Tytuł może trochę pretensjonalny, ale wpadł mi do głowy podczas jazdy pociągiem. Wracałem z Tatr i wspominałem kolejne wyprawy. Raczej same się wspominały; tak jakbym oglądał film z czyjegoś życia. Bo pewne sceny były za mało wiarygodne, bym miał je przeżyć osobiście.
Siedzimy w bazie pod K2 podczas zimowej wyprawy. Już wiadomo, że nie mam szansy na atak szczytowy. Jedynie na co naprawdę mam szansę, to amputacja palca lub kilku palców u stóp. Łykam jakieś antybiotyki i patrzę posępnie na spowity pióropuszem wierzchołek. Koło mnie siedzi Krowa, jeden z tych ludzi, którzy sporo wnieśli do mojego górskiego życia. Jak zwykle ze swadą snuje wyprawowe opowieści. Po raz pierwszy słyszę wtedy, że jestem typem „summitera”. W co oczywiście nie wierzę, patrząc na zabandażowaną nogę. A potem pada zdanie, które tłucze się w mojej głowie od tamtego czasu podczas każdej wyprawy:
– Bo widzisz, Piotrek, z tymi wyprawami to jest dziwnie. Najpierw wiedziesz sobie spokojne życie, które czasem przerywasz wyjazdem na jakąś górę. A potem nawet nie orientujesz się, kiedy żyjesz na wyprawie, a czasem tylko wracasz do domu.
Nie wierzyłem. Życie toczyło się dalej. Praca, dom, sprawy codzienne. Kolejne wyprawy. I rzeczywiście, któregoś dnia wracam do domu. Długo nie mogę przestawić się na codzienne tory. Potem zaczynam snuć plany na następny sezon. Większość moich działań skupia się wokół szukania sponsorów, wypatrywania na mapach ładnych dróg. Trenuję, by być lepszy w górach. W końcu wyjeżdżam na upragnioną wyprawę. Wracam i już myślę o następnej. Dopiero po latach nadchodzi refleksja: a może jednak Krowa miał rację? Ile naprawdę myślami jestem w domu, a ile w górach?
Fot. Piotr Morawski (Sigma)
Łatwo jest uciec od codziennego świata. Kiedy wsiadam w samolot, zamykam drzwi za sobą. Oczywiście tęsknię, rozmyślam, marzę. Ale tak naprawdę nie mogę wrócić w każdej chwili i zareagować na wydarzenia. Na początku strasznie mnie to męczyło. A potem przywykłem, że wydarzenia w Polsce biegną swoim, niezależnym torem. Przede mną życie „na plecaku”, z dnia na dzień. W górach myślę o tym, by dać radę, boję się trudnej drogi. Zastanawiam się, jak tutaj wyjść z namiotu za potrzebą, kiedy wieje i pada śnieg. W śpiworze przecież jest tak ciepło. Co by tutaj zjeść na kolację? Został kabanos i kilka torebek herbaty. Starczy gazu na kolejne trzy dni? Śpię już trzecią dobę, a pogoda nie poprawia się. Jestem taki zmęczony, a czeka jeszcze tyle godzin wysiłku…
Człowiek wpada na inne tory na kilka miesięcy. Potem wraca, a tutaj dopadają go dom, pieniądze, praca. Codzienne, często drobne sprawy, które nagle zaczynają przerastać. Bo jak tutaj pogodzić tysiące wydarzeń dziejących się w zawrotnym tempie? Jak spać po 4-5 godzin, kiedy można było spać do woli. Zaczynam marzyć o tym, by moim jedynym zmartwieniem było: gdzie się załatwić albo co ugotować. I czy załamanie pogody przyjdzie wcześniej czy później, niż zapowiadały prognozy. W końcu sprawy tak przytłaczają, że jedyną motywacją do działania jest to, że znowu wsiądę w samolot i zostawię ten świat za sobą.
Na początku takie życie wciąga. Większość z nas marzy o życiu pełnym przygód. Problem zaczyna się wtedy, gdy codzienne wydarzenia przestają być przygodami. Gdy zaczynam gnać za tym, co nieuchwytne. Coraz dalej i dalej. Kiedy oglądam się za siebie, jest już za późno. Trochę tak jak z nałogiem. Przecież wszystko jest pod kontrolą. Aż do momentu kiedy przestaje być.
Następuje kryzys wiary w siebie. Nie wierzę już temu, co czuję, co widzę. Przed chwilą wydawało mi się, że decyduję prawie o wszystkim, a tymczasem życie wzięło sprawy w swoje ręce. Poza mną.
I przychodzi ten najlepszy moment. Kiedy godzisz się, że życie idzie własną ścieżką, a ty własną. Że wielu rzeczy na siłę nie da się zrobić. Przygoda jest zarówno w górach, jak i w domu. To wszystko jest jednym światem. Po prostu na moment zachwialiśmy równowagę, a teraz czas do niej wrócić. Nagle cieszą cię codzienne sprawy mimo tego, że planujesz kolejny wyjazd. Na wyprawie wspinasz się ze spokojem, bo radują cię codzienne sprawy po powrocie. Wszystko razem jest życiem. Osobno stanowi tylko powód do zgryzot, nieustanną pogoń i kolejne siwe włosy.
Pociąg ewidentnie jedzie za długo. Myśli szaleją coraz bardziej. Czas chyba pójść spać. Do wyprawy zostało niewiele ponad miesiąc. Wsiądę w samolot i ciekawe, co będzie dalej.
Piotr Morawski (Alpinus Expedition Team)
Felieton pochodzi z ostatniego numeru GÓR, z marca 2008 (178)