Nauka kucania (KIRGISTAN)

Naszych przeżyć nie odda żadna relacja, choćby nie wiem jak wciągająca...
krzysieksolecki
Ludzie
Poznani nie tylko w górach.
Piotr Michalski
Ekstremaliści wspinaczkowo- remontowo - budowlani
Czasy prosperity 'ekstremalistów wysokościowych' - odpłynęły gdzieś. Chyba bezpowrotnie. Większość wyjazdów (a więc i sukcesów) naszych himalaistów był możliwy dzięki istnieniu 'przemysłu wysokościowego'. Często wtedy, przy pracach tego rodzaju można było w jeden dzień zarobić tyle, ile na przykład górnik strzałowy zarabiał w miesiąc. Jeśli nawet przesadziłem ? to w każdym razie: zarabiało się 'dość sporo'.


Baszta Piku Silesowa ( 4240 m ) ze ścianą zachodnią o wysokości 900mMiało być inaczej. Jedziemy rok wcześniej, mamy hojnych sponsorów, wszystko dopięte na ostatni guzik. Śpimy w hotelach, jeździmy taksówkami i tak dalej. Niestety, wyruszamy teraz, przygotowanie teoretyczne mamy lepsze, ale możliwości mniejsze. Podróż życia. Czworo biednych, zagubionych nonkonformistów ma swoją chwilę szczęścia. Naszych przeżyć nie odda żadna relacja, choćby nie wiem jak wciągająca.
Wiem, że wszyscy Słowianie to jedna rodzina, ale już granica w Brześciu przekonuje na wszelkie sposoby, byśmy w to nie wierzyli. Tysiące mundurowych w śmiesznych czapeczkach, dziwne przepisy, „bardzo ważne dokumenty”. Ilość i jakość toalet, mimo wielu zdobytych przez nas doświadczeń i niewielkich wymagań, znów była zaskoczeniem. Na dworcu brak ławek i wszyscy kucają. Kucanie jest w ogóle coraz częściej spotykaną formą spędzania wolnego czasu. Im dalej na wschód, tym więcej mężczyzn kuca. Możnaby rzec, że to wręcz postawa życiowa. Mamy chwilę czasu, zalegamy w parku z widokiem na monopol. „Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum, wódka w parku wypita albo zachód słońca”. To nasze białoruskie śniadanie na trawie przedłuża się i w końcu przysypiamy umęczeni, pijani wschodem i pewnym tutejszym specjałem, na etykiecie którego pozuje czerwony „miedwied”. Wszystko rekompensuje radziecki pociąg. Ciało i umysł odpoczywają po przedwyjazdowym młynie. Wolny stukot kół usypia nas, pchając niepostrzeżenie przez lesiste równiny w objęcia wielkiego, dzikiego Wschodu.
Rosja zmienia się, jak może. Można odnaleźć tu zarówno wszelkie zwiastuny Nowego, jak i niezmienne bastiony Imperium. Chwila na Placu Czerwonym, dwie na barbarzyńskich bocznych uliczkach, z których wieje prawdą o tym mieście. Rosjanki są wciąż ładniejsze od Rosjan, i to na pewno jest dobre. Gorzej, że częstokroć uroda ta ma swój specyficzny odcień w postaci przesadnego makijażu, nadmiaru ozdób, złota na dłoniach, złota na szyjach i – no właśnie – w szerokich uśmiechach...
Nigdy nie byliśmy koneserami, ani tym bardziej mistrzami w zwiedzaniu miast. Teraz wybawieniem okazuje się brak czasu. Liznęliśmy zaledwie cząstkę i już komfortowy pociąg wiezie nas w kierunku gmachu ze stali i szkła – lotniska Domodiedowo. Nazwa – dla nas bliska „domu dziadów” – jest całkowicie myląca. Wewnątrz nowoczesnej budowli kłębi się międzynarodowa śmietanka, na tle której wypadamy jak nędzarze. Do tego jeszcze te nasze dziwne „garby”. Gdy idziemy i przygniecione tobołami ciała pochylają się w przód, wydaje nam się, że stanowimy lokalną atrakcję dla bywałych biznesmenów, wracających z konferencji, dziewczyn z okładek, sportowców lecących na mistrzostwa i całej reszty zwykłych bogaczy. Wiemy, że to tylko wrażenie, ale szukamy odruchowo odludnego kąta. Przez szyby wielkie niczym ogromny telebim patrzymy z lękiem na potężne maszyny. Pijąc wódkę czujemy, że nieodwołalnie zbliża się chwila naszego powietrznego debiutu. Uznaliśmy go zgodnie za najtrudniejszy przechwyt na tej wyprawie.
Roześmiane towarzystwo idzie długim korytarzem. Do końca przejścia jest dołączone coś na kształt tunelu, tylko jakby złożonego w harmonijkę i ruchomego. Wysuwa się w rodzaj przewiązki, pomostu, którego koniec styka się z samolotem. Dziesiątki identycznych Wietnamczyków znikają w tunelu, nieświadomi niczego złego. Złe są za to nasze przeczucia i skojarzenia. Pomost zwija się z powrotem, drzwi samolotu są zamknięte, a maszyna zaczyna drgać, po czym jej cielsko z wolna cofa się, holowane przez przedziwne pojazdy, zbudowane z czterech olbrzymich kół z małym dodatkiem.

