W Magazynie GÓRY, nr 1-2 (188-189) styczeń-luty 2010 ukazała się relacja Agnieszki Szymaszek podsumowująca wyjazd. W naszym serwisie publikujemy relacje pozostałych członków ekipy.
Jacek Grzędzielski (Salewa Polska), pomysłodawca i autor projektu: - Naszym celem było pokazanie ludziom, że zwyczajni, w miarę wysportowani skitourowcy są w stanie zdobyć szczyt. Pogoda zweryfikowała nasze zamierzenia, okazało się, że podejście od Vallota bylo niezwykle trudne i męczące, brakowało sił na zejście. Jeszcze raz przekonałem się o sile gór, o tym, że tak naprawdę to Góra decyduje, czy ją zdobędziesz czy nie. Pomimo nadludzkiego wysiłku jestem szczęśliwy, że zdobyliśmy w tak trudnych warunkach szczyt - to dzięki niezwykłemu profesjonalizmowi i determinacji naszych Przewodników. Zrobiliśmy coś, co daleko odbiegało od standardowych wejść. Niemałą rolę w naszym sukcesie odgrywała niesamowita atmosfera tego wyjazdu - ludzie, którzy do tej pory nie znali się dobrze, współpracowali tak, jakby znali się od lat. Okazało się, że góry jednoczą i dodają sił. Nieważne, że zdobyłeś szczyt, ważne jest z kim i jak tego dokonałeś.

Fot. Jacek Grzędzielski (Salewa)
Tomasz Gorszko (Salewa Polska): - Droga z Vallota na szczyt dłuży się jak ta z Morskiego Oka na Palenicę Białczańską po całym dniu spędzonym w Tatrach! 100 metrów pod szczytem zaczynam liczyć kroki myśląc, że zanim doliczę do 300, będziemy na szycie. Doliczyłem do 643…, próbując zapomnieć o zmęczeniu. Gdy docieramy na szczyt, radość jest olbrzymia, jednak wielkie zmęczenie trochę ją niweluje, szczególnie, że nie jest nam dane zobaczyć cokolwiek – tylko GPS mówi, że faktycznie stoimy na Najwyższym Szczycie Europy – 4807 m.n.p.m.! Po zrobieniu kilku zdjęć, rozpoczynamy zejście, niezapomniane zejście w nicość. Mgła, śnieg i wiatr nie opuszczają nas nawet na sekundę. Schodzimy do Vallota i tam próbujemy się choć trochę zregenerować – niestety mój żołądek nie przyjmuje żadnego pokarmu, ale na szczęście mogę pić, co jest wystarczającym ratunkiem. Siedzę bez ruchu nie licząc czasu ze spuszczoną głową, myśląc tylko o powrocie w bezpieczne miejsce. Moje nogi są rozdygotane ze zmęczenia, ale na szczęśnie wykonują polecenia mózgu, więc gdy pada komenda do wyruszenia w dół, tak robię. Zapinamy narty i znów ruszamy w nicość. Mijamy przełęcz, z której mieliśmy zejść na lodowiec, ale nikt tego nie zauważa. Po chwili jest pewne, że droga będzie musiała być zmodyfikowana, tzn. wydłużona – ten fakt odbiera mi resztki sił, które wykrzesałem na zejście. Zakładamy znów foki i kierujemy się w górę w kierunku Dôme du Gouter, gdzie dopada nas burza, ale przynajmniej na mnie nie robi ona najmniejszego wrażenia, było mi wtedy wszystko jedno. Idąc w górę na fokach zdarzyło mi się nawet na chwilę zasnąć, ale doping Zbyszka idącego tuż za mną wybudzał mnie skutecznie. Wychodzimy na wylodzone plateau, gdzie zakładamy raki, zapinamy narty na plecak i zaczynamy schodzić obszernym polem śnieżnym schodzącym z Dôme du Gouter. Jest stromo, nawet do 45 stopni, ale to nawet dodaje mi sił, bo wiem, że szybko tracimy wysokość. Gdy niżej na chwilę wiatr rozgania mgłę i wyłania się schronisko, dostaję ostatnią tego dnia naturalną dawkę energii – byleby szybciej tam się znaleźć, myślałem. Dochodzimy w końcu do miejsca, gdzie możemy przypiąć narty i na tę chwilę wraca do mnie życie!!!

