka z pogodą zaczęła się dopiero przy Batyżowieckim Stawie.
W pewnym momencie zerwał się bardzo porywisty wiatr. Takie „serdeczne powitanie“ ze strony Gerlacha.
Kolejne 500 m upłynęło pod znakiem szarpaniny z wiatrem. Najlepsze nadal było przed nami. W pewnym momencie chmury ponad Gerlachem i Kończystą zaczęły się przecierać, pokazało się ładne niebo.
Cóż, raz jeszcze zostaliśmy „powitani“ przez naszą ulubioną górę w bardzo specyficzny sposób. Sądzę, że ogólny klimat powitania najlepiej oddają załączone poniżej zdjęcia.
Po kilkuminutowym peeling’u śniegowym śnieżyca ustała. Przed nami stał otworem bardzo ładnie zamarznięty staw, zaś w tle widać było dalszą część naszej przeprawy. Jako pierwszy ruszył Tibor.
Zanim zdołałem do niego dołączyć, usłyszeliśmy trzask i łomot osuwających się kamieni.
Nie będę ukrywał, że zacząłem mieć mieszane uczucia co do mojego upragnionego zamknięcia sezonu na Gerlachu. Oczywiście, jak tylko wpakowałem się na lód, uderzyła w nas zamieć śnieżna.
Raz jeszcze widoczność spadła do kilku, może 5 metrów. Mimo wszystko pozostawanie w otwartym terenie przy 100 km/h wietrze i -17C było ostatnią rzeczą, której chcieliśmy. W związku z tym ruszyliśmy dalej, w kierunku północnego brzegu jeziora, poszukując jakiegoś zaimprowizowanego schronienia.
Po ok. 45 min. mozolnego marszu dotarliśmy do żlebu, który prowadzi do podstawy ściany Gerlacha, która była naszym początkowym celem.
W oddali widać było nowe chmury podążające w naszym kierunku, co w najlepszym przypadku oznaczało stopniowe obniżenie widoczności.
Po 30 min. podejścia wkroczyliśmy na dosyć stromy odcinek, ze świeżo nawianą 50-60 cm warstwą śniegu. Tibor postanowił wykonać prosty zaimprowizowany test lawinowy.
Uświadomiliśmy sobie, że idziemy po 50 cm warstwie zmrożonego śniegu, która u swojej podstawy ma ok. 10-15 cm bardzo luźnego puchu. Naturalnie postanowiliśmy zachować 15 m odstęp w dalszej fazie podejścia. Wichura rozszalała się ponownie, odsłaniając połacie pięknego, niebieskiego lodu.
Cóż…, przy obecnych warunkach, prosimy się o nieszczęście. Nie będę ukrywał, ze mój pierwotny entuzjazm bardzo mocno został wystawiony na próbę. Po kolejnych 30 min. powolnego podejścia, postanowiliśmy przegrupować siły, napić się czegoś ciepłego i przygotować sprzęt. Z racji dotychczasowo napotkanych meteorologicznych atrakcji, Tibor postanowił skontaktować się z chłopakami z Horskiej Zachrannej Slużby i poinformować dyżurujących ratowników o lokalnym zagrożeniu lawinowym dla Batyżowieckiej Doliny.
Gdy tylko skończył wysyłać SMS’a, rozszalało się „śnieżne piekło“. Tym razem na dobre…
I w tym momencie zacząłem żałować, że nie zabrałem ze sobą mojej balaklawy!
Okopaliśmy się trochę, dookoła i postanowiliśmy przeczekać szalejącą wichurę. Po 30 min. nie było nawet jednego znaku zapowiadającego poprawę pogody. Z trudem sprawdziłem aktualny czas… Cholera… Dochodziła 13… Nasz pierwotny plan zakładał, że o tej porze mieliśmy znajdować się już na ścianie, nawet w przypadku prostszej drogi. Nawet jeśli zdołalibyśmy wtargać nasze cztery litery na szczyt, to i tak pozostawało zejście, które przy obecnych warunkach wróżyło poważne kłopoty. Pozostało jedynie spakować manatki, trzasnąć pamiątkowe fotki „dla przyszłych“ pokoleń i z gorzkim grymasem twarzy pochylić czoła przed najwyższym szczytem Tatr.
Jedną z najbardziej fascynujących cech gór jest ich nieprzewidywalność. Jeszce kilka lat temu biadoliłbym i narzekał, gdyż nie zrealizowałem do końca mojego planu. Z upływem zaledwie kilku lat wiele zmieniło się w moim sposobie postrzegania gór i alpinizmu. Bardziej niż kiedykolwiek jestem wdzięczny za każdą chwilę, którą mogę spędzić wspinając się. Do wszystkiego trzeba jednak dojrzeć…
Podziękowania
Pragnę serdecznie podziękować mojemu mentorowi i przyjacielowi, Tiborowi Hromadce. Za wiedzę, pomoc, cierpliwość i nieskrępowany entuzjazm.
Przede wszystkim dziękuje Martusi za wyrozumiałość i nieocenione wsparcie, za każdym razem gdy idę w góry. Pragnę również podziękować mojej Mamie, Babci i Panu Krzysztofowi za zrozumienie.
Dzięki rygorystycznemu rozkładowi wspinaczki z moją partnerką wspinaczkową, Meike, której w gruncie rzeczy dziękuje za wesołe godziny spędzone na ściankach lokalnego centrum wspinaczkowego Bjoeks w Groningen (
www.bjoeks.nl) w Holandii, byłem bardzo dobrze przygotowany kondycyjnie. Podziękowania należą się również Dirk Jeager’owi i Ruud Kopmeiners’owi (
waterborg.nl) za pomoc w doborze sprzętu, bardzo atrakcyjne ceny i niezliczone godziny dyskusji i planowania.