15 Przerwa w drodze przez Kirgistan na odcinku przed „objazdami objazdów”. Pałaszowanie specjałów. Fot. Piotr Michalski



Sądziliśmy mylnie, że my też dostaniemy się w ten zagadkowy sposób do wnętrza powietrznego ptaka. Okazało się jednak, że kirgiskie linie lotnicze nie są tu traktowane priorytetowo. Gdy nadchodzi nasz czas i napięcie osiąga apogeum, okazuje się, że musimy wyjść z budynku dolnym wyjściem. Czekający tam autobus wywiózł nas kilometr za lotnisko, gdzie silniki rozgrzewał już biały, muzealny Tupolew renomowanych linii ITEK-AIR. Z całą pewnością dużo starszy od każdego z nas. Podróż upłynęła nieco nerwowo, z silników coś się dymiło, próbowaliśmy zamaskować nasz niepokój nieudanymi żartami, konsumpcją oraz pogawędką z reprezentantami Kirgistanu w zapasach, którzy wracali z zawodów w Warszawie.
Udało się wreszcie wylądować i po przejściu śmiesznej odprawy wydostaliśmy się prosto w objęcia dziczy. „Ciemny tłum kłębił się i wyciągał ręce”, w ciągu minuty musieliśmy odpowiedzieć odmownie na kilkadziesiąt przeróżnych propozycji. Wiedzieliśmy, gdzie i co należy zrobić po pierwsze, aby uniknąć kłopotów i tak powszechnego wśród „przybywających-po-raz-pierwszy” przepłacania. Wyszliśmy na pusty taras i patrzyliśmy, jak Kirgistan zwolna budzi się ze snu. Długo możnaby opisywać tę chwilę, gdy każdy z nas oczyma dziecka w lunaparku chłonął wszystkie odcienie Azji, barwy, smaki, zapachy, zachowania, detale, napisy. Trzeba było działać. Pierwsza azjatycka marszrutka, piwo, pozwolenia, butle, frytki, piwo, targ. Ścieki na ulicach, klaksony aut, chaos i egzotyczny tłum, język, architektura, przyroda. Profanuję wszystko, co widzieliśmy, poświęcając temu tylko kilka słów opisu, ale cóż, nie da się inaczej... Jeszcze więcej mężczyzn niż w Rosji kuca.
Ze śniadym, rumianym grubaskiem po czterdziestce jedziemy pełnoletnim audi sto najlepszą drogą kraju do Osz, stolicy prowincji, drugiego co do wielkości miasta Kirgistanu. Czternaście godzin, wertepy, jedna kaseta z kirgiskimi przeróbkami dyskotekowych hitów w rodzaju Modern Talking. Zarzekam się, że już nigdy nie powiem złego słowa na polskie drogi. Kierowca zasypia, bijemy go po  plecach, wrzeszczymy mu do ucha najlepsze narodowe przekleństwa, gdy wjeżdża na urwane pobocza, zza których zieją kilkusetmetrowe przepaście. Mija wszystkich z głośnym trąbieniem. Później zrozumieliśmy, że gdyby nie pędził jak idiota, na długich światłach, na granicy życia i śmierci, już dawno bylibyśmy w objęciach Czarnej Damy. Tylko silne emocje utrzymywały go po stronie jawy (choć przecież nie jechaliśmy wcale na motorze...). W tym kraju obowiązuje ruch nie lewostronny, nie prawostronny, ale wielostronny. Po prostu każdy jedzie tam, gdzie jest lepsza nawierzchnia. Najczęściej są to pobocza, asfalt na środku znajduje się w gorszym stanie. Jedziemy przez zdające się nie mieć końca, różnobarwne, suche góry, w których nie tylko terrorysta mógłby ukrywać się przez tysiąc lat. Pokonujemy wysoką przełęcz, zjeżdżamy do gigantycznej, zielonej kotliny, okrążamy  olbrzymie, turkusowe jezioro. Niewysłowione widoki. Narastające zmęczenie, niewiarygodna przestrzeń, permanentny onsajt trwa. Wszak nie zdarzyło nam się dobrze spać od kilku dni.

Rekonesans w Dolinie Kara-Su. Po lewej Asan (4320 m), w głębi najwyższy szczyt rejonu Pik Piramidalny ( 5509m) w chmurach



Wreszcie jest Osz, słynna turbaza. Ceny i język rosyjski Pani nas dowartościowują, standard ośrodka kolejny raz powala na kolana. Rozlatujemy się ze zmęczenia, łażą karaluchy, wody brak, grzyb i pleśń w nadmiarze, gustowne różowe zasłonki. Zrzucamy pościel na ziemię i kładziemy karimaty na łóżkach. Śpimy jak zabici do czternastej, kiedy to Pani budzi nas tłuczeniem do drzwi i gruntownie odświeża pokój, wychlapując na próg garstkę wody z plastikowej butelki... Musimy odpocząć, ale już wiemy, że tutaj nie damy rady. Adres fitness klubu okazuje się być skarbem. Ciepła woda... Do tego mamy jeszcze prysznic, saunę, siłownię (bardzo ważne), kuchnię i chłodne piwko w lodówce... Tak, znów warto żyć. Mieszkamy w pobliżu głównej ulicy, która zaskakuje orientalnym urokiem. Restauracje wzdłuż ulicy, o drugiej w nocy pełne uśmiechniętych, otwartych, życzliwych ludzi. Najlepsze piwo pod słońcem za złoty pięćdziesiąt... Szaszłyki, manty, płow. Wreszcie Ajuł – kirgiska wersja czerwonego „Miedwiedia” – za cztery złote. Ech, jesteśmy podobno alpinistami, ale w Osz każdy z nas przez chwilę zapomniałby nawet o tym. Wieczory jak ten zapadają w pamięć na zawsze.  