Fot. Jacek Grzędzielski (Salewa)
Grzegorz Rojek (Polar Sport): - Kiedy zostałem zaproszony na tę wyprawę, pomyślałem, że to wielkie wyzwanie, bo nigdy nie byłem na takiej wysokości i do tego jeszcze na nartach. Pojechałem troszkę się obawiając, czy dam radę. Jednak atmosfera, jaka panowała na wyprawie przypominała mi w wielu momentach tę ze szkolnych wycieczek - pełen luz, zgrani ludzie, każdy gotów do pomocy koledze, a czterotysięczniki pokonywaliśmy jak szczyty w Beskidach. Jednak w dniu ataku szczytowego wysokie góry dały znać o sobie i tuż po wyjściu z Vallota musiałem podjąć trudną decyzję... i podjąłem właściwą! A góra pewnie na mnie poczeka. Bardzo dziękuję firmie Salewa Polska za możliwość wyjazdu na tę wyprawę w towarzystwie tak wspaniałych ludzi.

Fot. Jacek Grzędzielski (Salewa)
Zbyszek Młynarczyk (Bergpofis, przewodnik IVBV): - Czy to była naprawdę wyprawa? Myślę, że tak. Prawie wszystkie etapy klasycznej wyprawy były widoczne - przygotowanie materiału, dojazd i dojście do gór, aklimatyzacja, wybranie drogi wejścia, kalkulacja pogody, plan dnia, przygotowanie noclegów, kalkulacja wyżywienia etc. Była to po prostu wyprawa w góry Europy. Wiedziałem, że zespół jest tak przygotowany, że w trudniejszych warunkach przewodnicy muszą dać maksymalne podparcie. Moja niepewność dotyczyła bardziej strony psychologicznej: czy w krytycznej sytuacji będę w stanie uspokoić nerwy uczestników? Często jest to czynnik decydujący o sukcesie ekipy. Nie znaliśmy się wcześniej, wiedziałem tylko, że uczestnicy przebywają chętnie w górach i uprawiają pewne rodzaje sportów górskich, jedni więcej, a drudzy mniej intensywnie. Ta informacja pozwala mi mieć nadzieję, że uczestnicy mają pewną kondycję, są oswojeni z przepaściami, potrafią wykonać pewne manualne czynności, o których większość ludzi nowoczesnej cywilizacji już dawno zapomniała. Mój plan pracy opierałem na tej nadziei.
Faza aklimatyzacji:
Mała góra, ale bardzo ciężki dzień. Podchodzimy w złej pogodzie na Breithorn, organizm jest podwójnie obciążony, ponieważ ilość otrzymywanego tlenu spadła o 50%. Wszyscy osiągają wierzchołek, taktyka powolnego tempa sprawdziła się optymalnie. Wiem, że zjazd wymaga jeszcze większego wysiłku. Wszyscy dają sobie dobrze radę. Pierwsze objawy zmęczenia widzę w podejściu na Czarną Przełęcz, grupa rozciąga się - tempo spada. Dalszy zjazd przez mocno uszczeliniony lodowiec przebiega sprawnie, zmęczenie uwidacznia się kilkoma upadkami. Przerwa w bezpiecznym miejscu stawia grupę znowu na nogi i zjazd lodowcem Gornergletscher kontynuujemy wariantem przez zamarzniętą rzekę lodowcową. Wyjście z lodowca przez jaskinię lodową wymaga intensywnej współpracy zespołu. Nie podałem żadnych informacji, aby zobaczyć, jaka jest reakcja grupy na tę sytuację pod koniec długiego już dnia górskiego. Poza Jackiem wszyscy zdecydowali się podążać moim śladem i intensywnie współpracować, aby pokonać ten trudny etap.
To pozwala mi mieć nadzieję, że w trudnej sytuacji, gdzie naprawdę idzie o życie, zespół potrafi zaakceptować obcą decyzję i wspólnie rozwiązywać problemy.
Jacek poszedł za głosem wewnętrznym, który wymagał od niego decyzji managerskiej: „jak poprawić sytuację, aby było lepiej” - decyzja: założenie raków. Z przyzwyczajenia musiał podjąć własną decyzję. Tak samo przy wejściu na Allalina pomimo deficytu kondycyjno-technicznego poszedł z szybszą grupą, przez to zużył o wiele za dużo energii. Zacząłem się bać o Jacka czy wystarczy mu energii na Mt. Blanc. Postanowiłem porozmawiać z Mietkiem, aby na Mt. Blanc trzymać grupę razem.