Ranek przynosi, niestety, rozstanie z tym pięknym, egzotycznym i gościnnym miastem. Jeszcze poranna wizyta w kafejce internetowej, gdzie zastaliśmy cztery Kirgiski w czarnych szatach, z przysłoniętymi twarzami siedzące przed monitorem, wystukujące na klawiaturze tajemnicze znaki. Maszyna wszystko to przyjmowała i wykonywała polecenia, czemu nie mogliśmy się nadziwić. Nasz dobrodziej podjechał godzinę wcześniej i czekał cierpliwie w swym dwudziestoletnim, czerwonym Żyguli. Na tylnej szybie miał, jak wszyscy, coś pośredniego między żaluzją a firanką. Wiedzieliśmy już, że to ochrona przed długimi światłami z tyłu. W nocy każdy kierowca używa ich na okrągło. Pająk, jako zawodowy mechanik, głośno sprzeciwiał się pomysłowi jazdy tym cudem, ale cóż było zrobić. Kolejne dwanaście godzin było jednym z najcięższych doświadczeń komunikacyjnych. U nas donosi się o korkach na „zakopiance”, dziurach w nawierzchni, itp., ale po takiej drodze uznaliśmy to za dziecinadę. Granica Uzbekistanu, Kirgistanu i Tadżykistanu jest na tym odcinku tak zagmatwana, że kartografowie są bezsilni. Enklawy tadżyckie w Kirgistanie, uzbeckie w Kirgistanie, objazdy objazdów, bo na tych zwykłych drogę przerwała niedawna ulewa, czterdziestostopniowy upał, wypalone przez słońce, bezkresne  równiny, kurz  – uff... Możemy mówić o szczęściu, bowiem dojechaliśmy żywi. Ceną był zaledwie urwany tłumik, zagotowana woda w chłodnicy, jedna złapana guma Kormoran (sic!), będąca już wcześniej w najgorszym stanie, jaki Pająk miał okazję oglądać w całej swojej praktyce mechanika. Mieliśmy szczęście, bo nasz kierowca oprócz tego, że był miły, pochodził z Batkienu, stolicy rejonu, do którego zmierzaliśmy. Dzięki temu znał wszystkie kruczki, które pozwoliły nam bez dodatkowych problemów dojechać do ostatniej wioski w górach, Worucha. Wyminęliśmy bez zatrzymywania się wszystkie posty, czyli posterunki pograniczników, na których mogliśmy stracić dodatkowe godziny. Tak nam się wydawało. Byliśmy przekonani, że posiadamy wszystkie potrzebne dokumenty i bez problemu przejedziemy. Jakże byliśmy naiwni!
W Woruchu powtórzyła się sytuacja podobna do tej z lotniska Manas w Biszkeku. Zewsząd opadł nas czarny tłum Tadżyków, brodatych i wyglądających groźniej niż Kirgizi, podobnych nieco do Afgańczyków. Nasz kierowca odjechał. Ściemniało się. Miny mieliśmy nietęgie. Jednak po chwili okazało się, że da się z nimi porozmawiać. Wszystko jest łatwiejsze, niż się wydaje. Wizja spotkania „chodzących bankomatów” z Zachodu czyni niektórych spośród tych ludzi jeszcze bardziej życzliwymi i otwartymi. Mija kwadrans i jedziemy do początku doliny, gdzie znajduje się „post” pograniczników. Ba, jedziemy – prujemy na motorze „Ural” w siedem osób z sześcioma plecakami, arbuzami, chlebami, itd., itp.!!! Później okazuje się, że wszystkie te maszyny mają tu przyczepkę dla trzeciej osoby przerobioną na plandekę, która wykonana jest z desek lub drzwi. Koniec podróży. Noc. Słaniamy się ze zmęczenia. W namiocie dowódca, jedyny w porządnych adidasach i kompletnym mundurze (uzyskał później ksywę „Ciornyj tritcat tri”), ukazał nam nasze nieprzygotowanie. Jeszcze dziś, zaraz, m u s i m y zameldować się dowódcy w jednostce, która znajduje się piętnaście kilometrów wstecz. W poście koczują Norwegowie, wyglądający na wykończonych pod każdym względem. Im również czegośtam brakuje, tylko nikt nie wie czego, bo nie umie się z nimi porozumieć – mają do dyspozycji tylko papiery oraz język angielski (i norweski). Hm... Ta nocna podróż przypomina sceny rodem z szalonej „Zagubionej  autostrady”. W sercu Azji jedziemy wraz z Pająkiem, dwoma Tadżykami i Norwegiem na motorze marki Ural, nie wiedząc gdzie i po co, rozcinając nieprzeniknioną czerń nocy...

Mozół, znój, trud - polskie „Iszaki” prą w górę Karawszyna



W końcu jednostka. Tu czeka na nas ktoś o wiele potężniejszy, niż jakiśtam byle dowódca, miejscowy bóg – Kamandir Zamir. W klapkach i spodenkach. Wyjaśnia nam wszystko, proponuje nawet nocleg i to wiele razy. Nie może zrozumieć, że chcemy wracać dziś do namiotu, nie korzystając z zaproszenia, rezygnując z wygód jego domu, odrzucając ten piękny gest, wspaniałomyślną gościnność. To wywołuje u niego absolutne zdziwienie i wesołość (na szczęście nic więcej). Pomagam Norwegowi dowiedzieć się, czego im brakuje. Pracuję jako tłumacz. Wracamy, by nazajutrz zmierzyć się z biurokratyczną machiną Armii Kirgistanu. W namiocie targuję się jeszcze kilka godzin z kretyńsko upartym właścicielem motocykla. Nie śpimy w normalnych warunkach już piątą noc. Nie bardzo wiemy, gdzie jesteśmy. Chodzą skorpiony. Młodzi żołnierze sępią fajki. Wszyscy kucają.
Wszystko jest inaczej, niż wczoraj obiecywał nam dowódca. Jesteśmy  przed siódmą w jednostce. – Nu, szto? Wsjo zajebist? – zagadnął nadchodzący Jego Klapkowatość, Niebiański Dres, Zamir. Nie za bardzo. Ekscelencja, widząc nasz stan, częstuje konserwą kirgiskiej armii, tygodniową lepioszką i, na całe szczęście, czajem. Zostajemy sami w jakiejś sali z zakratowanymi oknami, gdzieś w Kirgistanie. Siedzimy w ciszy naprzeciw siebie, przy długim stole, patrzymy razem na tłuszcz i kawałki mięsa w puszcze z grubej stali i każdy wie, że zaraz będziemy rzygać. Absurdalność tej sytuacji, naszego położenia w ogóle, dociera do nas jednocześnie i bez słów. – Co my tu, kurwa, robimy?! Wybuchamy śmiechem. Drugi najtrudniejszy przechwyt wyjazdu puścił z najwyższym trudem. Zanim w puszce zostały tylko resztki tłuszczu, podzieliłem się z Pająkiem okrutną obawą:
– Jak nie zjemy tego do końca, możemy mieć u nich przesrane.
Pająk uśmiechnął się. – Ale gdy to wszystko zjemy, mogą też pomyśleć, że nam bardzo smakowało i jesteśmy głodni, więc trzeba przynieść nam jeszcze raz to samo! Pojawił się bóg Zamir i wysłał nas do swojego przełożonego pod Batkienem, aby załatwić niezbędne dokumenty. Tu klika razy zapłaciliśmy frycowe. Nieznajomość realiów kosztowała nas straconych kilka godzin i dolarów.
W tym czasie Kasia i Korek jedli śniadanie, a kucający żołnierz czyścił sobie broń z lufą wycelowaną przypadkowo w klatę Korka. Dowódca wydzierał się przez radio: – „Ciornyj tridcat tri! Ciornyj tridcat tri!!! Ja rabotaju!” Gdy wróciliśmy do jednostki, rozpoczęliśmy pertraktacje z egzaltowanym bogiem Zamirem co do transportu w głąb doliny.
– Jak chcieliście się dostać do Kara-Su?
– Z pomocą osiołków.
– Co?! To bez sensu! Poniał? Iszaki, znajesz? [w jęz. kirgiskim iszak – osioł; tu następowały gesty polegające na pokazywaniu dłońmi uszu osła i sposobu jazdy z charakterystyczną trzęsawką w kłusie – nie do opisania...] – Z ISZAKAMI PAJDIOTIE DA KURBAKA [drugi post mniej więcej w połowie doliny] CIETYRNADCAT CIASOW, A JA WAS WOT, TAK, SRRUUU [gest naśladujący startujący samolot] W DWA CIASA!!! PONIAŁ?! ZAJEBIST!!!
Zgodziliśmy się, jeśli można to tak określić. Pozostała tylko debata o cenie. Tu udało się osiągnąć kompromis. Wiele się już nauczyliśmy. Pomogła silna, niezmiernie rzadko wystawiana na próbę skłonność do alkoholu i odrobina zdolności aktorskich.
Dwie godziny później przed namiotem w dolinie tuman kurzu uniósł się spod opon hamującej maszyny. Załadowaliśmy bety i ruszyliśmy na podbój nieznanego. Pokonanie sześćdziesięciu pięciu kilometrów doliny zajęło nam dwa i pół dnia. Tyle to pewnie mają wzdłuż nasze Tatry, pocieszaliśmy się nawzajem. Pierwszego dnia jechaliśmy UAZ-em. Droga wyglądała miejscami tak, jak w najgorszych wspomnieniach himalajskich wyjadaczy. Przepaść po jednej stronie, urwane pobocza, my gotowi do wyskakiwania na zakrętach. Trzęsie, że chłopaki nie mogą odpalić papierosa, ale gruby base-jumper z Norwegii zalewa sobie zimną wodą jakąś papkę w torebce. Po chwili auto podskoczyło, a on wylewa połowę na mocno owłosioną klatę i zwały skandynawskiego tłuszczu polarnego. Płatki kukurydziane i starannie wyselekcjonowane ziarna zbóż zastygają mu na ciemnych kędziorach między piersiami. Już chyba nie będzie jadł. My też jakoś nie mamy ochoty. Chyba, że na zwracanie, to tak. Po dotarciu do końca drogi, wraz z Zamirem i jednym z Norwegów udałem się do bazy. Po dziesięciu minutach ścieżka w kanionie nad rwącą rzeką okrążyła skalny załom i doprowadziła nas do rozległej polany. Stały na niej różne budowle wojskowe, ruiny i dziwne murki. Wszędzie trwały jakieś akcje szkoleniowe. Jedni żołnierze biegali gdzieś pod górę, inni strzelali, skakali przez przeszkody, fikali koziołki, itd. Nikt nie kucał. Gdy ujrzeli nas, stanęli jak wryci, by po chwili ze wszystkich gardeł wydobył się dziki wrzask radości. – Wy zostańcie tutaj – Zamir wskazał na kamień nieopodal lądowiska dla helikopterów – będą strzelać. Rzeczywiście, gdy tylko schroniliśmy się z potomkiem Wikingów, rozległy się głośne salwy w regularnych odstępach. Przyszło mi do głowy, co też mogą sobie teraz pomyśleć moi towarzysze, tam przy aucie! Przecież zniknęliśmy za załomem i zaraz potem rozległy się strzały...