Wejście na Allalina pokazało w grupie Grzesiek + Agnieszka duży zapas kooperacyjny, dużą wytrzymałość psychiczną oraz deficyt doświadczenia w górach alpejskich. Postanowiłem kontynuować wejście na szczyt do oporu, był to rodzaj egzaminu przed wejściem na Mt. Blanc. Po wejściu na Allalina wiedziałem, że grupa potrafi walczyć do końca i jeżeli kondycja na to pozwoli, to wejdziemy na Mt. Blanc nawet w trudnych warunkach. Widzę, że regeneracja na wysokości jest już szybsza, czyli aklimatyzacja zaczyna działać.
Po noclegu w schronisku Brytania na 3000 metrów zrealizowaliśmy piękny zjazd lodowcem Allalingletscher do miejscowości Saas Almalgel. Zjazd odbył się w optymalnych warunkach, śnieg jakościowo wyśmienity - firn excellent. W tych warunkach wszyscy dawali sobie radę doskonale, nawet na stokach o nastromieniu do 40 stopni zakręty były wykonane sportowo i płynnie.
Pomimo euforii w czasie zjazdu, w grupie panowała dyscyplina i bez wywrotek osiągnęliśmy szybko dno doliny Saasertal.
Cel główny wyprawy - Mt. Blanc 4808 metrów:
3 dni w dolinie Chamonix. Tutaj spędziłem moje młodzieńcze czasy alpinistyczne. W latach 1977 - 1985 byłem uczestnikiem wielu wyjazdów centralnych Polskiego Związku Alpinizmu w różne rejony Alp. Chamonix było naszym najczęstszym celem. 30 lat temu po raz pierwszy wszedłem wschodnią flanką na Mt. Blanc. Zdobyłem wszystkie czterotysięczniki Alp, większość szczytów osiągnąłem wielokrotnie, na szczycie Mt. Blanc stanąłem ok. 60 razy. Od 20 lat jako przewodnik zawodowy organizuję grupy w Alpach, 3 - 4 razy w roku organizuję wejścia na Mt. Blanc.
Pomimo to za każdym razem muszę się maksymalnie skoncentrować przy organizacji i kalkulacji czasowej. Wybór sprzętu dla mnie jako przewodnika i dla grupy jest bardzo ważny.
Pytam wszystkich, czy zabrali podany przeze mnie sprzęt, nie sprawdzam plecaków, wiem, że uczestnicy mają nawet więcej sprzętu niż trzeba, ale dla spokoju ducha jest to dla każdego ważne.
Przed opuszczeniem Hotelu La Chaumiere czuję, że napięcie w zespole jest duże. Pytania są konkretne i wymagają konkretnej odpowiedzi. Staram się uspokoić grupę.
Wiem, że czekają nas długie strome trawersy, miejsca, które być może przerastają umiejętności uczestników. Nie jest to mi obce, pracując dla największej szkoły górskiej Summit Club musiałem często radzić sobie z podobnymi sytuacjami. Dlatego w trudnym miejscu na trawersie staram się pomóc Agnieszce idąc poniżej jej śladu. Równocześnie obserwuję Grześka, czy radzi sobie idąc moim śladem i udzielam mu praktycznych porad.
Idąc przez lodowiec musieliśmy się na jednym odcinku związać liną. Jest dużo szczelin, ciepło i mosty śnieżne nie są takie stabilne. Wiem, że uczestnicy nie mają odpowiedniego treningu, aby w tym terenie opanować sytuację wypadkową. Dlatego staram się tak wybrać trasę, aby maksymalne bezpieczeństwo było zapewnione.
Widzę, że zespół sobie dobrze radzi, że uczestnicy są dobrze zregenerowani. W dobrym czasie osiągamy schronisko Grand Mullet, położone na małej turni skalnej w centrum lodowca Bosson, na wysokości ok. 3050 m.
Tuż po osiągnięciu schroniska obserwujemy przelotną burzę z opadem śniegu. Wieczorem nasypało ok. 20 cm nowego śniegu. Z uwagi na pozytywną prognozę pogody decyduję się na atak góry. Warunki są trudne. Trzeba zakładać nowy ślad idąc między szczelinami w ciemnościach. Uczestnicy są pod napięciem, ale bez słowa podążają za mną.