Kirgiski, rosyjski i polski dla początkujących, plastyka dla średniozaawansowanych... Nasz ulubieniec - pociecha pozuje na stojąco. Fot. Katarzyna Skalska




Po noclegu postanowiliśmy dać odpór wszystkim superpropozycjom pomocy w transporcie, noclegu i cholera wie w czym jeszcze i popracować jak iszaki. Był to drugi dzień wędrówki, pogoda idealna, ale raczej na wspinanie. Jak się okazało, były to dwa dni najlepszej pogody na całym wyjeździe, nie licząc dwóch kolejnych, kiedy to... kończyliśmy nasz pobyt! Plecaki po około czterdzieści kilo, tyle samo stopni. Sukcesem było to, że doszliśmy aż do Karawszyna, ruin wioski wysiedlonej w czasach stalinowskich w celu „poprawy warunków życia”.
Stąd ujrzeliśmy po raz pierwszy nasze olbrzymie góry, lśniące gładzie gigantycznych płytowych ścian, biel lodowców. Poezja. Pierwszy porządny sen od sześciu dni, normalne, górskie warunki, błękit, zieleń i biel. Cisza i niezmącony spokój. Nareszcie nikt nam niczego nie proponuje, nie oferuje (tylko dla nas!), nie ma żadnych mundurów, pozwoleń, negocjacji, opłat. Góry. Sama esencja gór w ich górskości. Trzeciego dnia podejścia w miarę sprawnie pokonaliśmy przed południem próg Doliny Kara-Su („Czarna Woda”) i, mijając po drodze szałasy pasterzy oraz ich rodzin, legliśmy na przecudownej, wymarzonej, bajkowej, etc., łączce, która stanowiła bazę. Po tygodniach przygotowań, tysiącach kilometrów lotu, kilkudniowej jeździe, tonach kurzu, objazdach objazdów, dyskusjach, walce o dokumenty, zaciętych targach, bezsennych nocach i tak dalej – nie musieliśmy już nigdzie iść. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Nie docierało do nas, że tego dokonaliśmy. My, mali ludkowie z Polski, których zwykle nie stać na buty czy benzynę na przejazd w Alpy...
Wokół rozpościerał się niewiarygodny widok, który znaliśmy tylko ze zdjęć: tuż obok przez zieloną łąkę przepływał potoczek o przeźroczystej i lodowatej wodzie, polanę otaczał lasek drzew arcza, porastający zbocza po obu stronach doliny. Natomiast dalej i wyżej rozciągało się nieprawdopodobne królestwo granitowych baszt, monolitycznych ścian i zamykających dolinę wysokich, ośnieżonych szczytów: Asana (4240 m) ze swoją gładką, 700-metrową północno-zachodnią ścianą, Piku Kotina, najwyższego w całym rejonie Piku Piramidalnego (5506 m), rewelacyjnie ostrego i gładkiego trójkąta zachodniej ściany Piku 4810, Żółtej Ściany. Po prostu marzenie alpinisty. Sny jednak się spełniają. Czasem.
W ciągu dwudniowego odpoczynku poznaliśmy miejscowego czabana [pasterza] oraz jego żonę i dzieci, mieszkających nieopodal bazy. Dzięki temu byliśmy codziennie zaopatrywani w świeże mleko, kefir i lepioszki. Palce lizać! Po kilku dniach pogoda ustabilizowała się według scenariusza: ranek idealny, stopniowy wzrost zachmurzenia, około piętnastej deszcz, pod wieczór rozpogodzenie lub dalszy ciąg opadów. Po rekonesansie postanowiliśmy zaprzyjaźnić się na początek z popularną, jak na tutejsze standardy, drogą Diagonalną (5A, do niedawna 5B w skali rosyjskiej) na 600–700-metrowej, południowo-wschodniej flance Żółtej Ściany (około 3800 m), szczytu o kształcie wyróżniającym się urodą, leżącym po orograficznie lewej (zachodniej) stronie doliny. Mimo iż dysponowaliśmy tylko zdjęciem z wrysowaną linią, udało nam się wspiąć tą drogą. Prowadzi wyraźnym, skośnym pęknięciem przez całą ścianę. Trzynaście lat wcześniej wariant prostujący (VI+, VII, 7 wyciągów, pierwsze polskie przejście) dorobili do niej chyba jedyni (do tego tak znakomici) nasi alpiniści w tym rejonie do 2004 roku, Janusz Gołąb i Staszek Piecuch. Oryginalna wspinaczka liczy sobie około 15 wyciągów (trudności wyceniliśmy na VI+A1) i prowadzi w rewelacyjnej, litej skale. Całość zajęła nam trzem (Korek, Pająk i ja) około 10 godzin. Na trawiastych półeczkach w łatwiejszej części zacięcia coś zmusiło do przykucnięcia Pająka. Niemal natychmiast w górach Pamiro–Ałaju rozległy się głośne eksplozje. Miejsca było mało, w polu rażenia znajdował się zbolały Korek, a ja jeszcze nigdy nie wspinałem się tak szybko. Pod wierzchołkiem oczywiście zastał nas tradycyjny już deszcz. Wróciliśmy późnym popołudniem zupełnie mokrzy, schodząc piękną, zieloną, zawieszoną doliną.
W roku 2000 miał tu miejsce incydent, o którym nie sposób nie wspomnieć. Wstrząsnął alpinistycznym światem i został kanwą książki Grega Childa oraz filmu fabularnego. Przez jedną z przełęczy, z Tadżykistanu, przeszła uzbrojona, międzynarodowa grupa bandytów, najprawdopodobniej przemycających narkotyki (nie była to, jak można było wyczytać w relacjach, grupa Islamskiego Ruchu Uzbekistanu, która miała siedziby w Afganistanie i Pakistanie i chciała przedostać się przez góry do kraju). Gdy zorientowali się, że w dolinie są Amerykanie (Beth Rodden, Tommy Caldwell, John Dickey i Jason „Singer” Smith, którzy próbowali wytyczyć Diretissimę Żółtej Ściany), pojmali ich w następujący sposób: podeszli pod południowo-wschodnią ścianę i... ostrzelali portaledge, w których biwakowała cała czwórka! Wspinacze zjechali po poręczówkach prosto w ramiona oprychów. Ich kilkudniowe perypetie to kapitalny materiał na sensacyjną książkę. Wspomnę tylko, że po paru dniach niewoli, kiedy ukrywali się w zalanych jaskiniach, wnękach nad rzeką, bez wody i śpiworów, nawiązała się walka między przybyłymi oddziałami wojsk kirgiskich a napastnikami. Amerykanie pod eskortą jednego z bandziorów skierowali się do trudnodostępnej, wysoko położonej, odległej doliny, aby przeczekać walki. Tam, w trakcie pokonywania jednego z prożków, w akcie desperacji zepchnęli w przepaść strażnika. Tak, jak stali, zaczęli przebijać się w dół doliny, by w końcu dostać się nocą ponownie w sam środek walczących stron. Kule świstały nad głowami, naprawdę cudem wyszli z tego cało, trafiając w ręce Kirgizów. Na tle tych przeżyć chyba każda, nawet najdramatyczniejsza przygoda alpinistyczna blednie, trącąc lekkomyślną i próżną rozrywką. Tym bardziej taka, jak nasza. Dodam jeszcze, że resztki tego, co zespół pozostawił w ścianie, można zauważyć, nawet gołym okiem, będąc u jej podstawy. Idąc Diagonalną, mijaliśmy smętnie zwisające, poprzecierane liny poręczowe. Wodząc wzrokiem za nimi, jakieś pięćdziesiąt metrów powyżej nas dostrzegliśmy poszarpane wory transportowe i nieokreślone kawałki sprzętu. Przykry widok.




Kolejne dni wypełniało nam przede wszystkim oczekiwanie na poprawę pogody. „Nasz” czaban stwierdził, że czegoś podobnego nie było tu od dwudziestu lat. Potwierdził też to, o czym czytaliśmy przed wyjazdem: w Karawszynie panuje klimat suchy, kontynentalny, załamania pogody zdarzają się rzadko i trwają zazwyczaj nie dłużej, niż dwa – trzy dni, reszta – „tolka żara”. Trafiliśmy na anomalię. Niestety, często nam się to zdarza. Zaczęliśmy nawet myśleć po kolejnych deszczowych wakacjach, że to my jesteśmy tą anomalią... Po pięciu dniach, nie mogąc już usiedzieć na miejscu, postanowiliśmy przenieść się do sąsiedniej Ak-Su. Rodzina pasterzy, z  którą zżyliśmy się już trochę, nie chciała rozstawać się z nami, ale umówiliśmy się już na spotkanie przed wyjazdem, czaban zaoferował swą pomoc w drodze powrotnej. Pewnego dnia, gdy poszedł po owce w górę doliny, odwiedzili go „sąsiedzi” z następnej doliny. Akurat siedzieliśmy wspólnie z jego żoną i przesympatycznym dzieciakiem w chacie. Szli do nich siedem godzin, nie zastali gospodarza, więc poczekali na niego jeszcze dwie. Było późno, więc zostali na noc, by nazajutrz ruszyć do siebie. Przy okazji mogliśmy przekonać się kolejny raz, jak krańcowo inne od naszego jest tu pojmowanie czasu i traktowanie przestrzeni.   
Przejście do Ak-Su trwało kilka godzin. Lało niemal przez całą drogę. W Dolinie Ak-Su jest chłodniej, wieje od lodowca i nie widać za wiele. Rozkładamy namioty i wpełzamy do nich zupełnie przemoczeni. Rano, wraz z ze światem wyłaniającym się spomiędzy rozsuwającego się zamka w namiocie, nasze usta rozchylają się nagle i zastygamy w niemym podziwie. Pik Sliesowa. Wielka wieża, niczym z marzeń o górze idealnej, esencja czystego granitu. Wystawiam głowę i widzę wokół wspaniałe, olbrzymie szczyty, Pticę z filarem prostym, jak strzała, Pik 4810 z imponującą 1200-metrową ścianą wschodnią, Ortotiubek i kilka innych. Szczyty połyskują świeżutką bielą śniegu, który spadł nocą. Wiemy już, że jesteśmy w raju alpinistów. Potencjał wspinaczkowy tej doliny jest chyba większy, niż całych Tatr! Do uszu dochodzi szum rzeki, świeci słońce, znów jest po co żyć. Obok nas biwakują Baskowie pod opieką „Agencji” z Uzbekistanu. Jowialny, gruby kucharz o tubalnym głosie, którego spotkaliśmy jeszcze w Kurbaka, od rana pichci coś smacznego. Baskowie nudzą się, rąbią drzewo, sortują sprzęt. Okazują się bardzo mili, a ja znów mogę służyć pomocą w tłumaczeniu, gdyż angielski Uzbeków jest tragiczny nawet jak na moje ucho, a rosyjski Basków nie istnieje... Oprócz nich jest też „sborna” ukraińska, mistrzowie sportu, lekarz. Wieczorek zapoznawczo-integracyjny Polaków, Ukraińców, Rosjan i Basków odbywa się z pogwałceniem odwiecznej tradycji narodów słowiańskich, to znaczy bez alkoholu. Nie do pomyślenia, ale wódka skończyła się nawet Uzbekom, którzy przytaszczyli aż tutaj kilka wielkich butli gazowych, worki ziemniaków, cebuli, dziesiątki pęt kiełbasy, które wisiały na ścianach namiotu kuchennego, itd. Zatem po wymianie grzeczności, przedstawieniu zamierzeń i anegdotkach wszyscy poszli grzecznie spać. Okazało się, że w imponującej, dziewięćsetmetrowej, zachodniej ścianie Piku Sliesowa można wypatrzyć przez lornetkę sylwetki trójki wspinaczy, którzy trzeci dzień wiszą w mokrej ścianie, cały czas z ambicją wejścia na szczyt.