Grzesiek pyta, czy możemy zrobić przerwę, chce mu się pić. Niestety w tym miejscu nie mogę robić przerwy, idziemy w zasięgu wiszącego lodowca. Informuje o tym i idę jeszcze ok. 30 minut. Wszyscy wytrzymali i bez słowa podążali za mną.
Po ok. 6 godzinach marszu osiągnęliśmy biwak Vallot na wysokości ok. 4350 metrów. Pogoda jest raczej zła - silny wiatr, opad śniegu, zła widoczność. Nasza decyzja: próbujemy!
Wiem, że dla Grześka jest to trudne zadanie. Po ok. 100 metrach podejścia sam decyduje o zawróceniu do Vallota. Krótko rozmawiam z grupą, jakie są możliwości. Widzę, że Agnieszka jest w dobrej formie i ma dużą szansę na wejście nawet w trudnych warunkach. Znam teren szczytowy dobrze, widzę, że Agnieszka jest w stanie zaczekać w tym miejscu bez ryzyka spadnięcia, odprowadzam Grześka do Vallota i wracam do Agnieszki.
Pokonanie tych 500 metrów wysokości i ok. 1000 metrów odległości wymagało od moich gości bardzo dużego wysiłku i samozaparcia. Dlatego nie dziwiło mnie, jak Agnieszka kilka razy pytała, jak jeszcze daleko do szczytu. Wiedziałem, że dla Agnieszki to bardzo ważne, aby wiedzieć, ile metrów wysokości trzeba jeszcze pokonać. Po jakimś czasie pytania się skończyły i została tylko walka z samym sobą, wiatrem, zimnem i trudnym podłożem. Idziemy w rakach, narty zostawiliśmy w biwaku Vallot. Nie ma starego śladu, jest zasypany, muszę szukać najlepszej drogi, wiem, że w zejściu nasz ślad będzie zasypany i będę znowu musiał szukać drogi. Martwię się zjazdem, wiem, że we mgle będzie ciężko znaleźć drogę zjazdową między szczelinami.
Teren się wypłaszczył i o godzinie 12 osiągnęliśmy wierzchołek Mt. Blanc. Nic nie widać, robimy zdjęcia, grupa Niemców przyszła za nami na szczyt. Poza nami wszystkie zespoły zawróciły.
Zejście wymagało ekstremalnej koncentracji, zakładając ślad starałem się wybrać jak najbezpieczniejszą drogę. Widziałem, że nasz zespół jest zmęczony, widziałem też, że zespół daje z siebie wszystko. Pomimo to Jacek spada w ścianę północną, Mietek utrzymuje upadek. Jacek resztą sił przekręcił się na brzuch i przy pomocy Mietka i Tomka osiągnął grań. Był to z jego strony na pewno wysiłek ogromny i kosztował Jacka resztę rezerw. Widzę, że Tomek idzie nieco apatycznie i podejrzewam silne działanie wysokości. To się potwierdza. kiedy w Vallocie opuściły go siły. Znam te sytuacje, wydaje się wtedy, że jesteśmy na skraju możliwości. Wiem również, że w sytuacji strachu o życie potrafimy aktywować rezerwy resztkowe, o których nie wiemy, że je posiadamy. Było to doskonale widoczne, kiedy w zjeździe musieliśmy ok. 100 metrów podejść, aby osiągnąć miejsce bezpiecznego zejścia. Ponadto musieliśmy zamiast wygodnie jechać na nartach, zapiąć narty do plecaka - dodatkowe obciążenie i zużycie energii. Wiem, że po 100-200 metrach będzie lepsza widoczność i zobaczymy schronisko, wtedy wzrośnie motywacja do dalszego zejścia. Tak też było.
Moim zdaniem uczestnicy pokazali zdolność do przetrzymywania ekstremalnie stresowych sytuacji, do kooperacji w ekstremalnie trudnych warunkach. To potwierdziło moją tezę, że tylko takie osoby są zdolne do sukcesu na wyprawach.
Razem z nami zjeżdżała i schodziła grupa niemiecka. Kolega przewodnik zaproponował kooperację, miał z sobą GPS z naniesioną drogą żebrem Dom de Goutier, chętnie przyjąłem jego propozycję. Było to o wiele prostsze rozwiązanie aniżeli nadal szukać we mgle drogi zjazdowej między szczelinami. W takim terenie GPS jest prawie bezsilny.
Nasza alpejska wyprawa według mnie osiągnęła planowane cele sportowe. a zespół pokazał, że jest zdolny pokonywać trudności w warunkach ekstremalnie trudnych.