Korek” na pierwszym wyciągu naszego wariantu (VI) do drogi Better World (6c) na Otrotiubku Niżnim (ok. 3800 m). Fot. Piotr Michalski Nazajutrz pogoda zepsuła się definitywnie, zrobiło się bardzo zimno. Założyliśmy czapki, rękawiczki, wszystkie ciuchy i walczyliśmy o ogień, posiłek, suche miejsce, ciekawe zajęcie. Otuchy dodawały nam spojrzenia przez lornetkę. Trzech ukraińskich mastiorów siedzi (może kuca) skulonych na półeczce w połowie ściany. Okryci są czymś w rodzaju folii malarskiej, którą podwiewa wiatr i omiata śnieg... Czy nam jest tutaj źle?
Po kolejnych kilku dniach bezczynności da się wreszcie gdzieś wyjść. Naszym celem jest włoska droga z 1998 roku, autorstwa Sonji Brambati, Eduardo Meraldiego i Paolo Vitalego, Better World (6c, 350 m) na dolnej ścianie Ortotiubka Niżniego (Central Pyramide, 3850 m). Tylko takie wspinanie wchodzi w grę przy chłodzie i codziennych opadach. Jeżeli oczywiście nie chce się wspinać w stylu preferowanym przez Ukraińców nad nami... Liczymy, że będzie to wspinaczka w rodzaju tej na Igłach w Chamonix. Zaczynamy przez pomyłkę dwie długości liny własnym wariantem. Zimno jest nawet w słońcu, grabieją ręce. Gdy nadciąga chmura, pada przelotny deszczyk. Jesteśmy zdesperowani, więc napieramy. Okazuje się, że droga ma baaardzo wymagającą asekurację. Prowadzi ultralitymi płytami, zalanymi ryskami i przez mniejsze lub większe daszki. Gdyby to było nad Morskim Okiem, rządek spitów przewiercałby się przez te gładzie po wielokroć. Tu mamy jakieś śmieszne tasiemki na wystających ząbkach, haka pod przewieszką i dwudziestometrową, siódemkową, połogą płytę, która jest o tyle banalna, że jak się na nią weszło, to raczej nie wolno odpadać. Jedyne, co można, to przejść... Ostatni hak piętnaście metrów pod nogami, do pierwszej ryski jeszcze kilka ruchów. Nie ma chwytów i stopni, jak zawieje, albo Pająk kichnie... Ech, nie chcę nawet myśleć. Jakoś z Korkiem mało rozmawiamy, nie chce się. Kto powiedział, że „być może pierwszy na linie jest bohaterem, ale drugi zna życie”? Idąc na drugiego, doceniamy jeszcze bardziej tę długość liny. W połowie, pod płytą, zaczęło siąpić i Pająk schował się pod daszkiem, my zaś staliśmy tępo na deszczu, uwiązani do stanowiska. Potem przeszedł tę płytę, kiedy jeszcze była nie do końca sucha... Następne wyciągi mają podobny charakter. Wreszcie dochodzimy do kluczowego odcinka. Udało się przedrzeć bez zatrzymywania. Było się chociaż z czego asekurować, gdyż najtrudniejszym odcinkiem była sekwencja okapików, pod którymi dało się osadzać asekurację. Nad nimi znajdowało się zacięcie i znów dziesięciometrowa płyta bez możliwości asekuracji, ale byliśmy już trochę oswojeni...
Wreszcie nie trzeba już marznąć, zjeżdżamy. Wracamy z lepszego świata (Better World) do zmarzniętej Kasi, przechodząc ponad kipiącą gardzielą potoku po zainstalowanej wcześniej linie.
Gdybyśmy pomyśleli, że na tym przejściu zamknie się bilans wspinaczkowy całego wyjazdu to... nic, i tak było warto! Liczy się przecież wszystko, nie tylko cyfry, ale cała magia, egzotyka, oddalenie, podróż i w ogóle to, że mogliśmy tu dotrzeć. Pogoda podczas kolejnych dni pozwoliła nam wyjść na jedną, nieudaną wspinaczkę. Wycofaliśmy się po dziewięciu wyciągach ślicznego wspinania, gdyż zły opis drogi wpuścił nas w granitowe maliny. Powędrowałem jeszcze z Kasią doliną w głąb, mając w pamięci ostrzeżenie lekarza z Odessy o „groźniejszych malinach”, czyli minach, które mogły zostać po bandzie przemytników z 2000 roku. Ukraińcy ukończyli swą hakówkę. Wspinali się tydzień, podczas gdy średni czas przejścia wynosi około trzech dni. Spotkaliśmy w bazie zmęczone i szczęśliwe twarze. W ich spojrzeniach majaczy pewność, że też było warto. Zimno i leje, niczym w naszych górach.
Wieczorne ogniska z Baskami. Dyskusje o anarchii, haszyszu, podkładaniu bomb, wycinaniu drzew, punku, chwilami o wspinaniu. Wbrew słabej znajomości tego samego języka, spotkania przeciągają się do nocy.
Odwiedza nas męczący Tadżyk, który oferował wszelkie usługi (no, prawie...) jeszcze w Woruchu. Żuje coś, spluwa i kuca. Spławiamy go. Czas wracać. Przychodzi nasz przyjaciel z Kara-Su z dostawą prowiantu. Niby jest wesoło, ale każdy ma już w oczach niewysłowiony żal, przeczucie nieodwracalnego. Patrzymy w tańczące płomienie ognia z suchego drewna tysiącletniej arczy. Każdy żegna się z tym rajem w milczeniu, we własnych otchłaniach. Zapach nadciągającego powrotu. Tu jest dobrze. Wszystko proste i prawdziwe. Tam, dokąd zmierzamy, nie. To, przez co musimy przejść, jest najgorsze.
Ostatni dzień w Pamiro-Ałaju. Lampa. Dzień, jak przystało na nasz powrót z każdych gór, wymarzony do wspinania. Baskowie żartują, żebyśmy zdradzili im cel naszego następnego wyjazdu, żeby wiedzieli, gdzie nie jechać... Nudne, rutynowe działania. Chciałbym to wszystko zepsuć, opóźnić. Małe dziecko wrzeszczy w nas „ja nie chcę”, ale dorosły, rozsądny tatuś myśli o terminach, obowiązkach, umowach i całym znanym bagnie. Czasu nie da się przebłagać. W górach jest go dla nas zawsze za mało. Żegnamy się z bracią i wychodzimy, patrząc z zazdrością na ich niespieszne ruchy.
W Karawszynie spotkamy się z czabanem. Stąd mamy jakieś sześćdziesiąt, może sześćdziesiąt pięć kilometrów do cywilizacji. Objuczeni docieramy do Karawszyna jeszcze we względnym chłodzie poranka. Tam iszaki przejmują od nas bagaż i dalszy marsz staje się wygodniejszy. Da się iść w sandałkach. Nasz pasterz powędrował z bogatymi Norweskimi base-jumperami w dół, w jeden dzień doszedł do Worucha i, przespawszy się trzy godzinki, wrócił w jeden dzień do Karawszyna, bo przecież tu się umówił!!! Sto dwadzieścia kilometrów. Daje nam pogląd na tutejsze zwyczaje, jego kondycję i ostatecznie utwierdza w przekonaniu o charakterze. Zadeklarował jeszcze, że nie weźmie od nas pieniędzy, bo nas polubił. Hmm... Teraz w to wierzymy. Jego rodzina przynajmniej od pięciu pokoleń wypasa w tej dolinie owce i krowy. Jednak od czasu wojny gówniarze w mundurach wystawiają mu roczną przepustkę i każdorazowo skrupulatnie ją sprawdzają. Mają do niego żal, że nie ostrzegł ich cztery lata wcześniej o nadchodzących „mudżahiedach”. Nie chcą zrozumieć, że on miał już wtedy karabin wycelowany w głowę, rodzinę w chacie i wybrane wszystkie zapasy.

„Korek” na ósmym wyciągu Missing Mountain na ścianie Pamir Pyramid. W tle Pik Kotina (4520 m)




Odchodzimy, z żalem patrząc na szczyty skąpane w słońcu, które stoi niemal w zenicie. Przed nami długa droga. Dwa dni człapiemy w znoju jak pielgrzymi, noga za nogą, zakurzoną doliną. Osłom też jest smutno i źle. Po południu dochodzimy do pierwszych zabudowań, zalegamy w sadzie. Po drugiej stronie rzeki trwa jakaś zabawa. Zmęczeni zasypiamy w cieniu drzew. Budzą nas czyjeś kroki. Okazuje się, że idą młodzi chłopcy zza rzeki. U nas możnaby się spodziewać wyproszenia z terenu prywatnego lub czegoś gorszego. Oni przynoszą... wielką misę pieczonych ziemniaków, połówkę arbuza i parę kilo jabłek! – Na pewno jesteście zmęczeni, smacznego, na zdrowie! Tak, to jest Kirgistan. Przez ostatnie gorące kilometry dręczy nas wizja sklepu w Woruchu, a dokładniej piwa, które oczyma wyobraźni widzimy już w lodówce. Mieszkańcy każdego domostwa pozdrawiają nas jak jakichś misjonarzy, w co drugim domu chcą zaprosić nas na herbatę, proponują obiad, pogawędkę. Chcielibyśmy ich zadowolić, ale świadomość – odpowiedzialny tatuś – brutalnie nakazuje człapać, wciąż leźć dalej i dalej.
W wiosce spełniają się nasze marzenia. Ten napój nie rywalizuje z herbatą o pierwsze miejsce w naszym rankingu. Z uwagi na odmienność sytuacji, w których pożąda się jednego i drugiego, wygrywa ex equo. Rozklekotany autobus wiezie nas to przez kirgiską, to tadżycką część tej ziemi. Krótka rozmowa z pasażerami. – Nie płaćcie za bilet, zostawcie to mnie. Może ja kiedyś też przyjadę do was do Polski, to wy za mnie zapłacicie – tak pożegnał nas przypadkowo poznany pasażer o rozbrajającym, pozłacanym uśmiechu. Nasz czaban zaprasza nas do siostry. Idziemy przez wioskę, a nasz przewodnik objaśnia nam panujące tu stosunki własnościowe. Przedziwne rzeczy. Okazuje się, że obok siebie znajdują się tadżyckie i kirgiskie części wioski. Sprowadza się to do tego, że w tych kilku domach po lewej i nieco dalej mieszkają Tadżycy, te najbliższe należą do rodzin kirgiskich. Najzabawniejsze jest to, że w Tadżykistanie jest inna strefa czasowa, aniżeli w Kirgistanie. Doprowadza to zatem do sytuacji, w której sąsiedzi zza płotu mają inaczej nastawione zegarki. Autobusy, które jeżdżą przez te tereny, muszą być zapewne wyposażone standardowo w wehikuł czasu. My też już dawno przenieśliśmy się w czasie. Błąkamy się teraz po tym dziwnym królestwie bez punktów zaczepienia. Żeglujemy ze zmrużonymi oczami. Dryfujemy po omacku.
Lądując w gościnnym cieniu werandy domu, podziwiamy perfekcyjną organizację życia w rodzinie. Czaban narzeka, bo ma tylko ośmiu synów, a to trochę mało. Tu wielodzietna rodzina zaczyna się powyżej dziesięciorga dzieci. Jeśli kogoś stać, zdarzają się dwie żony. Najmłodsi zbierają stonkę z ziemniaków, starsi pilnują suszących się moreli, dziewczynki piorą i sprzątają, karmią i pasą krowy, owce. Mały pegeer. Zresztą po upadku Sajuza każdy ma tu wszystko własne, gospodarstwa rodzinne to niemal samowystarczalne kołchozy. Delektujemy się dobrami ludzkości i nieróbstwem. Kąpiel razem z miejscową dzieciarnią w kanale nawadniającym. Czaban zachłysnął się nowozakupionym telewizorem i nie przeszkadzało mu to, że po kilku ostatnich dniach ma w nogach ze dwieście kilometrów i kilka zarwanych nocy. Cały wieczór oglądał rosyjskie filmy kryminalne, jakie od kilku lat zdominowały tamtejszą telewizję.
Następnego dnia przenieśliśmy się do Batkienu i zamieszkaliśmy w kolejnym mieszkaniu naszego przyjaciela, na parterze zwykłego bloku. Pasterz pożegnał się z nami, zostawił klucze i zapoznał z mieszkającą piętro wyżej następną siostrą. Zaczęliśmy sycić się dobrobytem, wygodą, specjałami kuchni i czym tylko można. Nasze żołądki po trzech tygodniach reżimu skurczyły się i teraz, gdy faszerowaliśmy je wszystkim naraz, odmówiły działania. Zaczęło się od Kasi. Po jakimś czasie wszyscy oprócz Pająka biegaliśmy na przemian albo na balkon, żeby wymiotować, albo do dwuosobowej latryny przed blokiem w „innym” celu. Ciszę nocną na osiedlu mieszkaniowym w środkowej Azji przerywały odgłosy zmagań żołądkowych. Pod balkonem stało zaparkowane, nomen omen, Żyguli. Gdy biegliśmy skurczeni, nie zawsze dało się o tym pamiętać. Kolejny dzionek był fatalny. Jak dobrze, że był wśród nas dobrze czujący się Pająk. Leczył nas cały dzień. Zastanawialiśmy się, co też mogą sobie myśleć po tej nocy sąsiedzi o czabanie i jego nowych znajomych... Pająk z Korkiem poszli na piwo i gdy wchodzili do restauracji, z jednego ze stolików usłyszeli charakterystyczny głos:
– Ej, bandity! Paliaki! Zajebist?! To Kamandir Zamir! Wygląd lokalnego mafioso, jacyś podejrzani koledzy obok, sygnety, łańcuchy, itp. Chłopcy obowiązkowo strzelili razem piwko, ale drugiego już jakoś pić nie chcieli. Bóg Zamir dziwił się, czemu nie wpadliśmy pożegnać się w drodze powrotnej. Ot, gość z poczuciem humoru. Zajebist.

Integracja z przyjaznym ludem Pamiro-Ałaju. Upał, kurz, gorące serca i zimne pyfko Fot. Katarzyna Skalska




Samolotu do Biszkeku, na który bilety mieliśmy kupione trzy tygodnie wcześniej w ogóle nie było na rozkładzie, o, pardon, na świstku wystawionym za szybą budyneczku lotniska. Na szczęście po interwencji w domu dyrektora lotniska okazało się, że będzie lot dzień później. No i bardzo dobrze, bo ta jedna doba stała pod znakiem dolegliwości i cierpienia. Dzięki opóźnieniu doszliśmy do względnego zdrowia. Trasę Batkien – Biszkek, która zajęła nam dwa znojne dni, przebyliśmy w półtorej godzinki i to z międzylądowaniem w Osz! W Biszkeku mamy niewiele czasu. Przechodzimy kontrolę, podczas której nasze paszporty są sprawdzane s i e d e m razy na przestrzeni około stu metrów. Lądowanie, później szalony bieg przez wieczorną Moskwę. Ostatnie pociągi wyjeżdżają przed północą. Na dworcu białoruskim jesteśmy dwadzieścia minut przed odjazdem ostatniego z nich. Nie mamy biletów, rubli, a kantory zamknięte. Pani w kasie rozkłada ręce... Na dworcu spać nie chcemy, ciągnie do macierzy. Znamy dość dobrze tutejsze zwyczaje i udajemy się prosto na peron. Kierowniczka pociągu, pulchniutka blondyneczka, jest tam, gdzie powinna.
– Znajetie, u nas tolka dolary – zagaiła niepewnie Kasia.
– Eta straszna! – odpowiedziała pani kierownik, uśmiechając się szeroko...
Stukot kół układa się w usypiający rytm. Głowy pełne dziwnych wspomnień, obrazów, wszystko przemieszane, na pograniczu jawy i snu. Co się wydarzyło, gdzie byliśmy? Czy się wydarzyło? Znów czerwony „Miedwied” spogląda na nas z politowaniem. Daimonion czuwa. Udało się.
– Nie mów nikomu, ale tam, w tym mieszkaniu w Batkienie, nie mogłam już wytrzymać i zrobiłam to do pustej połówki arbuza – zwierzyła mi się Kasia. Aż przykucnąłem.

Tekst i zdjęcia: Piotr Michalski

Polecamy także informacje praktyczne na temat rejonu Karawszyn. 

Więcej ciekawych tekstów o rejonach górskich Kirgistanu w majowym numerze "Gór".


"Góry", nr 5 (132) maj 2005

(dg)


 
Dodane przez: Goryonline
 
 



Góry magazyn sportowy
echa z gór | biznes info | co gdzie kiedy | relacje | miejscówki | skitury | biblioteka górska | ludzie | fotogaleria | filmy | Społeczność | bloGORY | Hyde Park | ogłoszenia | linki | sprzęt | katalogi | testy | poradnik | ceneria | GÓRY archiwum | prenumerata | konkurs | ostatnio dodane | sklep GORYonline | PolarSport | Marabut | GPS
O nas | Reklama | Kontakt | Praca

Copyright 2004 - 2009 Goryonline.com